Towarzysko po czterokroć
Urodziny Ciastka
Zaczęło się od urodzin Ciastka na obrzeżach cywilizacji. Mieszkanie odmalowane i wysprzatane na tę okoliczność. Tłumu wprawdzie nie było, ale za to można było zobaczyć inne twarze niż zazwyczaj. Ciastko zaprosił też kobiety w liczbie sztuk dwóch, co było dosyć zaskakujące. Ale też "kobieta największą przyjaciółką geja", od czego wyjątkiem jest Gejowski, któremu własna kobiecość całkowicie wystarcza i konkurencji nie toleruje. Nowopoznani u Ciastka byli bardzo męscy, i to tak do bólu nawet, a jeden zdaje się jakiejś agresji nawet dostał; nie do końca wiem jednak o co chodziło. Były pyszne tartinki i sałatka, tort urodzinowy o kolorystyce prosto z fabryki chemikaliów (o dziwo nie świecił) i danie na ciepło: połączenie wołowiny z ogórkami konserwowymi, którego przeżuwanie trochę obniżyło intensywność konwersacji. Niestety Ciastko nie przygotował oprawy muzycznej, więc tańców nie było. Trochę szkoda, bo parkiet aż prosił się o mocne udeptanie.
Ze znanych byli: Metka, Gwiazda, Gejowski (sam!), Xell, Jakiś, Raand i Ego, o Ja-Kubie jako współgospodarzu nie wspominając.
U Metki i Gwiazdy 1
Metka i Gwiazda także podjęli swoich znajomych na odległej orbicie miasta (gdzie przebywali celem dokarmiania futrzaków) na przeuroczym garden party z grilem. Najcieplej nie było niestety. Strasznie długo czekaliśmy na Xella, któren to wdał się niemal w bójkę z jakimś debilem, który zastawił jego samochód swoim. Mimo ad hoc przygotowanej imprezy żarcia (i to dobrego żarcia) było w bród. Jednak nie mogę pojąć czemu tylko ja jadłem krewetki. Dziewczyny, odwagi, to nie są robaki! Po zjedzeniu wszystkiego skryliśmy się przy kominku. Syci i trzeźwi (wszyscy zmotoryzowani) odbyliśmy przeuroczą pogawędkę, której tematem był między innymi jeden nasz znajomy przeżywający ciężkie chwile. Spotkanie przy kominku, to jednak coś zupełnie innego niż przy stole.
Dotarli: Ego, Raand, Fioletowy, Gejowski, Xell, Marcysia, Sylwia.
Jajeczko 2011 (wersja mini)
Miałem nadzieję na zorganizowanie większej imprezy, ale zaproszeni zbyt długo ociągali się z potwierdzeniem przybycia. RSVP niby każdy wie, co znaczy, ale jak przychodzi, co do czego, to się gubią. Wysłałem smsy, zapraszałem przez inne media, napisałem nawet stronę informacyjną... nie pomogło. Liczyłem na spotkanie z ludźmi, których nie widziałem od ostatniego jajeczka, ale widać mieli inne plany. W końcu stwierdziłem, że OK zaryzykuję i zrobię imprezę w domu. Ryzyko polegało na tym, że świeżo wyremontowana norka nie nadaje się na takie imprezy jak drzewiej. Im więcej luda, tym większa szansa na zdarzenia niekontrolowane, a nie zamierzałem po imprezie odgruzowywać mieszkania. Zaprosiłem więc tylko tych, którzy zaangażowali się w ideę Jajeczka i albo odpowiedzieli na moje wezwanie w odpowiednim czasie, albo wręcz się o to upomnieli wcześniej. Było więc kameralnie, bo tylko w gronie 20 osób, mnie i Jakisia wliczając.
Kaczka utracił nimb posiadacza najtwardszych jaj na rzecz Krowy Morskiej. Walka była zajadła, skorupki, a i spore części jajek zaściełały podłogę, w zadziwiająco wielu przypadkach pojedynki kończyły się rozbiciem obu jaj. Przy okazji: widziałem program o zwyczajach wielkanocnych; takie tłuczenie się jajkami nazywało się kiedyś "walatka" lub "na wybitki".
Potłukł się tylko jeden kieliszek, a i tak odłamki zostały rozniesione po całym mieszkaniu - tego się najbardziej bałem, ale skończyło się dobrze.
Jakisiowe sałatki jajeczne cieszyły się sporym wzięciem, a jego smalec zszedł w całości - oj wyposzczone były cooleżanki strasznie. Niestety zapomniałem, że był też nagotowany barszcz czerwony i dopiero w końcówce imprezy wziąłem się za częstowanie. W efekcie jemy z Jakisiem ten barszcz do dziś i jeszcze zostało.
Wszystko było przygotowane na wariackich papierach i nie zdążyłem przygotować oprawy muzycznej, ale wyratował mnie Gejowski. Nie prosiłem go, nie wspominałem nawet, ale to dzięki jego zapobiegliwości goście mieli przy czym tańczyć. Dzięki wielkie!
Dodatkowych atrakcji w postaci gier i zabaw nie było, ale i tak mam nadzieję, że wieczór był udany.
