Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gejowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gejowski. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Bestiarium

Kobieta z brodą

Dzisiejsze spotkanie w gronie tęczowym wypełnione było muzyką. Nie zabrakło dyskusji o "Sekretach Watykanu" z TVN24, ale przeważyła jednak muzyka. Najnowsza Cher mnie nie zachwyciła; około 70 lat i śpiewać jak Lady Gaga!?

Metka urzeczony był "Dernière Danse" w wykonaniu pieśniarki Indila
a jeszcze bardziej wykonaniem Daniel Loeillot
Najlepsze chyba wrażenie zrobił Kállay Saunders reprezentujący Węgry na Eurowizji AD 2014

Jednak clue wieczoru był/była Conchita Wurst (po polsku Konczita Kiełbasa) reprezentująca Austrię, a osobiście prezentująca się jak poniżej:
Ja nie krytykuję, jednak kreacja idzie już tak daleko, że pogrążamy się w absurdzie.

środa, 19 marca 2014

As Ugly As A FAG

 Odreagowanie

Jeśli ktoś nie zna Gejowskiego, to juz wkrótce będzie mógł go bez trudu rozpoznać na ulicy, może z nieznacznie zmienionym makijażem w stosunku do przedstawionego obok. Rysy identyczne.

Ostatnia wizyta u Gejowskiego wkurwiła mnie na maksa. Tradycyjnie był "miły" dla swoich gości. Mnie na przykład zapytał: "Teresa. ty jesteś stara, to wiesz, co zrobić, żeby się sprawnie wypróżniać?".

Dla 15-latka stary jest 30-latek. Dla 20-latka, 40-latek. dla 30-latka, 50-latek, dla 40-latka, 60-latek, dla 50-latka, 70-latek, czy dla 60-latka stary jest dopiero 80-latek, czy już 70-latek to nawet nie wiem.

Ageizm gejowski jest po prostu przerażający. A Gejowski - jako kwintesensja tego ageizmu - jest ode mnie młodszy o nieznaczny ułamek własnego wieku. Czuje się on mimo to nadzwyczaj młody w stosunku do mnie. Przypuszczam, że to dlatego, że w ramach swego seryjnego monogamizmu aktualnie ma młodszego faceta, któremu ani wiek Gejowskiego, ani jego obfite kształty nie przeszkadzają w obcowaniu. Pewno Gejowski potrafi zrobić partnerowi hiszpana dowolną fałdą swojego ciała.

I jeszcze "co zrobić, żeby się sprawnie wypróżniać?". Jakżesz się poczułem doceniony! Okazuje się, że moja fumfela najbardziej ceni moją expertise w dziedzinie wypróżniania się. Każdy ma w tym aspekcie zapewne własne doświadczenia. Nie spodziewałem się, że publicznie zostanę uznany w tej kwestii za eksperta. Przy okazji pokazuje to, co intelektualnie najbardziej frapuje Gejowskiego ostatnimi czasy.

poniedziałek, 22 lipca 2013

W drodze na Lubiewo

...śmy

Juz lata temu homoseksualiści przyjęli konwencję opowiadania o znajomych i kochankach używając formy żeńskiej. Każdy omawiany miał pseudo w formie żeńskiej. Pozwalało to na wtopienie się w otoczenie. Kto postronny by pomyślał, że omawiający moralność Teresy Metka i Gejowski, mają na myśli faceta na schwał, znaczy mnie.
Z czasem jednak przeszło to w sfeminizowanie - niektórzy mówią w formie żeńskiej o sobie samym. A w innych przypadkach jest to konwencja, stąd "poszłam", "byłam", "imprezę uświetniłam".
Swoistym mistrzem tej konwencji jest Gejowski - aż czasami mam obawy, że używa tej konwencji także poza "środowiskiem".
W drodze na Lubiewo, jak tylko wyjechaliśmy poza granice Łodzi, w samochodzie grała ABBA, a my szczebiotałyśmy do siebie jak nastolatki zaczynając każdą wypowiedź od "kochana".
Było miło i wesoło, ale w żołądkach zaczęło burczeć, to się zatrzymaliśmy w "barze innym niż wszystkie". Gejowski zamówił lody pod pretekstem nieudanej aplikacji na stanowisko, zaś Metka zaczął się wysłośliwiać na temat jego diety. Brak zrozumienia dla jego ciężkiej sytuacji na tyle poruszył Gejowskiego, że na cały "bar inny niż wszystkie" tubalnym głosem odburknął "Uśmiałam się jak norka".
Trudno opisać wszystkie spojrzenia jakimi zostaliśmy zaszczyceni - niektórzy rodzice zaczęli nawet zasłaniać dziatwie oczy i uszy.
A "...śmy"? Wygłaszane niskim głosem "...śmy" to małe nawiązanie do Monty Pythona ("Żywot Briana")  zaznaczające, że ta, czy owa koleżanka nieco się zapomniała z publicznym wykorzystywaniem konwencji.
Formą rozwlekłą jest "A może byś się tak przymknęłła" - co autor bloga kiedyś wypowiedział nieco zażenowany swobodnym zachowaniem Gejowskiego w miejscu nad wyraz publicznym.

niedziela, 17 marca 2013

O czym by tu...

Misz-masz

Kościół ma być biedny - obwieścił nowy prezes. Bardzo ciekawe. To pewno za śluby będą mniej wołali. Nie wiem, czy wszyscy wiedzą, czemu KK jest przeciwko związkom partnerskim. Nie, nie dlatego, że byłyby też dla homoseksualistów. Jest przeciwko, bo heteroseksualiści wybieraliby związek partnerski zamiast ślubu kościelnego... i kasy by nie płacili. Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.

"Platforma Oburzonych" ruszyła. Chwilowo sporo tam nawiedzonych, a Duda nie chce się angażować politycznie. Pewno chce obalenia rządu i zarządzania państwem przez komitety robotnicze.

Noc z 16 na 17 marca będzie wyglądać jak głęboki styczeń. W Łodzi temperatura ma spaść do -13 stopni Celsjusza.

Gejowski tu do mnie nie wpada, bo się brzydzi - zupełnie nie wiem czemu. Dzwonił do Metki z pytaniem, czy będzie mu do czegoś potrzebny w sobotę. Metka akurat wszystkie dywany ma wytrzepane, więc nie wyraził zainteresowania. Gejowski zaznaczył, że jego niedostępność będzie związana z przybyciem znajomego z brytfanii. Ustaliliśmy z Metką, że zapewne chodzi o szansę na dowiedzenie się o czym się mówi na zapleczach angielskich garkuchni.

