środa, 23 lutego 2011
Jak zostać królem, Colin Firth
Jakoś nie mam serca, żeby obejrzeć "Czarnego łabędzia". Cenny był i mówi, że film męczący, ale wart obejrzenia. Ustaliłem, że Jakiś zobaczy w moim imieniu, a razem pójdziemy na "Jak zostać królem".
Oryginalny tytuł brzmi "King's speech", czyli "Królewska mowa/przemówienie". Polski tytuł sugeruje, że by być królem trzeba umieć przemawiać, a przynajmniej mówić. Film opisuje anegdotkę związaną z brytyjskim królem Jerzym VI. Mimo koszmarnego jąkania się potrafił się zebrać w sobie i dzięki wsparciu domorosłego logopedy, który stał się jego przyjacielem, zagrzewał Brytyjczyków do wytrwałości w najgorszych dla nich momentach II wojny światowej.
Colin Firth gra Colinem Firthem i bardzo to pasuje do tej roli. Ciekawa jest postać jego żony Elizabeth Bowes-Lyon (przyszłej królowej matki, a może Królowej Matki) granej przez Helenę Bonham Carter. Aktorka świetnie oddała styl ulubienicy Brytyjczyków. Film jest kameralny, skromny, wypełniony wysublimowanym dowcipem. Jednak powodów do obsypywania go Oscarami zupełnie nie widzę, nawet jeśli do obejrzenia zachęcam.
piątek, 29 stycznia 2010
Cenne Osiem i pół
Cenny się udzielił blogowo (patrz komentarze) - ja to potrafię ludzi na złą drogę sprowadzić. Cóż, taki talent. Oczywiście obejrzałem odnalezione przez Cennego nagranie. Nie ma wyjścia, kontynuujemy temat "Nine" (NB. Gejowski chyba się zakochał, bo blog i obiecaną recenzję całkiem porzucił). Poniżej "Be Italien" prosto z Broadwayu:
Wpadli dziś do mnie nieblogujący Cenny i blogujący z rzadka Pikuś. Obejrzeliśmy "Osiem i pół" Felliniego celem porównania z "Nine". Żadna szczególna dyskusja się nie rozwinęła poza komentowaniem asysty Cennego, który z powodów, których sam nie zna, chce towarzyszyć owulacji swojej siostry w ramach karnawałowych atrakcji.
Ale Cenny ujmuje mnie, i zgodził się na upublicznienie fragmentu naszej korespondencji. Ponieważ to uporządkowany człowiek poprosiłem o procedurę całowania się, oto ona:
a na to akurat procedura jest prosta... - podchodzisz i całujesz.
Jeśli nie dostaniesz w pysk - znaczy się, że nie mam nic przeciwko temu, jeśli odwzajemnię - znaczy się, że mi się podobało, jeśli przytrzymam Twoją głowę - znaczy się, że nie chcę żebyś przestawał.
A Pikusia mam nadzieję zmobilizowałem do konsekwencji w zakresie prowadzenia bloga.
niedziela, 13 grudnia 2009
Parapetówka u Xella
Na imprezę spóźniłem się straszliwie, co zapowiadałem. Zauroczony w ramach urodzinowego prezentu zaprosił mnie do Teatru Nowego na Flamenco. Spodziewałem się ognistych Hiszpanów i nie mniej ognistych Hiszpanek. Hiszpanów było trzech, wszyscy wyglądali na ciemnych blondynów i urodą nie porażali. Pozostałe 6 osób biorących udział w przedstawieniu, to Polacy. Tańce i śpiewy były ok, ale ognia nie wykrzesali. Nie zachęcam do wybierania się.
Xell mieszka praktycznie poza mapą Łodzi. Pojechałem z Gejowskim, który posiadał GayPS'a. Jazda z Gejowskim, to osobny rozdział. Ale odpuszczę mu.
Mieszkanie przytulne. Urocze jest to, że bez trudu można się dzielić swoim życiem erotycznym z sąsiadami. Przez okna salonu można podziwiać zalesienia i chyba zaorane pola, a do sypialni dochodzi kojący szum setek aut z pobliskiego skrzyżowania. Wystrój mieszkania bardzo funkcjonalny, nieco odarty z indywidualności, ale umówmy się Xell jest indywidualnością sam w sobie. Living room jeszcze nie skończony. Xell zadbał o najważniejsze dla siebie sprawy, czyli sypialnię i kuchnię. W łazience zwraca uwagę szerokie lustro, baaardzo szerokie. Myślisz Xell, że ta szerokość kiedyś będzie potrzebna? ;)
Goście znani i nieznani. Był Prawiebrunet ze swym przemiłym kompanem. Metka i Gwiazda orbitujący wokół siebie ... zupełnie niepotrzebnie. Był dawno niewidziany Cenny z pierwszy raz widzianym Pikusiem. Na zdjęciach Pikuś wyglądał na wyższego. Był Lucy, który potrafi być przeuroczy. Sporo pogadałem z Dyrygentem i Grubym - Gruby sam tak o sobie mówił, więc pretensji o pseudonim nie przyjmuję. No i był Drwal - ubrany jak drwal, z ciałem jak u drwala i wcale interesującą osobowością. Była też jakaś kobieta.