Ciekawe wejście miał Raand, cały w motocyklowym kombinezonie. Pod domem młodzieńcy hetero z troską poinformowali go, że "na górze bawią się pedały"... tylko nie wiem, co im odpowiedział i jak nisko im szczęki opadły. Ale podobno zastanawiali się, czy się nie wprosić.
Wespół z Jakisiem gościłem następujące indywidua: ZPP, Fioletowy, Miszal, Ego, Raand, Gejowski, Hiszpan, Kaczka, Krowa Morska, Szparka, Ciastko, Ja-Kub, Xell, Metka, Szparka, Skorek, Bluszcz, Nasus.
U Metki i Gwiazdy 2
Chłopcy się rozbawili i ostatni dzień świąt wielkomocznych spędziliśmy gromadnie u nich. Tym razem było ciasto zamiast grilla i wódka zamiast soczków. Zaczęło się niewinnie od rzucania okiem na film o Wiliamie i Kate. Już nie wiem dlaczego znienacka zeszło na politykę i poszło na noże. Metka prezentował swoje przemyślenia, ja i Jakiś wręcz przeciwne, tonował Xell, Bluszcz wtrącał uwagi, Gejowski, co niezwykłe, siedział cicho, Gwiazda był nie wiedzieć czemu zadowolony, a Raand i Ego się nudzili.
Metka dosyć szokował usprawiedliwianiem PRLowskiego systemu, jego rządzących i ich działań. Ja i Jakiś – pewno jako najlepiej pamiętający te czasy – absolutnie nie mogliśmy się na to zgodzić. Metka nie widział problemu w monopartyjnojści PRLu i zdaje się nie dostrzegać walorów dzisiejszej konkurencji o władzę. Wszyscy nie do końca jesteśmy zadowoleniu z systemu w jakim żyjemy. Ale żyjemy w nim. Xell porównał to do mentalnego więzienia jakie tworzymy, każdy na swoją miarę. Brakowi zainteresowania u Raanda i Ego nie dziwię się; kiedy codziennie oddycha się wolnością i ma ona tylko jeden zapach, przestaje być czymś niezwykłym, wartym rozważań.
Gejowski jak się okazało milczał, bo nie chciał brać udziału w, jak to określił, „kłótni pijanych cioturzyc”. Pizda głupia, mógł się podzielić swym trzeźwym osądem i może przystopowałby Metkę w jego nieprzemyślanych i, z mojego punktu widzenia, zakłamanych poglądach. Tylko bez dyskusji tu na blogu, zostawmy to na kolejne spotkanie. Wieczór był intensywny i wart takiego spędzenia czasu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaczka. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 28 kwietnia 2011
środa, 24 listopada 2010
Nowa Klasyka Europy Lódź Teatr Jaracza „Panny z Wilka”
Prawie światowo
Jakiś, bo któżby inny, zabrał mnie w minioną sobotę na otwarcie festiwalu „Nowa Klasyka Europy” („New Classics of Europe”, pełna nazwa „I Międzynarodowy Festiwal Teatralny Klasyki Światowej”). Na Sali pani posłanka Iwona Śledzińska-Katarasińska, marszałek Włodzimierz Fisiak, były marszałek Mieczysław Teodorczyk, dyrektor Teatru Nowego Zdzisław Jaskuła, były premier Marek Belka, śmietanka miasta i… Kaczka! Zobaczył mnie, gdy wchodził na salę, stanął jak wryty, przeżegnał się, a potem bystro, jak na Kaczkę przystało, zapytał: „A co ty tu robisz?”. Odpowiedziałem pytaniem: „A po co się przychodzi do teatru twoim zdaniem?”.
Wojciech Nowicki - dyrektor festiwalu – powitał zgromadzonych, pan tłumacz tłumaczył półsymultanicznie na angielski, Włodzimierz Fisiak festiwal po angielsku otworzył.
Po wejściu każdy widz otrzymał słuchawki z odbiornikiem. Na sali odbył się test, czy wszyscy słyszą tłumaczkę, kto nie słyszał miał wymienione słuchawki, w tym oczywiście ja. Spektakl był po włosku, czyli w języku, którego w ogóle nie znam. Wolałbym napisy, szczególnie, że tłumaczkę czasami ponosiło i wczuwała się w odczytywanie. No i praktycznie nie można było usłyszeć głosu aktorów.
Nie bardzo rozumiem jak „Panny z Wilka” (a po włosku „Le Signorine Di Wilko”) napisane przez Jarosława Iwaszkiewicza, pisarza XX wieku, mają być uznane za klasykę, ale OK. Zresztą pozostałe spektakle też daleko w przeszłość nie wybiegają. Spektakl był ciekawy i interesujące było zobaczyć adaptację polskiego opowiadania, wyreżyserowanego przez Łotysza, a granego przez włoskich aktorów.
Ale nie o spektaklu chcę napisać. Bardziej interesuje mnie przyszłość festiwalu. Z tego, co usłyszałem wynikało, że miała to być klasyka, a de facto nie jest. Że miało być jury, a nie ma. Dwie nazwy festiwalu „Nowa Klasyka Europy” i „I Międzynarodowy Festiwal Teatralny Klasyki Światowej” są wzajemnie sprzeczne. Międzynarodowy, czy europejski? Klasyka Europy, czy światowa? Na stronie festiwalu można przeczytać, że: „to dyskusja nad współczesnymi odczytaniami klasycznej literatury światowej. To przegląd propozycji najważniej-szych scen teatralnych w poszukiwaniu spektakli, które są częścią nowego kanonu inscenizacyjnego Europy.” Przyznam, nic nie rozumiem. Jest odnośnik do listu intencyjnego, ale list chyba jeszcze nie powstał, bo link prowadzi na manowce.