Xellowi wszyscy mówią, że jest pijany. Rozumiem, że kilku osobom można nie wierzyć, ale kiedy mówi to tyle osób, to powinien się położyć i przemyśleć. Niestety trwa w pijackim uporze.

Jak nie wypali szansa na pozostanie w Łodzi, to będę zapraszać do odwiedzania mnie w kraju tyleż europejskim, co egzotycznym. Blog zmieni się w kulinarno-globtroterski, może połączony z relacjami z kontaktów z tubylcami.

Dorota Welman w "Drugim śniadaniu mistrzów": "Brama spiżowa jest kościołowi na..."
Marcin Meller błyskotiwie: "Na nic niepotrzebna".

czwartek, 13 grudnia 2012

Kurzęce mięso

Żyć za 1zł dziennie? Da się zrobić

Śniadanie
Śniadanie nie odbiegało od codziennych śniadań: jajko na miękko, żółty ser,  plasterek szynki i herbata z cytryną. Jako pieczywo wystąpiła ciabatta, a za smar posłużył Pyszny Duet.

Około 2 miesięcy temu zauważyłem u Gejowskiego maszynkę do pieczenia chleba. Nie chciał pożyczyć na testy, ale o zdarzeniu opowiedziałem Jakisiowi, który zaraz następnego dnia wrócił z Lidla z takim właśnie urządzeniem firmy Silvercrest. Kupionym zresztą okazyjnie, bo z 10% zniżką. Zamiast 200zł zapłacił 180zł.

Od tego czasu nie biegamy do piekarni tylko pieczemy chleb w domu. Przetestowaliśmy wszystkie Lidlowe mieszanki i do gustu przypadły nam jedynie dwie: chleb słonecznikowy (sonenblumen-kernbrot) i ciabatta. Pozostałe były zbyt gliniaste. Nawet sztuczki w rodzaju dodawania ugotowanego ziemniaka nie pomagały. Są też polskie mieszanki, do których trzeba dodawać drożdże, ale one też nie przeszły naszych testów pomyślnie.

Jeden 750g bochenek kosztuje 2,65zł (całe opakowanie kosztuje 5,30zł). To tyle co 15 bułek po 50g każda z Biedronki po 0,25zł za sztukę (razem 3,75zł). Wychodzi taniej, a do tego zapach pieczonego chleba wypełniający całe mieszkanie.

Najlepiej jest tak ustawić pieczenie, by chleb był gotowy na poranny posiłek. Pierwszy test nocnego wypieku był irytujący. Urządzenie zaczęło działać około 4 w nocy i niestety w panującej ciszy odgłosy mieszania i popiskiwania roznosiły się po całym mieszkaniu. Kolejne wypieki robiliśmy w łazience, która najlepiej wytłumia wszystkie odgłosy.

Inną wpadką było skromne spotkanie z Metką Boską, Gwiazdą, Raandem i jego lubym. Chleb wstawiłem zbyt późno i gotowy był, gdy goście już byli. Ledwo wyjąłem zaczęli chleb jeść. Poszedł cały bochenek. Niestety dało to przykre efekty następnego dnia. Wszyscy czterej mieli dolegliwości. Ja i Jakiś nie jedliśmy, żeby dla gości starczyło i nam się upiekło. Ale nauka z tego taka, że pieczony w domu chleb lepiej jeść po tym jak wystygnie.

Obiad
Krupniku ciąg dalszy. Zupa jest bardzo tania, a zimą ją ubóstwiam. Składniki banalne: zwłoki kurzęce, pietruszka, marchewka, seler, kasza jęczmienna. Jakiś wprowadził nowy sposób gotowania zwłok. Gotuje je w wodzie przez 4 godziny na minimalnym ogniu, tak by tylko pyrkało, ale nie wrzało. Dzięki temu wszystkie składniki z mięsa wygotowują się i przechodzą do wywaru. Nawet chrząstki się rozpuszczają. Dzięki temu zupa jest syta i rozgrzewająca.

Trochę o zwłokach.
Kiedyś kupowaliśmy gotowe zwłoki, czyli kurczę bez piersi, nóg i skrzydełek. Jednak bardziej opłacalne jest kupienie całej kury i dokonanie sekcji. Przy zwłokach pozostają jedynie skrzydełka, których nie uznajemy za warte przeznaczenia do innych dań. Piersi i nogi wędrują do zamrażarki z przeznaczeniem na kolejny obiad.

Wygotowane zwłoki nie idą do kosza, ale są podstawą dalszej obróbki. Dziś głównym daniem znowu były buraczki zasmażane oraz danie z mięsa ze zwłok, ze szpeclami w sosie pomidorowym. 0,15zł to buraczki, reszta warta była jakieś 0,50zł. Tym samym na osobę kosztowało to około 0,65zł. Gdybyśmy takie dania jedli codziennie przez miesiąc wyniosłyby to na jednego 19,50zł.

Próbowaliśmy się porównać ze słynnym studentem Kewinem Dąbrowskim żywiącym się w październiku 2012 roku za 1zł dziennie. Chyba jesteśmy w stanie mu dorównać przy jednocześnie dużo bardziej rozmaitych posiłkach.

Z czasem uda mi się do tych dań dodać wartości i wtedy się okaże.

Co to są szpecle? Ha, też nie wiedziałem. To moje odkrycie 2011 roku w restauracji w Niemczech. Później okazało się, że są dostępne w Lidlu w dwóch wersjach suszonej i świeżej. W sumie jest to rodzaj lanych klusek. Robienie ich samodzielnie jest kłopotliwe, a kupne są nie mniej dobre.

O jedzeniu można jak o zieleni ;)


wtorek, 13 listopada 2012

Fu klub–Lódź

Skucha na starcie

Skucha zakończona tragedią - patrz notka z 25 listopada 2012.

Na Facebooku kampania nowego łódzkiego klubu branżowego – choć chyba bardziej dla pań, niż dla panów – była imponująca. Ludzie się zwoływali jakby chodziło o wyprzedaż brylantów za pół ceny.