Do jedzenia rzeczywiście tak, jak Xell zapowiadał, był smalec i ogórki. Były też trochę innych rzeczy, żeby dodać elegancji. Ja oczywiście rzuciłem się na smalec. Czym zachęciłem innych krygujących się fanów tego tłuszczu. Charakterystyczne, że smalec jedli tylko ci szczupli. Były też jakieś alkohole i boski bimber. Nie wiem skąd Xell wytrzasnął ten bimber, jak spróbowałem nie piłem już niczego innego. I wiecie co, zero kaca dzisiaj! Pierwsza klasa, poproszę o dostawy.
Xell wymyślił sobie, że palacze będą palili na balkonie. Na szczęście zdał sobie sprawę z okrucieństwa tego rozporządzenia (było poniżej zera) i nieco wymuszenie przystał na palenie na klatce schodowej. Ale w końcu się oswoił i można było palić w kuchni. Ja wiem, że dym papierosowy śmierdzi, ale jak ktoś pierdnie, to też śmierdzi, a nie ogranicza się pierdzących w ich przywilejach! Goście muszą mieć swoje prawa i koniec.
Impreza toczyła się jak zawsze głównie w kuchni, a z powodu palaczy także na klatce schodowej. Dużo różnego bla, bla o co trudno mieć pretensje. Poznałem się ze wszystkimi i mam nadzieję pozostawiłem dobre wrażenie po sobie. Z mojego punktu widzenia najważniejszymi momentami były moje ściąganie odzieży oraz taniec erotyczny z Ego i Cennym. Zsunął się też abażur, ale to detal.
Impra była jak zjazd blogerów, z czego nie zdawałem sobie sprawy. Gospodarz Xell, Gejowski, Prawiebrunet, Pikuś i Drwal, o mnie świeżynce nie wspominając.
Ogólnie fajnie, ale szkoda, że nie było żadnych ekscesów. No i w przyszłości Xell będzie musiał urządzać imprezy w bardziej cywilizowanych rejonach świata.
wtorek, 27 października 2009
Poniedziałek - początek
Poranek: wpadł Znany Przedsiębiorca Pogrzebowy (w skrócie ZPP). Odbyliśmy dłuższą rozmowę, z której chyba niewiele wynikło. Strasznie trudno jest rozmawiać z bliskim człowiekiem, ale w sytuacji, gdy bliscy już sobie nie jesteśmy. Właściwie każda rozmowa oddala nas od siebie coraz bardziej, ale cieszy, że nadal próbujemy. Tylko czemu on taki oporny?!
Wreszcie umówiłem się z Prezesem. Nie, to nie pseudonim, facet autentycznie jest prezesem ;) Może będzie z tego jakaś ciekawa praca.
Popołudnie: pędem do Urzędu Skarbowego, moje szczęście, ze o wacie pamiętałem i zdążyłem. Przymierzyłem też spodnie w Bershce, niestety mam za grube kończyny na rurki, wyglądają na mnie jak leginsy.
Wieczór: Zadzwoniła Profesjonalistka, wyżaliła mi się, a ja jej. I nie chciałbym mieć jej problemów. Cierpiący wszystkich krajów łączcie się!
W trakcie dobijał się Gejowski, oddzwoniłem. Fajnie, że mu się powodzi w podbojach, nie zazdroszczę, ale też bym chciał być taki niewymagający i szybki.
Lans czuje szokującą miętę do mnie. Zupełnie nie wiem, jak to sobie tłumaczyć. Zna mnie tylko ze zdjęcia. Musiałem przełożyć nasze spotkanie - trochę mi głupio było, ale nie było wyjścia - a on zero pretensji, ba, życzenia, żeby udało mi się sprawnie wszystko załatwić. Niebywałe.
Reszta wieczoru spędzona na konfigurowaniu bloga. I rozmyślaniach.
Piszczel - obiekt moich westchnień - jest fantazją, która nigdy się nie spełni. Wiem o tym, ale chemia wciąż działa ... i nie ma żadnego antidotum.
Cenny jest interesujący. Miło się z nim spędza czas. I do tego jest nieodgadniony. Ale chemii wciąż brak.
Jutro, a właściwie już dziś, "Rowerzyści" w Jaraczu na zaproszenie Zauroczonego.
Refleksja: jeden post, a ile osób się przez niego przewinęło; mam nadzieję, że zadbałem o ich anonimowość.