Oprawa festiwalu jest imponująca (finansuje urząd marszałkowski i Unia Europejska). Budynek pięknie oświetlony, program ładnie wydany. Tylko, o co w tym chodzi?
Jakiś, bo któżby inny, zabrał mnie w minioną sobotę na otwarcie festiwalu „Nowa Klasyka Europy” („New Classics of Europe”, pełna nazwa „I Międzynarodowy Festiwal Teatralny Klasyki Światowej”). Na Sali pani posłanka Iwona Śledzińska-Katarasińska, marszałek Włodzimierz Fisiak, były marszałek Mieczysław Teodorczyk, dyrektor Teatru Nowego Zdzisław Jaskuła, były premier Marek Belka, śmietanka miasta i… Kaczka! Zobaczył mnie, gdy wchodził na salę, stanął jak wryty, przeżegnał się, a potem bystro, jak na Kaczkę przystało, zapytał: „A co ty tu robisz?”. Odpowiedziałem pytaniem: „A po co się przychodzi do teatru twoim zdaniem?”.
Wojciech Nowicki - dyrektor festiwalu – powitał zgromadzonych, pan tłumacz tłumaczył półsymultanicznie na angielski, Włodzimierz Fisiak festiwal po angielsku otworzył.
Po wejściu każdy widz otrzymał słuchawki z odbiornikiem. Na sali odbył się test, czy wszyscy słyszą tłumaczkę, kto nie słyszał miał wymienione słuchawki, w tym oczywiście ja. Spektakl był po włosku, czyli w języku, którego w ogóle nie znam. Wolałbym napisy, szczególnie, że tłumaczkę czasami ponosiło i wczuwała się w odczytywanie. No i praktycznie nie można było usłyszeć głosu aktorów.
Nie bardzo rozumiem jak „Panny z Wilka” (a po włosku „Le Signorine Di Wilko”) napisane przez Jarosława Iwaszkiewicza, pisarza XX wieku, mają być uznane za klasykę, ale OK. Zresztą pozostałe spektakle też daleko w przeszłość nie wybiegają. Spektakl był ciekawy i interesujące było zobaczyć adaptację polskiego opowiadania, wyreżyserowanego przez Łotysza, a granego przez włoskich aktorów.
Ale nie o spektaklu chcę napisać. Bardziej interesuje mnie przyszłość festiwalu. Z tego, co usłyszałem wynikało, że miała to być klasyka, a de facto nie jest. Że miało być jury, a nie ma. Dwie nazwy festiwalu „Nowa Klasyka Europy” i „I Międzynarodowy Festiwal Teatralny Klasyki Światowej” są wzajemnie sprzeczne. Międzynarodowy, czy europejski? Klasyka Europy, czy światowa? Na stronie festiwalu można przeczytać, że: „to dyskusja nad współczesnymi odczytaniami klasycznej literatury światowej. To przegląd propozycji najważniej-szych scen teatralnych w poszukiwaniu spektakli, które są częścią nowego kanonu inscenizacyjnego Europy.” Przyznam, nic nie rozumiem. Jest odnośnik do listu intencyjnego, ale list chyba jeszcze nie powstał, bo link prowadzi na manowce.
Oprawa festiwalu jest imponująca (finansuje urząd marszałkowski i Unia Europejska). Budynek pięknie oświetlony, program ładnie wydany. Tylko, o co w tym chodzi?
niedziela, 9 maja 2010
Kenzo i inni
Nie było jak dotrzeć na pokazy OFF o 12, bo przecież nijak nie mogłem się z domu wygrzebać po nocce. Dziś zresztą też nie zdążyłem. W pędzie piszę tę notkę, żeby zdążyć na kolejne.
Wczoraj dojechałem dopiero na pokaz Łukasza Jemioły (albo Jemioła, nie wiem jak mu odmieniać nazwisko). Ale że kolejny pokaz miał być dopiero 2 godziny później, to się urwałem i pojechałem do domu coś zjeść, nauczony doświadczeniem, że jak nie zjem, to umrę z głodu, a jego samego nawet nie poczuję.
Na pokaz Paprockiego&Brzozowskiego umówiłem się ze Starą Gropą, która zadeklarowała się, że będzie mnie wozić, a ja będę mógł pić. Udało nam się zająć strategiczną pozycję przy wejściu na salę pokazów i weszliśmy w pierwszej dziesiątce. Stroje były niezłe, ale ja się nie znam, obejrzyjcie sobie ten naprędce zmontowany filmik.
Pokaz zaszczycił Kenzo wraz z oszałamiająco przystojnym facetem. Nie mogłem od niego ócz oderwać mych chabrowych. Wyglądał na czterdzieści parę lat, Stara Gropa dawała mu nawet pięćdziesiąt kilka, ale nieważne i tak wyglądał świetnie. I jak się uśmiechał!
Od razu mówię, że nie chodzi mi o tę zołzę w goglach, tylko tego pośrodku.