Z Metką Boską i Gwiazdą dotarliśmy do klubu przed 11 wieczorem. Przy wejściu kolejka do szatni. Po paru minutach stania  darowaliśmy sobie i weszliśmy w okryciach. W piwnicznej izbie – nazwijmy to po imieniu – tłok, ścisk, kolejki do baru, kolejki do toalet. Od miłej barmanki udało mi się kupić piwo i przycupnąć przy znajomych. Nie na długo, bo ruszyliśmy na zewnętrzny taras, gdzie wolno było palić. W środku jak w saunie, na zewnątrz krioterapia.

Kolejka do szatni niezmienna niczym jakaś stała matematyczna. W sumie zadowolony byłem, że kurtki nie oddałem, bo raz, że nie po to idzie się do klubu, żeby spędzić czas w kolejce do szatni, dwa: chyba za każdym razem przy wyjściu na zewnątrz musiałbym płacić dwa złote za skorzystanie z niej – szatnia to do cholery nie kasyno, żeby w niej całą gotówkę przepuścić.

Fu klub zajął miejsce po “Deja Vu”, który się najwyraźniej klienteli przejadł. Właściciele nie mieli pomysłu, a nowa menadżerka postawiła na mniejszości seksualne. “Fu” nawiązuje pewno do “La Foufoune” – zwanego popularnie “fufu” - miejsca kultowego dla Łodzi-LGBT, które całkowicie zeszło na psy, by wreszcie paść.

W sumie klimat podobny: piwnica, raczej zużyte wyposażenie, ograniczony wybór alkoholi zarówno co do asortymentu, jak i ilości. Muza? Powiedzmy, że mi nie przeszkadzała. Atmosfera? Powiedzmy, że dekadencka, ale w stylu “mieszkam w squacie i w takich klimatach najlepiej się czuję”.

Pamiętam pierwszą odsłonę Art Cafe. Było i ładnie, i elegancko, i przyjemnie, i pachnąco - jeśli już mam ruszać na miasto, to jednak wolę miejsca zadbane, a nie w stanie rozkładu. Art Cafe wprawdzie padło, czy squaterski Fu klub przetrwa?

Możliwe, że przetrwa… ale nie za moje pieniądze. Nie po to idę na miasto ładnie ubrany, żeby się ubrudzić. Nie po to idę do lokalu gay-les friendly, czy nawet aż branżowego, żeby oglądać nieokrzesanych heteryków.

A SZCZYTEM BYŁO…

Gwoździem do trumny było dla mnie zdarzenie z zewnętrznego tarasu – jedynego miejsca, gdzie można palić i jedynego, gdzie temperatura WYMAGAŁA ciepłych okryć. Właśnie tam podszedł do mnie, Metki i Gwiazdy pan w brązowej marynarce ze skaju. Zażądał byśmy oddali okrycia do szatni. Spojrzałem na indywiduum i spytałem: “Czy pan zdaje sobie sprawę jaka TU jest temperatura?”. Od słowa do słowa pan “brązowa marynarka ze skaju” zażądał byśmy opuścili lokal, skoro nie reflektujemy na szybką ścieżkę do zapalenia płuc. Co też  uczyniliśmy.

Parę osób wyszło za nami i mieliśmy okazję wymienić poglądy oraz omówić szokujące zdarzenie.

Pan “brązowa marynarka ze skaju” okazał się capo di tutti szatniarzy. Szatnia należy do niego i jemu podobnych i z niej pozyskują środki na zakup marynarek ze skaju, tudzież strojów podobnej proweniencji. Prawdopodobnie są swoistą “ochroną” lokalu. Choć najważniejsza jest dla nich ochrona źródła swojego dochodu, choćby kosztem zdrowia “ochranianych”.

Nie mam ochoty zbliżać się do pitawalu spod znaku brązowych marynarek ze skaju.

Z innej perspektywy u Gejowskiego.

Skucha zakończona tragedią - patrz notka z 25 listopada 2012.

wtorek, 6 listopada 2012

Halloween na mieście

Siostry Samarytanki

31 października Metka wyciągnął mnie z domu. Zasadniczo w ten wieczór powinniśmy się udać na targi antyków i osobliwości, i to w charakterze eksponatów, a nie w miejsca uczęszczane przez ludzi. Jednak Gejowski zwołał liczną kompanię w nowym, podobno branżowym lokalu, Granda (czy też może La Granda) na Rewolucji 1905 roku.

Lokal nie jest od frontu, tylko w głębi podwórza. Penetrację umila sala bokserska w widocznymi sportowcami w zapale obijającymi sobie twarze. Metka aż się rozpędził, żeby ich wachlować w narożniku.
Doszliśmy do klubokawiarni – nawet przypadło nam do gustu to określenie na lokal. Metka zajrzał, ale wycofał się z dziwną miną. “Tam jacyś ludzie siedzą w kółku na krzesłach!”. Czyżby odbywało się tam jakieś spotkanie anonimowych kogoś tam? I co? Mamy wejść, dosiąść się i… “Jestem Teresa, nie spałem jeszcze dziś z nikim”. Oklaski, powitania. “Jestem Metka, kupiłem marynarkę na Ptaku”. Wszyscy zbulwersowani, patrzą z niesmakiem. Wyobraźnia podsuwała nam najgorsze scenariusze.

Nasze wejście najwyraźniej przerwało odbywającą się sesję terapeutyczną. Trochę mnie nawet zmroziło, bo usłyszałem coś, co brzmiało jak śpiewy kościelne… ale może się przesłyszałem. Wystrój przypomina ofertę aukcyjną komornika, który wyprzedaje majątek pary wieloletnich alkoholików.

Dziewczę, które próbowało swoich sił w roli barmanki, troskliwie mnie zapytało, czy piwo ma być ciepłe, czy zimne. Aż mnie zatkało. Z poprzedniej pracy pewno ją wywalili, bo proponowała francuskiego szampana z bąbelkami lub bez. 

Na Gejowskiego przyszło nam czekać dłuższą chwilę, a spośród pozostałych, którzy jakże licznie mieli się stawić dotarł jedynie Xell. Piszę o tym, że nawiedził lokal i zaszczycił nas swą osobą całkowicie bez złośliwości i nie ma to nic wspólnego z tym, że na mój blog w ogóle ostatnio nie zagląda.

Omówiliśmy wydarzenia i nie-wydarzenia, a że poza nami i barmanką już nikogo nie było od dłuższego czasu więc udaliśmy się do Biblioteki. Tam Xell się zniesmaczył, że mu włosy łonowe dymem tytoniowym przejdą i wydalił się do Narragansetu. Nasza trójka cmokała i wdzięczyła się do tunezyjskoprzystojnych ciach z sąsiedniego stolika. Całkowicie uszło to ich uwadze, więc na pocieszenie ewakuowaliśmy się do Narra, śladem Xella.

Gejowski upijał mnie kolejnymi wódkami. Dobrze, że innych chętnych nie było. Na scenie brylowała Marylin. Zblazowani wyszliśmy pozostawiając Xella w naturalnym dla niego otoczeniu. 30 metrów od Narra bystre oczy Gejowskiego wypatrzyły leżące zwłoki. W sumie to zwłoki na ogół leżą, ale te leżały jakoś tak szczególnie. Gejowski ma nosa do zwłok, szczególnie około dwudziestoletnich, co natychmiast docenił Metka. Pozycja zwłok uwypuklała to, co każdy mężczyzna chciałby mieć naturalnie uwypuklone na maxa, a musi używać protezy w  postaci skarpetki.

Kontakt ze zwłokami był utrudniony. Otwarte oczy i sącząca się z ust ślina sugerowały stan upojenia. Czym? Tego nie wiedzieliśmy i na pewno nie wywołał tego nasz widok. Było zbyt zimno, by zwłoki zostawić samym sobie, a Gejowski mimo okazywanej zwłokom czułości nie dałby rady ich rozgrzać. Wezwaliśmy pogotowie. Przypadkowo przejeżdżającą straż miejską poinformowaliśmy o naszym spontanicznym odruchu, nie wnikając w to, co nas do tego nakłoniło. Strażnicy okazali się mało czuli na wdzięki zwłok i odjechali. Przybyłe pogotowie bez pardonu zataszczyło zwłoki do ambulansu.

Kolejną godzinę spędziliśmy u Gejowskiego ze wzruszeniem wspominając zdarzenie. Czas umilało nam słuchanie Steni Kozłowskiej.

sobota, 27 października 2012

Pierwszy śnieg w Lodzi

Drobiazgi

Złota-polska się skończyła. Dziś ostatni dzień czasu letniego i pierwszy śnieżno-zimowy. Za oknem biała, mokra breja przemieszczająca się z silnym wiatrem nie z góry w dół, lecz poziomo. Temperatura w okolicy zera.

Wyskoczyłem na chwilę po papierosy. Dobrze, że założyłem szalik i miałem czapkę. Żałowałem, że nie wyciągnąłem rękawiczek. Zaczęło mi w głowie kołatać, że nie bardzo pamiętam, gdzie upchnąłem buty zimowe. A i opony czas już chyba zmienić.

Jakiś wymyślił zakupy, ale po mojej relacji z zewnęki postanowił je zrobić przez Internet w Almie. Potrzebne nam produkty okazały się być w przystępnej cenie. Liczyliśmy na bezpłatny dowóz. I tu niespodzianka. Nie dość, że bezpłatnie jest tylko przy zamówieniu o określonych porach, to jeszcze dowieźliby w godzinach, które akurat dziś kompletnie nam nie pasują. Szkoda, ale przy najbliższej okazji i przy podobnej pogodzie na pewno wybierzemy tę formę zakupów.

Komentujących zmuszam ostatnio do używania weryfikacji obrazkowej. Wiem, że to niedogodność, sam tego nie lubię. Przez tydzień to potrzymam i może spamerzy odpuszczą. Blogspot wprawdzie świetnie filtruje, ale i tak wpada sporo śmieci.

Wiem, że ta notka jest tak trochę o niczym. To pozałatwiam drobiazgi.

Po letniej ospałości czytelnictwo bloga podskoczyło mi. Nie dziwne, zacząłem coś pisać. Ba, Gejowski mnie nawet skomplementował, że mój blog znowu daje się czytać. Nie bardzo rozumiem, co takiego się zmieniło. Że kultury nie ma? Tego mi akurat najbardziej żal.

Pod każdą notką można ją ocenić - "Co sądzisz o notce?" - w skali "Nuda", "OK" i "Wow!". Dziwnie to niestety działa, bo moja Opera w ogóle tych ocen nie pokazuje. Żeby je sprawdzić muszę blog otworzyć pod Internet Explorerem. Jest w każdym razie pewien postęp w tych ocenach. Wolałbym oczywiście, żeby było ich dużo więcej. Dawałoby mi to  jakąś orientację, co czytelników interesuje w mojej pisaninie, a czym ich zanudzam. W każdym razie oceny "OK" i "Wow!" są dominujące. Ocen "Nuda" ostatnio nie ma, co wiążę z aplauzem Gejowskiego. Jestem niemal pewny, że to on uporczywie źle oceniał notki.

niedziela, 15 kwietnia 2012

“Marsz równości idzie dalej”

Tylko po co?!

Łódzkimi opłotkami przeszedł Marsz Równości. Nie uczestniczyłem, ale z ciekawością popatrzyłem na zdjęcia. Media podają, że wzięło w nim udział około 100 osób. Na poniższym filmie policzyłem i wyszło mi minimum 150 uczestników. Niestety nie dojrzałem Gejowskiego – czyżby zrezygnował? Widać za to Nesciusa. 


Uczestnicy skandowali hasła:
“Wolność, równość, tolerancja” – oklepane, zdarte i nie bardzo wiadomo czemu dziś służące; wolności nikt nie odmawia, czego sam marsz dowodem; równości? toż jawny gej-poseł szedł na czele; brak tolerancji nam doskwiera? i co? marszami się to zmieni?

“Marsz Równości idzie dalej” – owszem, ale po równi pochyłej i raczej w dół.

Na czele pochodu niesiony był transparent z enigmatycznym hasłem “Łódź równa się”. Niesione tablice zawierały nie mniej zagadkowe treści: “Geje na [rysunek traktora]”, “Ziemia jest duża”, “Razem raźniej”. Będę wdzięczny za jakieś wyjaśnienie o co chodzi.

Nie było na szczęście ubiegłorocznych: "Tymi ulicami chodzimy codziennie" - bo co? na chodnikach niewygodnie?
"Prawa lesbijek i gejów prawami człowieka" - żeby ktoś nie pomyślał, że odwrotnie to już nie działa.
Rozumiem, że celem takich marszów jest pokazanie się. Zupełnie to nie wyszło, bo ulice wyglądają na wyludnione. Co niby zresztą ludzie mieliby oglądać? Najwyżej byli wściekli, że tramwaje nie jeżdżą.