I jeszcze szybka adoracja ;)
Po pokazie polecieliśmy do VIP roomu na wódkę. Stanąłem w kolejce, postałem i mało mnie szlag nie trafił, kiedy dla osoby tuż przede mną zabrakło szklanek i bar się zawiesił. Wódka była, soki były, a nie było z czego pić!
Z pokazu Eymeric'a Francois mógłbym też zrobić filmik, ale to tylko jeśli będzie takie życzenie PT publiczności.
Natychmiast po wyjściu z Expo popędziliśmy do Kokoo, gdzie zorganizowano after party. Szalonego tłumu nie było, ale był Kenzo ze swoim przystojniakiem. Lampiłem się na niego, ale chyba nie zwróciło to jego uwagi. Stara Gropa chciała mnie nawet wepchnąć za nim do kibla, ale nie zwykłem w ten sposób zawierać znajomości. Poza tym przystojniak ślinił się raczej do modeli, których paru przyszło, więc ze zgaszoną miną poszliśmy na kolejną zamkniętą imprezę tym razem w Art Caffe.
Tam aftera mieli plastikowi z pokazów OFF. Na miejscu upadła Krowa Morska, rozanielony Hiszpan i o dziwo trzeźwa Kaczka. Reszta cooleżanek nie miała siły przebicia i do arta ich nie wpuszczono, to rozsiadły się z fochem w Fufu. A arcie nie zabawiliśmy długo i dołączyliśmy do cooleżanek. Ale one zamiast ucieszyć się na nasz widok, to siedziały jakieś zgnębione i szybko poszły sobie. Stara Gropa przytuliła jednego młodego, który o dziwo mnie znał. Pogadaliśmy, ja popiłem i grzecznie do domciu.
Wczoraj dojechałem dopiero na pokaz Łukasza Jemioły (albo Jemioła, nie wiem jak mu odmieniać nazwisko). Ale że kolejny pokaz miał być dopiero 2 godziny później, to się urwałem i pojechałem do domu coś zjeść, nauczony doświadczeniem, że jak nie zjem, to umrę z głodu, a jego samego nawet nie poczuję.
Na pokaz Paprockiego&Brzozowskiego umówiłem się ze Starą Gropą, która zadeklarowała się, że będzie mnie wozić, a ja będę mógł pić. Udało nam się zająć strategiczną pozycję przy wejściu na salę pokazów i weszliśmy w pierwszej dziesiątce. Stroje były niezłe, ale ja się nie znam, obejrzyjcie sobie ten naprędce zmontowany filmik.
Pokaz zaszczycił Kenzo wraz z oszałamiająco przystojnym facetem. Nie mogłem od niego ócz oderwać mych chabrowych. Wyglądał na czterdzieści parę lat, Stara Gropa dawała mu nawet pięćdziesiąt kilka, ale nieważne i tak wyglądał świetnie. I jak się uśmiechał!
Od razu mówię, że nie chodzi mi o tę zołzę w goglach, tylko tego pośrodku.
I jeszcze szybka adoracja ;)
Po pokazie polecieliśmy do VIP roomu na wódkę. Stanąłem w kolejce, postałem i mało mnie szlag nie trafił, kiedy dla osoby tuż przede mną zabrakło szklanek i bar się zawiesił. Wódka była, soki były, a nie było z czego pić!
Z pokazu Eymeric'a Francois mógłbym też zrobić filmik, ale to tylko jeśli będzie takie życzenie PT publiczności.
Natychmiast po wyjściu z Expo popędziliśmy do Kokoo, gdzie zorganizowano after party. Szalonego tłumu nie było, ale był Kenzo ze swoim przystojniakiem. Lampiłem się na niego, ale chyba nie zwróciło to jego uwagi. Stara Gropa chciała mnie nawet wepchnąć za nim do kibla, ale nie zwykłem w ten sposób zawierać znajomości. Poza tym przystojniak ślinił się raczej do modeli, których paru przyszło, więc ze zgaszoną miną poszliśmy na kolejną zamkniętą imprezę tym razem w Art Caffe.
Tam aftera mieli plastikowi z pokazów OFF. Na miejscu upadła Krowa Morska, rozanielony Hiszpan i o dziwo trzeźwa Kaczka. Reszta cooleżanek nie miała siły przebicia i do arta ich nie wpuszczono, to rozsiadły się z fochem w Fufu. A arcie nie zabawiliśmy długo i dołączyliśmy do cooleżanek. Ale one zamiast ucieszyć się na nasz widok, to siedziały jakieś zgnębione i szybko poszły sobie. Stara Gropa przytuliła jednego młodego, który o dziwo mnie znał. Pogadaliśmy, ja popiłem i grzecznie do domciu.
wtorek, 4 maja 2010
Uchmieleni
To już drugi dzień, kiedy w godzinach mocno porannych coś mi pod domem warczy i spać nie daje. Nie wiem, co to jest. Może sąsiedzi traktor sobie kupili i będą teraz co rano odpalać go, bynajmniej nie ku mojej uciesze.