Zamiarem było też pewno przekazanie jakichś postulatów. Media wspominają coś o żądaniu legalizacji związków partnerskich, ale na filmikach z marszu jakoś tego nie widać. Nie odwiedzono też siedzib żadnych łódzkich posłów, by ich do poparcia związków partnerskich namówić, o dotarciu z jakimś sensownym przekazem do mediów nie wspominając.

Parę osób prowadziło rowery. Gdyby wszyscy je prowadzili “zakaz pedałowania” może oburzyłby łódzkich cyklistów.

I naprawdę znowu nie udało się namówić choćby jednego łódzkiego celebryty do udziału w marszu? Aż Biedroń musiał się fatygować?

Czy te marsze straciły sens, czy po prostu są bez głowy organizowane?

Nie pójdę zdzierać zelówek także w przyszłym roku, jeśli jedynym przekazem ma być “o! patrzcie jak ci łysi nas nie lubią, jacy oni nietolerancyjni”.

I jeszcze świetne zdjęcie z marszu; fot. Maciej Stanik

sobota, 14 kwietnia 2012

Lódź, Marsz Równości 2012

Utrudnienia w ruchu


Wczoraj Gejowski w licznym gronie zapytał, kto wybiera się na Marsz. Chętnych nie było. Ja niestety wybywam z miasta i w marszu uczestniczyć nie mogę… i chyba dobrze.

 Pogrzebałem w Internecie jako użytkownik zwykły, a nie zaangażowany. Informacji o marszu praktycznie nie ma w serwisach informacyjnych portali. To, co znalazłem, to info o “utrudnieniach w ruchu” i "zmianach w komunikacji miejskiej". Nie ma informacji o organizatorach, uczestnikach, hasłach, celach, atrakcjach... nic!

To jakaś kpina!

Nie wiem jak działają organizatorzy marszu, ale jest to totalna amatorszczyzna. O marszu powinno być głośno “przed”, a nie “po” (co będzie “po”, jeszcze zobaczymy).

Równolegle w sensie czasowym odbędzie się przemarsz osobników mieniących się normalnymi. Przejdą oni z Pasażu Schillera Piotrkowską do Rynku Staromiejskiego. Ewidentnie prestiżowo.

A jaką trasą przejdzie Marsz Równości?

Rynek Staromiejski, Wolborska (obrzeża parku), Franciszkańska (obrzeża parku), Kilińskiego, Pomorska (rejon łódzkiej patologii), Rondo Solidarności i z powrotem tą samą trasą. Pomysł kuriozalny! Dla nieznających Łodzi przybliżę, że to tak jakby warszawski marsz odbywał się niemal w Pruszkowie.

 Przy Rondzie Solidarności stoi okazały kościół pod wezwaniem św. Teresy – to jakiś sygnał od organizatorów? Ma nastąpić jakieś pojednanie z homoseksualno-homofobicznym klerem? Jeszcze od biedy akceptowalne jeśliby uczestnicy wznosili tam okrzyki “Precz ze świętą Teresą! Niech żyje odŚwiętna Teresa! Niech żyje nam!”.

środa, 22 lutego 2012

Szok

“…dla nich do poniżał…”

Pewien reżyser powiedział “zazdroszczę widzom, że mogą oglądać moje spektakle”, co nieskromnie odniosę do moich Czytelników.

Przeglądam różne blogi i zaglądam na kolejne zlinkowane. Najczęściej o tematyce LGBT. Są rozmaite. Trafiłem też na takie kuriozum jak Darius Blog. Szokujące, że to bardzo popularny blog; ma aż 42 obserwatorów i działa bez przerwy i bardzo intensywnie od 2008 roku. Autor przepisuje wszystkie wiadomości dotyczące LGBT i powiązane, a także je komentuje. Gejowskiemu pewno się ten blog spodoba, gdyż operuje niebanalną, godną mema odmianą języka polskiego. Poniżej tak przykładowo.

Wiadomość o wydarzeniach na posiedzeniu sejmowej komisji kultury zaczyna się dosyć niewinnie:

Awanturą, ogólną frustracją i waleniem w meble skończyło się posiedzenie połączonych sejmowych komisji kultury i środków przekazu oraz kontroli państwowej. Znów poszło o wcześniejsze nieprzyznanie Telewizji Trwam koncesji na naziemne nadawanie cyfrowe.

Dalej następuje komentarz autorski:

Zamiast dawać koncesję zamknąć go ten kanał katolicki ich ba ekstremistów katolicki którzy jawnie obrażają i oszukują spierają pieniądze, ale nie idą dam gdzie trzeba i sąd skazał Rydzyka, ale to ksiądz ma prawo oszukiwać kłamać. Najgorsze katolicy swoje przykazania łamią non stop nie lepiej zajmą się od siebie porządki, a nie od ludzi nauczają o miłości, nawet niewiedzą co znaczy miłość dla nich do poniżał. Jeszcze krzyczą są prześladowani, żart do oni prześladują normalny ludzi swoimi kłamcami.

I ludzie ten bełkot czytają, a komentujący najwyraźniej odnajdują w nim sens. Ja jestem w szoku.

środa, 25 stycznia 2012

Jaźń jedna

Blog rozdzielony

Ostatnie komentarze do notki Rzeź, Roman Polański sygnalizującej podzielenie bloga na dwa:
Po co? Masz dwie jaźnie? - Użytkownik: Anonimowy, o 17:12
Teresa chyba faktycznie ma dwie... - Użytkownik: Jakiś, o 18:25
Czyli że nie będzie niczego??? - Użytkownik: s., o 18:38

Już pierwszy wpis spowodował, ze postanowiłem przemyśleć sprawę, a kolejne komentarze oraz prace nad drugim blogiem tylko to postanowienie wzmocniły.

Dwóch jaźni nie mam, ale funkcjonuję w co najmniej dwóch sferach. Jedną jest moja egzystencja związana z seksualnością i tzw. “środowiskiem”, zaś druga z moimi kulturalnymi zainteresowaniami. Mam jedną jaźń i dlatego obie te sfery przeplatałem na blogu. Ostatnio dominowała ta kulturalna. Podliczyłem i okazało się, że notki “kulturalne” stanowią 1/3 wszystkich… tylko i aż. Skonfrontowałem to z komentarzami i wyszło, że ta 1/3 notek wygenerowała zaledwie 1/10 komentarzy. Czyli trafiałem kulą w płot. To nie były notki dla tej widowni, choć wiem, że są też czytelnicy, którzy chętnie przeczytają o moich i Jakisiowych kulturalnych peregrynacjach.

Notki kulturalne zaczęły wielu drażnić. Nawet to rozumiem. Udzielam się kulturalnie, mam taką możliwość i rozumiem, że ciężko za mną nadążyć. To może rodzić frustracje.

Ponadto wiem, że tych zainteresowanych kulturalnymi notkami odstraszały gejowskie (żeby nie powiedzieć ciotowskie) odniesienia. Niewielu jest takich, którzy umieszczą link do notki na ścianie swojego Facebooka spodziewając się, że poniżej notki niejaka Metka Boska napisze rezolutnie o autorze “Kuffana, piczki chyba sobie dziś nie dopieściłaś…”.

s. pyta “Czyli że nie będzie niczego???” Jeszcze nie wiem. Trochę by mi było szkoda. Mam nadal kontakt ze środowiskiem (Gejowski pewno zaprzeczy i powoła się na moją nieznajomość memów, które to pojęcie niedawno poznał i szafuje nim bez opamiętania). Nie wiem też, czy nie dokonać obyczajowej wolty i zacząć pisać o rzeczach skrywanych pod domową pościelą, pod która każdy chętnie zajrzy. Zobaczymy.

wtorek, 24 stycznia 2012

Gejowski uśmierca Teresę i “Teresę”

Dobra rada?

Gejowski zarzucił pisanie bloga, ale czasem ma jakieś nawroty więc sprawdzam. 19 stycznia wziął i mnie ubił, a przynajmniej przyprawił o stan agonalny.

Notka jest strasznie długa, ale że między innymi mnie dotyczy, więc przeczytałem całą: “Gdy postać umiera”

Koleje losu sprawiły, ze odsunąłem się od towarzyskiego otoczenia, a przez to zabrakło mi pożywki wynikającej z obserwacji. Nie mnie oceniać na ile celnym obserwatorem byłem, mnie to bawiło, a że pisałem o żywych ludziach, to ich to angażowało. Swawolne życie przeszło jednak w życie codzienno-domowe. Wcześniejszą tematykę zastąpiłem opisem życia kulturalnego w którym mam możliwość uczestniczyć i relacjami z życia jak najbardziej prawdziwego.

I tu z Gejowskim się zgadzam. Zarzuciłem kreację. Powiem więcej, Jakiś już dawno namawiał mnie, żebym dla kultury uruchomił nowy blog, żeby po pierwsze “nie rzucać… itd.”, a po drugie nie ośmieszać swoich kulturalnych relacji tekstami o gejowskim światku.  

Może więc z początkiem roku skorzystam z tych rad.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

2Gejowski

I am a happy man

Siedzę w fotelu i tak znienacka uderzyło mnie, ze siedzę już sam. Jakiś poszedł spać. Widzę, co Gejowski wypisuje mi tu na blogu i chyba muszę z nim pogadać, bo pisanie do siebie nie wyczerpie tematu. Ale powiem wam jak jest. Siedzę sobie sam, a z pokoju obok słyszę chrapanie. Chrapanie samo w sobie jest okropne, i nie znoszę go. Kiedy jednak chrapie facet, za którego jest się gotowym oddać życie (wiem, strasznie to pretensjonalne), to brzmi to jak najpiękniejsza fraza muzyczna i jestem kompletnie rozczulony. Mam tuż obok faceta oddanego mi tak, jak ja oddaję mu siebie. Ma wady, a któż ich nie ma. Ale ma też coś ważnego dla siebie i ważnego dla mnie. Ma mnie. Tak bardzo jak chcę jego, on pragnie mnie. A nawet przesadzam, bo on chyba nawet mnie pragnie bardziej.

Głupia jest świadomość, że jutro to przeczyta. Będzie mu miło, to jasne. Nie dla niego jednak to piszę, lecz dla siebie i dla was. Znamy się raptem dwa lata (tzn, ja z Jakisiem, a nie z wami) i mimo – w rytm jego chrapania – różnych doświadczeń nie zamierzamy się zostawiać. Jest niesamowity. Okłamuje mnie. Nawet to wiem. Bo wiem, że robi to z myślą o mnie. Jest to wkurzające, bo ja wiem, że on kłamie, a brnie w to dalej, ale też wiem, że jeśli nawet okrywam to moją  naiwną wiarą, to w sumie daje mi to najszczęśliwsze chwile życia.

Gejowski, I am a happy man. I tego samego  Ci życzę. Jestem może w pokrytym pajęczynami grajdole, ale jestem szczęśliwy. Jak się okazuje, żadne pajęczyny tego nie ośmieszą.

Jakiś chrapie dla mnie najpiękniej na świecie Puszczam oczko

piątek, 30 grudnia 2011

Z końcem roku

Bez znaczenia

A to ciekawy dyskurs rozgorzał pod poprzednią notką pod moją nieobecność całodzienną. Pierwsza myśl: wcale nie chce mi się odpisywać. Druga: a może jednak.

Rok 2011 wydaje się być dla mnie przełomowy, tak życiowo. Zaczęło mnie gonić codzienne przekonanie, że wszystko już było. Do tego brak mi życiowego napędu i mimo wrodzonego optymizmu niespecjalnie udaje mi się popłynąć na fali ogólnoludzkiej pseudoszczęśliwości.

W 2011 odbyło się ostatnie, a i tak okrojone gejowskie jajeczko. Nie zamierzam kontynuować tej “tradycji”, bo formuła się wyczerpała.

Ważne miejsce w moim życiu zajął Jakiś i stał się drzewem poznania dobra i zła. Jednocześnie rzeczywiście odsunął mnie, albo wywołał moje odsunięcie od tych, z którymi wcześniej byłem związany. Ale o nim później.

Tajemnicą poliszynela jest, że prowadzę próżniacze życie, jak to nazywa Metka Boska, już od dłuższego czasu. W efekcie świat zamknął mi się w czterech ścianach TVN24 i miałkiej codzienności śniadaniowo-obiadowo-nie jeść wieczorem plus rozrywki kulturalne zapewniane przez Jakisia.

Nie widzę atrakcji w spotkaniu w klubie, gdzie by wymienić najprostszą myśl trzeba ją zawyć, co ogranicza nieco intelektualny jej przekaz i sprowadza całą rzecz do czasów neandertalskich.

Nie widzę też przyjemności w domowych spotkaniach stadionowo tłumnych, gdzie każdy chce błysnąć czym się da w celach różnych, a niezaspokojony zalewa siebie i podłogę trunkami mocniejszymi od własnej głowy.