Wieczór spędziłem miło. Wraz z Krową Morską publicznie dojechaliśmy do centrum miasta tramwajem linii 11. W "One-21" napotkaliśmy Drużynową z aktualnym oraz naszli Hiszpan i Kaczka. Ten fragment wieczoru upamiętnił się zwrotem 1 (słownie: jednej) złotówki zapłaty za Kaczkowe piwo. Bo otóż Kaczka wychłeptał małe piwo, które na rachunku kosztowało 6 zł, a w ofercie publicznie, na widoku było za 5 zł. Obsługa bardzo dyskretnie zrobiła nam zdjęcia do katalogu "Tych gości nie obsługujemy".
W Sphinxie spożyliśmy pięć półtoralitrowych dzbanów piwa marki Okocim w cenie 13 zł sztuka, czyli prawie darmo. Kaczka ponadto zajadał się zupą cebulową najprawdopodobniej marki Knorr. Obecni uznali, że z Kaczką mamy się ku sobie.
Kontynuując narzeczeństwo spróbowaliśmy wejść do Esplanady, ale tam palić nie wolno, więc udaliśmy się na z góry upatrzone pozycje w Ganimedesie. Konsumpcja kolejnych piw obnażyła nietrwałość związku z Kaczką. Przytuliliśmy do naszego grona Xell'a, który niczym nimfa z pary się objawił. Wyściskaliśmy się z Prawie Żonatym, który owąż porą był też obecny i to całkiem nie sam. Chmielnie osłabli skierowaliśmy się do legowisk.
Wieczór spędziłem miło. Wraz z Krową Morską publicznie dojechaliśmy do centrum miasta tramwajem linii 11. W "One-21" napotkaliśmy Drużynową z aktualnym oraz naszli Hiszpan i Kaczka. Ten fragment wieczoru upamiętnił się zwrotem 1 (słownie: jednej) złotówki zapłaty za Kaczkowe piwo. Bo otóż Kaczka wychłeptał małe piwo, które na rachunku kosztowało 6 zł, a w ofercie publicznie, na widoku było za 5 zł. Obsługa bardzo dyskretnie zrobiła nam zdjęcia do katalogu "Tych gości nie obsługujemy".
W Sphinxie spożyliśmy pięć półtoralitrowych dzbanów piwa marki Okocim w cenie 13 zł sztuka, czyli prawie darmo. Kaczka ponadto zajadał się zupą cebulową najprawdopodobniej marki Knorr. Obecni uznali, że z Kaczką mamy się ku sobie.
Kontynuując narzeczeństwo spróbowaliśmy wejść do Esplanady, ale tam palić nie wolno, więc udaliśmy się na z góry upatrzone pozycje w Ganimedesie. Konsumpcja kolejnych piw obnażyła nietrwałość związku z Kaczką. Przytuliliśmy do naszego grona Xell'a, który niczym nimfa z pary się objawił. Wyściskaliśmy się z Prawie Żonatym, który owąż porą był też obecny i to całkiem nie sam. Chmielnie osłabli skierowaliśmy się do legowisk.
sobota, 3 kwietnia 2010
Po Jajeczku
I po Jajeczku 2010.
Nie będę pisał, czy było fajnie, czy nie, bo jako gospodarzowi nie bardzo mi wypada. Dość, że ostatni goście wyszli o 6:40. W sumie, co obliczyłem bardzo dokładnie, było 36 gości plus ja i przewspaniały Bartender, czyli razem 38 chłopa.
Wszystkim jeszcze raz bardzo serdecznie dziękuję za przybycie. Szczególnie chciałbym podziękować Xellowi za muzykę, Jakisiowi za smalec i pomoc kuchenną, Techno i Mięcie za lód i wspaniałe paszteciki, Ja-Kub'owi za pomoc przy naklejkach imiennych, Santoriniemu za pomoc przy zakupach i sprzątaniu, Miszalowi za obecność oraz Bartenderowi za kreatywne drinki i wspaniały kontakt z ludźmi.
Jasne, że norka wygląda jak po tajfunie, ale taki urok domowych imprez. Nigdy mnie to nie przerażało. Dobrze, że pojemniki na śmieci są puste, bo muszę wyrzucić około 120 litrów odpadów (szkła, papieru, śmieci, plastiku). Wypiliśmy ocean alkoholu i napojów. Idealnymi przekąskami okazały się smalec i paszteciki. Ale sałatka jajeczna i czerwony barszcz też się z tym komponowały.
Tegorocznym zwycięzcą konkursu na najtwardsze jaja, ku zaskoczeniu samego zainteresowanego, został Kaczka. Nagrodę ufundował Gejowski. Mam nadzieję, że wibratorem w kształcie złotego jaja Kaczka będzie się delektował przez długie lata. Życzę wielu niezapomnianych wibracji.
Nie opiszę wszystkich obecnych, ale przynajmniej tych z jakimiś pseudonimami.