Dostrzegam wiele zalet Gejowskiego. Jakby je zebrać, to jest tego sporo. Okazało się jednak, że woli on pozostać atrakcyjny dla dwudziestolatków. Powiedziałbym, że to świadomy wybór, a skoro tak chce, to akceptuję to, acz ze wszystkimi konsekwencjami. Niestety, to co działa na dwudziestolatków, na mnie już nie.

Obarczyłem więc swoją osobą Metkę Boską. I wszystko szło świetnie, aż się poróżniliśmy i chyba obaj poczuliśmy się nawzajem upokorzeni. Z tego upadku podnosimy się może, ale ugodzone ego leczy się długo.

A na to wszystko Jakiś. Obaj z mroków średniowiecza weszliśmy wspólnie w renesans, zaliczyliśmy barok, przeszliśmy przez uniesienia romantyzmu, zanudziliśmy się (a raczej Jakiś mnie) pozytywizmem i z kompletnym brakiem pomysłu weszliśmy w Młodą Polskę zmieszaną z rozpustnym międzywojniem. On mi teraz wypisuje, że ja nie rozumiem, czego on chce ode mnie! Otóż nie o konkurs życzeń chyba tu chodzi. Tak, oddaję się sam…

A czego ja chcę? I tu kurwa jest problem. Czy jest jeszcze coś czego nie miałem?! A nawet dodam, czy jest jeszcze ktoś, kto nie miał mnie?

A wszystko to, bez znaczenia.

wtorek, 20 grudnia 2011

Gay Santa

Od ptaka do Witkowskiego

Ja już zarzuciłem masowe spędy jajeczkowe na rzecz spotkań bardziej kameralnych. Jednak Gejowski, jak co roku, sprosił gości bez umiaru, było ze 30 osób, w tym płci i orientacji odmiennej.
Spóźniłem się mocno z racji innych zobowiązań i zjawiłem w stroju całkowicie nieprzystającym do okoliczności. A i tak nie byłem najbardziej spóźniony! 

Byłem raptem 2 godziny, całkiem zresztą na trzeżwo i właściwie byłem uczestnikiem tylko jednego wydarzenia – rozdawania prezentów. Sam nie miałem niestety żadnego prezentu dla nikogo, tak się w tym roku złożyło. A dostałem prezenty tyleż cenne, co intrygujące.

Pierwszy w moje ręce wpadł ptak… ale niestety porcelitowy, więc mało użyteczny. Pojęcia nie mam, komu zawdzięczam to niebywałej urody cacko.

Kolejny był flakon z oliwą, która po bliższej inspekcji okazała się być octem. Nie wiem jak zaprawiony ziołami ocet będzie smakował, ale flakon wykorzystam. Darczyńca nieznany.

Podobnie jak wyżej wymieniona oliwa vel ocet przemyślanym prezentem kogoś, kto czyta mój blog, bądź mnie zna był zestaw nasion ziół: bazylii, oregano i szczypiorku (po angielsku "chives", na co w życiu bym nie wpadł), w zgrabnych metalowych opakowaniach wprost do postawienia na parapecie. Może to ktoś, kto dzieli moją ziołową pasję, ale kto to, nie wiem.

Häxa zaskoczyła mnie książką o Teatrze Nowym. Nie ma wyjścia, przeczytam i stanę się znanym w mieście specem od historii tego teatru.

Salonowiec uraczył mnie książką, którą jak przyznał sam powinien przeczytać, ale gdy zobaczył ją w księgarni, to chwilowo tylko ja mu przyszedłem na myśl. Taki mój los w tym młodocianym gronie. Inna sprawa, że wszyscy mnie komplementowali, że “jak na swój wiek” świetnie wyglądam.

Ostatnią książkę przygotował dla mnie Gejowski. I mnie zaskoczył. Często podkreślał, że najwartościowsze prezenty, to te według własnego pomysłu i przemysłu (NB. to ja wymyśliłem ten koncept). Kupno książki nie jest z tej kategorii, ale już zaopatrzenie jej we własnoręczną dedykację autora dla mnie, to pomysł przedni. Tylko, co będzie myślała o tym wpisie rodzina, gdy książkę po mnie odziedziczy?


Gdy wychodziłem podłoga już była pokryta kleistą mazią z porozlewanych napojów. Rano przypominała pewno zaniedbane klepisko. Kolejnego dnia Gejowski wciąż zbierał siły do wzięcia się za sprzątanie.

Mam rok na szukanie pomysłów na przyszłoroczne  Gay Santa.

niedziela, 27 listopada 2011

Olejnik, Grodzka, Biedroń

Dno i cioto-dno

Na sobotni wieczór Ego sprosił znajomych. Całkiem znienacka, ale cóż to szkodzi. Nie dopisał tylko Jakiś, zajęty sprawami literackimi, chłopak Egusia, zajęty sprawami zawodowymi i chłopak Gejowskiego, gdyż albowiem wciąż go nie ma. Ponadto zjawili się Metka z Gwiazdą oraz Salonowiec z Wodorostem.

Imprezie patronowała z oddali jedna z radiostacji – dziękujemy za pozdrowienia.

Po wymienieniu wstępnych ploteczek (o strojach obecnych i nieobecnych, o tym, kto z kim i jak było) przeszliśmy do spraw ważnych.

Metka nie widział wtorkowej“Kropki nad i”, w której Monika Olejnik wystąpiła w roli Jerryego Springera. Nie będę się nad Olejnik pastwił, bo samo porównanie chyba już wystarczy. Dziwię się, że Anna Grodzka zaakceptowała choć cień pytań, jakie Olejnik zadała. Olejnik może uważać, że jej publiczność jest spragniona takich informacji, ale Grodzkiej na takiej publiczności zależeć nie powinno. “Czy sprawiał Pani przyjemność seks z kobietą, kiedy była jeszcze Pani mężczyzną?” Dno powiadam, dno.

Potem Salonowiec i Gejowski wsiedli na Biedronia. Że wszystko nie tak, że powinien najpierw zapytać nim się odezwie. Okropne. Już na paru portalach gejowskich widziałem, jakie cięgi Biedroń zbiera. Za co? Za to, że nie spełnia wymagań ogółu cooleżeństwa. Zupełnie jakby reszta p-osłów spełniała! Zamiast cieszyć się z tego, że jest w Sejmie ktoś, kto otwarcie mówi, że jest gejem (niech mi te, co też o tym mówią się nie wtrącają, bo ich w Sejmie jakoś nie ma) i jaki to ma walor edukacyjny, to leją pomyje. Nie macie cioty innych zmartwień?