Sylwia - znalazł wspaniały nowy teren łowów i oczywiście nie wyszedł sam,
Gejowski - zwyczajowo zaplatał nogi w warkoczyk i perrorował; pogubiłem się w jego zamierzeniach małżeńskich,
Lucy - fundnął sobie nową fryzurę, która jeszcze lepiej uwydatnia jego odstające uszy; szybkie tempo sprawiło, że odpadł na dlugo przed końcem imprezy,
Metka Boska - tak schlanej Metki już dawno nie widziałem, zachowywał się skandalicznie, do tego chodził najpierw w koszuli potem t-shircie noszącym wyraźne ślady jakichś płynów ustrojowych, Metka Boska zupełnie nie wyglądała na Niepokalaną,
Gwiazda - nie pił, bo prowadził i jak widziałem najwięcej czasu spędził z Bluszczem,
Raand - usłyszałem o nim, że jest "przezabawnym i przesympatycznym łysolkiem", a do tego największą ciotą ze wszystkich,
Ego - sporządniał i mam nadzieję nie dzwonił do wszystkich sąsiadów jak wychodził,
Xell - niestety nie zrobił niczego skandalicznego... tym razem,
Krowa Morska - jak wypił, to się rozszalał parkietowo, a jak się rozszalał, to ja tylko wyobrażałem sobie ten bujajacy się u sąsiadów żyrandol,
Hiszpan - jak zawsze słodki i śliczny, a jak spał to aż się prosił, żeby go wziąć na śpiocha,
Kaczka - najbardziej bał się zdjęć, a już w zupełne przerażenie wprawiło go wygranie konkursu - znienacka stał się sławny,
Jakiś - zaległ na tapczanie w kuchni i nie chcial się stamtąd ruszyć; zaskarbił sobie takie względy u Bartendera, że nawet nie musiał się podnosić po drinki, ba, po Jajeczkowym doświadczeniu może się pojawi w Narra,
Miszal - miało go nie być i do ostatniej chwili zapierał się, że z Londynu nie przyjedzie, a tu znienacka podchody pod drzwiami, kogut na wycieraczce, a potem Miszal we własnej osobie,
Radix - ja nie wiem jak on to robi, że po dwóch piwach bezalkoholowych bawi się jak ja po połówce; mam nadzieję, że przeżył i cieszę się, że mimo trudności dotarł i wspaniale się bawił,
Techno i Mięta - ci to poszaleli, widziałem, że wszędzie ich pełno, a i wspólnych znajomych jak się okazało mamy wielu, na pewno odchorują swoje wyrąbiste, ale zdradliwe drinki,
aRRo - a ten tym razem jakiś spokojniutki, aż podejrzewam, że coś zmalował, tylko jeszcze o tym nie wiem,
Bluszcz - no ten to się zmienił, a w swoim moro wyglądał tak, że klękajcie narody przed tym maczizmem,
Ja-Kub - siedział przy Ciastku i nie chciał się ruszyć, a podobno ciążenie było na obu, tylko osobno.
Były też skandaliki. Dwóm osobom nie wytrzymały żołądki. Jeden z obecnych miał takie wzięcie, że jak słyszałem obciagały mu dwie osoby naraz. Nie wiem czy się cieszyć tym, czy martwić, ale żółty pokój jakoś naturalnie stał się darkroomem. Wpadałem tam znienacka co jakiś czas skontrolować sytuację, ale nikogo na flagrancie nie złapałem.
Zadziwiała liczba łysych. To nowy trend, do którego nie zamierzam się dostosowywać, ale lubię łysych facetów, fajnie się ich głaszcze po glacy.
Nowością Jajeczka było też oklejenie każdego naklejką z imieniem. Bardzo przydatne przy zapamiętywaniu ludzi, poznawaniu ich, a w tym tłumie łatwe to nie było. Chyba tylko ja rozpoznawałem wszystkich z imienia. Gejowski umyślił sobie udoskonalenie tego pomysłu i każdemu podopisywał "A", "P" i "U", a czasem w złożeniach "P/U", co przy bardziej niestarannym zapisie wyglądało jakby, ci ostatni mieli coś wspólnego z ojcem Pio. Tylko wciąż nie wiem, czy to było według deklaracji zainteresowanych, czy widzimisię Gejowskiego. No i czy czemukolwiek się przysłużyło.
Nie wiem czy wszyscy zainteresowani wymienili się telefonami. Jeśli nie, a jest jakieś ciążenie, to postaram się jakieś schadzki zorganizować. Ale to już bardziej kameralnie. Tylko żeby nie było, że ja ciotka-swatka jestem, ja też chcę poszaleć na tym polu.
Nie będę pisał, czy było fajnie, czy nie, bo jako gospodarzowi nie bardzo mi wypada. Dość, że ostatni goście wyszli o 6:40. W sumie, co obliczyłem bardzo dokładnie, było 36 gości plus ja i przewspaniały Bartender, czyli razem 38 chłopa.
Wszystkim jeszcze raz bardzo serdecznie dziękuję za przybycie. Szczególnie chciałbym podziękować Xellowi za muzykę, Jakisiowi za smalec i pomoc kuchenną, Techno i Mięcie za lód i wspaniałe paszteciki, Ja-Kub'owi za pomoc przy naklejkach imiennych, Santoriniemu za pomoc przy zakupach i sprzątaniu, Miszalowi za obecność oraz Bartenderowi za kreatywne drinki i wspaniały kontakt z ludźmi.
Jasne, że norka wygląda jak po tajfunie, ale taki urok domowych imprez. Nigdy mnie to nie przerażało. Dobrze, że pojemniki na śmieci są puste, bo muszę wyrzucić około 120 litrów odpadów (szkła, papieru, śmieci, plastiku). Wypiliśmy ocean alkoholu i napojów. Idealnymi przekąskami okazały się smalec i paszteciki. Ale sałatka jajeczna i czerwony barszcz też się z tym komponowały.
Tegorocznym zwycięzcą konkursu na najtwardsze jaja, ku zaskoczeniu samego zainteresowanego, został Kaczka. Nagrodę ufundował Gejowski. Mam nadzieję, że wibratorem w kształcie złotego jaja Kaczka będzie się delektował przez długie lata. Życzę wielu niezapomnianych wibracji.
Nie opiszę wszystkich obecnych, ale przynajmniej tych z jakimiś pseudonimami.
Sylwia - znalazł wspaniały nowy teren łowów i oczywiście nie wyszedł sam,
Gejowski - zwyczajowo zaplatał nogi w warkoczyk i perrorował; pogubiłem się w jego zamierzeniach małżeńskich,
Lucy - fundnął sobie nową fryzurę, która jeszcze lepiej uwydatnia jego odstające uszy; szybkie tempo sprawiło, że odpadł na dlugo przed końcem imprezy,
Metka Boska - tak schlanej Metki już dawno nie widziałem, zachowywał się skandalicznie, do tego chodził najpierw w koszuli potem t-shircie noszącym wyraźne ślady jakichś płynów ustrojowych, Metka Boska zupełnie nie wyglądała na Niepokalaną,
Gwiazda - nie pił, bo prowadził i jak widziałem najwięcej czasu spędził z Bluszczem,
Raand - usłyszałem o nim, że jest "przezabawnym i przesympatycznym łysolkiem", a do tego największą ciotą ze wszystkich,
Ego - sporządniał i mam nadzieję nie dzwonił do wszystkich sąsiadów jak wychodził,
Xell - niestety nie zrobił niczego skandalicznego... tym razem,
Krowa Morska - jak wypił, to się rozszalał parkietowo, a jak się rozszalał, to ja tylko wyobrażałem sobie ten bujajacy się u sąsiadów żyrandol,
Hiszpan - jak zawsze słodki i śliczny, a jak spał to aż się prosił, żeby go wziąć na śpiocha,
Kaczka - najbardziej bał się zdjęć, a już w zupełne przerażenie wprawiło go wygranie konkursu - znienacka stał się sławny,
Jakiś - zaległ na tapczanie w kuchni i nie chcial się stamtąd ruszyć; zaskarbił sobie takie względy u Bartendera, że nawet nie musiał się podnosić po drinki, ba, po Jajeczkowym doświadczeniu może się pojawi w Narra,
Miszal - miało go nie być i do ostatniej chwili zapierał się, że z Londynu nie przyjedzie, a tu znienacka podchody pod drzwiami, kogut na wycieraczce, a potem Miszal we własnej osobie,
Radix - ja nie wiem jak on to robi, że po dwóch piwach bezalkoholowych bawi się jak ja po połówce; mam nadzieję, że przeżył i cieszę się, że mimo trudności dotarł i wspaniale się bawił,
Techno i Mięta - ci to poszaleli, widziałem, że wszędzie ich pełno, a i wspólnych znajomych jak się okazało mamy wielu, na pewno odchorują swoje wyrąbiste, ale zdradliwe drinki,
aRRo - a ten tym razem jakiś spokojniutki, aż podejrzewam, że coś zmalował, tylko jeszcze o tym nie wiem,
Bluszcz - no ten to się zmienił, a w swoim moro wyglądał tak, że klękajcie narody przed tym maczizmem,
Ja-Kub - siedział przy Ciastku i nie chciał się ruszyć, a podobno ciążenie było na obu, tylko osobno.
Były też skandaliki. Dwóm osobom nie wytrzymały żołądki. Jeden z obecnych miał takie wzięcie, że jak słyszałem obciagały mu dwie osoby naraz. Nie wiem czy się cieszyć tym, czy martwić, ale żółty pokój jakoś naturalnie stał się darkroomem. Wpadałem tam znienacka co jakiś czas skontrolować sytuację, ale nikogo na flagrancie nie złapałem.
Zadziwiała liczba łysych. To nowy trend, do którego nie zamierzam się dostosowywać, ale lubię łysych facetów, fajnie się ich głaszcze po glacy.
Nowością Jajeczka było też oklejenie każdego naklejką z imieniem. Bardzo przydatne przy zapamiętywaniu ludzi, poznawaniu ich, a w tym tłumie łatwe to nie było. Chyba tylko ja rozpoznawałem wszystkich z imienia. Gejowski umyślił sobie udoskonalenie tego pomysłu i każdemu podopisywał "A", "P" i "U", a czasem w złożeniach "P/U", co przy bardziej niestarannym zapisie wyglądało jakby, ci ostatni mieli coś wspólnego z ojcem Pio. Tylko wciąż nie wiem, czy to było według deklaracji zainteresowanych, czy widzimisię Gejowskiego. No i czy czemukolwiek się przysłużyło.
Nie wiem czy wszyscy zainteresowani wymienili się telefonami. Jeśli nie, a jest jakieś ciążenie, to postaram się jakieś schadzki zorganizować. Ale to już bardziej kameralnie. Tylko żeby nie było, że ja ciotka-swatka jestem, ja też chcę poszaleć na tym polu.
sobota, 13 lutego 2010
Beforek w Art Caffe
Piątkowy wieczór i noc można zaliczyć do udanych. Przynajmniej z tego, co pamiętam, bo wersji może być kilka. Wspomnienia tego wieczora podzielę na kilka notek, każdy przeczyta, co go zainteresuje.