Co rzekłszy oddaliłem się znienacka.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Ilu mialaś facetów?, Chris Evans

Niemoralne ściery



Nie wiem, czy chwalić się, że na ten film poszedłem, ale alternatywą był “Wyjazd integracyjny”, na który Gejowski za nic nie chciał iść. No to padło na “Ilu miałaś facetów?”.

Przy okazji, przed seansem doszło do spotkania z Häxą i Egusiem, choć oni na film ze mną i Gejowskim nie poszli. Zjawili się za to Xell z Żółtodziobem.

Film nie rzuca na kolana. Ona miała 20 chłopaków i chce sprawdzić, z którym mogłaby się związać ponownie (jeden okazuje się być gejem). Pomaga jej sąsiad Colin Shea, grany przez Chrisa Evansa, który staje się najlepsza partią mimo, że przyznaje się aż do 300 partnerek. Jednak ta liczba nic nie znaczy dla głównej bohaterki i bohaterowie zakochują się w sobie.

Najlepszy jest oczywiście Chris Evans, który pręży się na ekranie drażniąc zmysły.

Temat liczby facetów podzielił nas. Z jednej strony fajnie jest się pochwalić dużą liczbą partnerów, bo to świadczy o wysokim libido i dowodzi atrakcyjności dla potencjalnych partnerów. Z drugiej jednak, drobnomieszczańskie myślenie określa taki wyluzowany styl bycia, jako ekstremalnie naganny.

Aspekty są dwa. Po pierwsze uważam, że nie ma niczego złego w wiązaniu się z wieloma partnerami w celu znalezienia najodpowiedniejszego. Po drugie jedni wyżywają się na bieżni poprawiając swoje wyniki, a drudzy szukają nowych doznań z kolejnymi kochankami. Czy coś w tym niemoralnego? Chyba lepsze to niż alkoholizm, depresja, czy habit zakonny.

Te mniej zaradne, czy mniej atrakcyjne cooleżanki uważają jednak tych wielokochankowych za ostatnie ściery. I tych poglądów się nie zmieni.

Po kinie z Gejowskim mile posiedzieliśmy w Łodzi Kaliskiej, jednej z ostatnich przystani dla palaczy.

niedziela, 9 października 2011

Ostatnie minuty ciszy wyborczej

Wielkie czekanie

Gejowski zadzwonił, żeby iść do Łodzi Kaliskiej i tam poobracać się wśród łódzkich kandydatów na posłów jednej z partii.
To zupełna pomyłka. Tydzień temu byłem na imprezie, na której byli także eks posłowie, ministrowie, kandydaci na posłów… i jakoś żaden i żadna z nich nie podszedł, czy podeszła do mnie, żeby zapewnić o swoim zaangażowaniu w uszczęśliwianie mojej osoby. Więc teraz mam ich centralnie w dupie. Wyniki obejrzę z wygodnego fotela w domu.

sobota, 14 maja 2011

Lodz Marsz Równości 2011

Tak, bałem się

Gejowski wyciągnął mnie na Marsz Równości w Łodzi. Nie chciało mi się iść, ale na ostatniej byłem już tak dawno temu, że się skusiłem. Wyobrażałem sobie, że będzie jak w Warszawie, dużo ludzi, kilku śmiesznych wszechpolaków dodających imprezie smaczku, nastrój wakacyjno-rozluźniony.

Podchodziliśmy od strony ulicy Zgierskiej. Już z daleka wrażenie robiło zgromadzenie hałaśliwych szumowin. Jak się okazało jakaś organizacja prorodzinna zaprosiła do udziału w pikiecie najzwyklejszych kiboli. Szczerze powiem, że się przestraszyłęm. Szczęściem liczba radiowozów i policjantów napawała nadzieją, że opanują tę katolicką hołotę. Kolejnym zaskoczeniem było zgromadzenie uczestników marszu na Starym Rynku. Raz, że wyglądało, że jestem najstarszy, a dwa, stanowiłem istotny procent wśród uczestników. Trochę trudno zachować anonimowość w tak nielicznym gronie. Ale ludzi przybyło, gdy zbliżyła się godzina wymarszu. Było tak 200 do 250 osób. 90% to lesbijki, większość nie z Łodzi, a z Warszawy.

Marsz ruszył. Gdy przechodziliśmy koło pikiety chrześcijańsko-kibolskiego miłosierdzia poleciały jajka. Nie dostałem, ale ochlapało mnie. To nic. Na szczęście nie trafił we mnie rzucony kamień, ale widziałem jak uderzył w rower idącej przede mną osoby. Leciały też podobno ziemniaki i butelki, jednak tego nie widziałem i wątpię w to, bo śladów nie było.

Kto nie był tak atakowany, nie jest w stanie wyobrazić sobie poczucia zaszczucia jakiego się doświadcza. Oto pokojowo nastawiony człowiek idzie w obstawie około 100 policjantów starających się ochronić go i innych przed rozwydrzonym, wulgarnym, chamskim wykwitem łódzkich rynsztoków. Patrzyłem czy nie leci kolejny kamień zastanawiając się, czy dobrze robię, bo dostanę centralnie w twarz. A może lepiej nie patrzeć, iść i dostać w profil. Nerwy miałem napięte jak postronki. Gdyby nie było policji ta katolicka tłuszcza rzuciłaby się do bicia, bez zahamowań, bo jakich zahamowań można się u nich spodziewać.

Spacerujący Piotrkowską namiętnie filmowali ten widowiskowy przemarsz kolorowej grupki w obstawie ciężkozbrojnych policjantów. Niektórzy klaskali i machali, inni tylko spoglądali. Niektórzy krzyczeli „pedały”, co było przesadne przy tak skromnej liczbie tychże w marszu. Z balkonu biura poselskiego Stefana Niesiołowskiego pomachał maszerującym Cezary Grabarczyk. Miło, że się zdobył, ale to całkiem bez znaczenia. Maszerujący zignorowali ten gest.

Nie spodziewałem się, że to napiszę, ale te marsze są Łodzi potrzebne. Smutno mi, że nie było nikogo ze znajomych. Ja przecież do najodważniejszych nie należę, ale widać znajomi są jeszcze bardziej przerażeni.