Art Caffe
Krowa Morska i Hiszpan zachęcili mnie, by wieczór rozpocząć w Art Caffe (Piotrkowska 83). Lokal miał być kolejną wersją Hokus Pokus z leżącej zaraz obok piwnicy. Pogrzebałem w necie i okazało się, że lokal o tej nazwie istniał już w tym miejscu wcześniej i słynął z kawy. Zaprawdę historia to już, bo jako żywo nikogo pijącego kawę wczoraj nie widziałem. Art Caffe ma przyjemny, kameralny wystrój. Wybór alkoholi i napojów obszerny. Obsługa jeszcze się dociera, ale nie jest źle. Małe stoliki sprzyjają konwersacji. W ogóle właściciel musiał się nieźle wzbogacić na Hokus Pokus, albo mocno zapożyczyć, że stać go było na takie wyposażenie wnętrza. Świetnej jakości sprzęt do karaoke dopełnia całości. W porównaniu z ofertą Ganimedesa pod tym względem jest niebiańsko (dobre głośniki, świetni prowadzący, i banalna rzecz a jakże pożyteczna - na każdym stoliku zeszyt z dużą liczbą utworów posortowanych na polskie i zagraniczne oraz po nazwie wykonawcy, szacun). Mankamentem jest toaleta - jedna to ciut mało jak na spory tłumek gości.
Klientela jakaś dziwna, bo w Hokus Pokus tych ludzi nie widziałem. Może to ludzie, którzy przychodzili do wcześniejszego Art Caffe. W każdym razie nasz ciotoland czuł się tam dobrze i swobodnie. Dodam, że cenowo też jest atrakcyjnie w zestawieniu z innymi miejscami na Piotrkowskiej.
Towarzysko było gęsto, bo poza Krową Morską i Hiszpanem była Coca-Cola, Xell, doszedł Kaczka chyba ze swoim facetem, Metka Boska i Gejowski z Lucy. W sumie z 10 osób. Były śmichy-chichy i ogólne radośnie podpite pierdu-pierdu. Miałem okazję być profesjonalnie zapowiedzianym przez Xell'a i wystąpiłem ze swoim żelaznym repertuarem, czyli Katie Melua" Nine Million Bicycles". Nawet miałem trzy tancerki ze spontanicznym układem choreograficznym. Biedne tańcowały nie zdając sobie sprawy, że nieco zmieniłem słowa piosenki czyniąc ich występ dwuznacznym.
Następnie zmyliśmy się do Narraganset. I od tego momentu moje wersje zdarzeń mogą się różnić od pozostałych.
Art Caffe
Krowa Morska i Hiszpan zachęcili mnie, by wieczór rozpocząć w Art Caffe (Piotrkowska 83). Lokal miał być kolejną wersją Hokus Pokus z leżącej zaraz obok piwnicy. Pogrzebałem w necie i okazało się, że lokal o tej nazwie istniał już w tym miejscu wcześniej i słynął z kawy. Zaprawdę historia to już, bo jako żywo nikogo pijącego kawę wczoraj nie widziałem. Art Caffe ma przyjemny, kameralny wystrój. Wybór alkoholi i napojów obszerny. Obsługa jeszcze się dociera, ale nie jest źle. Małe stoliki sprzyjają konwersacji. W ogóle właściciel musiał się nieźle wzbogacić na Hokus Pokus, albo mocno zapożyczyć, że stać go było na takie wyposażenie wnętrza. Świetnej jakości sprzęt do karaoke dopełnia całości. W porównaniu z ofertą Ganimedesa pod tym względem jest niebiańsko (dobre głośniki, świetni prowadzący, i banalna rzecz a jakże pożyteczna - na każdym stoliku zeszyt z dużą liczbą utworów posortowanych na polskie i zagraniczne oraz po nazwie wykonawcy, szacun). Mankamentem jest toaleta - jedna to ciut mało jak na spory tłumek gości.
Klientela jakaś dziwna, bo w Hokus Pokus tych ludzi nie widziałem. Może to ludzie, którzy przychodzili do wcześniejszego Art Caffe. W każdym razie nasz ciotoland czuł się tam dobrze i swobodnie. Dodam, że cenowo też jest atrakcyjnie w zestawieniu z innymi miejscami na Piotrkowskiej.
Towarzysko było gęsto, bo poza Krową Morską i Hiszpanem była Coca-Cola, Xell, doszedł Kaczka chyba ze swoim facetem, Metka Boska i Gejowski z Lucy. W sumie z 10 osób. Były śmichy-chichy i ogólne radośnie podpite pierdu-pierdu. Miałem okazję być profesjonalnie zapowiedzianym przez Xell'a i wystąpiłem ze swoim żelaznym repertuarem, czyli Katie Melua" Nine Million Bicycles". Nawet miałem trzy tancerki ze spontanicznym układem choreograficznym. Biedne tańcowały nie zdając sobie sprawy, że nieco zmieniłem słowa piosenki czyniąc ich występ dwuznacznym.
Następnie zmyliśmy się do Narraganset. I od tego momentu moje wersje zdarzeń mogą się różnić od pozostałych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
