Sam sobie kucharzem
Jakiś sobie służbowo wyjechał porzucając mnie niecnie. Jedyną atrakcją było odbieranie służbowo-reklamowych telefonów. To posprzątałem całą chałupę. Na jutro planuję okna, a do jego powrotu pewno pół osiedla doprowadzę do ładu.
Przykro mi, że nikt mnie nigdzie nie zaprasza nawet. Ze znajomych w każdym razie, bo na rodzinę jak się okazuje zawsze można liczyć. Trudno, do końca tygodnia jakoś przeżyję.
Niedzielę ja, Jakiś i Siostra spędziliśmy na podziwianiu koni. O tym, że Siostra ma konia i to całkiem naturalnej wielkości już tu wspominałem, ale teraz dodam, że ma do niego obecnie 6 minut jazdy samochodem. To trochę niesamowite, że w ciągu tych paru minut można się wyrwać z miasta na pole wypełnione zwierzętami. Ani ja, ani Jakiś nie pałamy wprawdzie jakąś końską namiętnością, ale stajnia jest wyposażona w miłe kąciki rekreacyjne. My wypoczywaliśmy (czytaj: chowalismy sie przed wiatrem), ona ogrzana końskim ciepłem zażywała ekskursji wierzchem. Jeśliby Polska miałaby zebrać dywizję ułanów dziś, to chyba składałaby się z samych kobiet.
Jednak od rana jestem słomianym wdowcem do wzięcia i... nic ;( Do tego w łeb wzięły moje żywieniowe ambicje. Dla siebie samego zupełnie nie chce mi się gotować.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą siostra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą siostra. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 8 maja 2012
poniedziałek, 20 czerwca 2011
Tresura psa
Rozumek kontra obcasy
Jak chciałem mieć psa, to rodzice sie nie zgodzili. Dopiero siostra jakoś to na nich wymusiła. I pies był około 13 lat, aż do momentu kiedy musieliśmy go uśpić.
Teraz nie mam psa, ale Jakiś w pewnym sensie ma, a w każdym razie zajmuje się nim, a siłą rzeczy ja też muszę. I wszystko fajnie, bo pies jest kochany.
Problem zaczyna się jednak przy innych psach. Gotów jest gryźć się z każdym psem, a nawet całą watahą. Wielkość przeciwnika nie ma dla niego znaczenia.
Każdorazowe ciągnięcie do kolejnego psa jest przyznam upierdliwe. Ten pies potrafi czołg uciągnąć, a co dopiero moją wątłą fizjognomię. Używałem ostrego głosu – chyba mam za cienki, próbowałem trzymania na krótkiej smyczy – szczęśliwie wysokie obcasy dobrze wbijają się w ziemię. Ostatnio łapię go za fałd skórny na grzbiecie (udając gryzienie) i od biedy to pomaga, ale nie do końca, i trudno uznać to za panowanie nad psem.
Ma ktoś pomysł jak przemówić do tego malutkiego rozumku?
Jak chciałem mieć psa, to rodzice sie nie zgodzili. Dopiero siostra jakoś to na nich wymusiła. I pies był około 13 lat, aż do momentu kiedy musieliśmy go uśpić.
Teraz nie mam psa, ale Jakiś w pewnym sensie ma, a w każdym razie zajmuje się nim, a siłą rzeczy ja też muszę. I wszystko fajnie, bo pies jest kochany.
Problem zaczyna się jednak przy innych psach. Gotów jest gryźć się z każdym psem, a nawet całą watahą. Wielkość przeciwnika nie ma dla niego znaczenia.
Każdorazowe ciągnięcie do kolejnego psa jest przyznam upierdliwe. Ten pies potrafi czołg uciągnąć, a co dopiero moją wątłą fizjognomię. Używałem ostrego głosu – chyba mam za cienki, próbowałem trzymania na krótkiej smyczy – szczęśliwie wysokie obcasy dobrze wbijają się w ziemię. Ostatnio łapię go za fałd skórny na grzbiecie (udając gryzienie) i od biedy to pomaga, ale nie do końca, i trudno uznać to za panowanie nad psem.
Ma ktoś pomysł jak przemówić do tego malutkiego rozumku?
piątek, 24 grudnia 2010
Święta bożego narodzenia 2010
Święto najdłuższej nocy już za nami
Trwa odwilż. Dziś tzw. wigilia i okazja do totalnego obżarstwa, które uwielbiam, bo czekam na niektóre potrawy cały rok (barszcz czerwony, zupa grzybowa, kulebiak, sernik, makowiec, śledzie). Już wiem, że moje kolejne wigilie będą mocno bazować na mojej siostrze, która opanowała sztukę organizacji tej imprezy w stopniu doskonałym.
Wszystkim życzę jak najlepiej rzecz jasna. A sobie? Sobie, trochę większej interakcji z odwiedzającymi. A bardziej chodzi mi o to, żebyście coś pisali. Ja wiem, mocno operowy się zrobiłem, a tylko "niektórzy" geje itp. ten przybytek odwiedzają, może trochę na ziemię zejdę. Ma by więcej o seksie rozumiem. Oki ;)
Ściskam wszystkich serdecznie!!!!
Trwa odwilż. Dziś tzw. wigilia i okazja do totalnego obżarstwa, które uwielbiam, bo czekam na niektóre potrawy cały rok (barszcz czerwony, zupa grzybowa, kulebiak, sernik, makowiec, śledzie). Już wiem, że moje kolejne wigilie będą mocno bazować na mojej siostrze, która opanowała sztukę organizacji tej imprezy w stopniu doskonałym.
Wszystkim życzę jak najlepiej rzecz jasna. A sobie? Sobie, trochę większej interakcji z odwiedzającymi. A bardziej chodzi mi o to, żebyście coś pisali. Ja wiem, mocno operowy się zrobiłem, a tylko "niektórzy" geje itp. ten przybytek odwiedzają, może trochę na ziemię zejdę. Ma by więcej o seksie rozumiem. Oki ;)
Ściskam wszystkich serdecznie!!!!
niedziela, 28 listopada 2010
Opera Narodowa Warszawa „Kopciuszek” Siergiej Prokofiew, Frederick Ashton
Balet odświętny
Tysiąc lat temu byłem na „Królewnie Śnieżce” Bogdana Pawłowskiego w Teatrze Wielkim w Łodzi (tak, wtedy jeszcze Wielkim). Poszedłem tam w charakterze obstawy dla siostry. Panie w paczkach (czyli tych takich białych sukieneczkach), panowie w białych rajtuzach. Muzyka jakaś tam, treść znana. Siostra zwinęła się w fotelu i usnęła. Mnie powieka opadała nieustannie, ale musiałem trzymać fason. Choreografia była tak nudna, że chyba nawet tancerze przysypiali między kolejnymi pas. To doświadczenie bardzo mnie zniechęciło do baletu.
Mój stosunek do tego gatunku sztuki zmienił się po obejrzeniu „Jeziora łabędziego” Piotra Czajkowskiego w choreografii Matthew Bourne’a. Śmiesznie, że video z tym spektaklem pokazał mi kochanek mojego kochanka, chyba się trochę do mnie mizdrząc. Potem rozpropagowałem ten spektakl wśród znajomych. Niektórzy byli nawet na nim w Londynie. Później obejrzałem nie mniej oszałamiającego „The Car Man” (czyt. Karmen) na podstawie Georgesa Bizeta.
Po paru latach, bo w tym przecież roku, w teatrze już nie tak wielkim, byłem z Jakisiem na „Kopciuszku” z muzyką Gioacchino Rossiniego w inscenizacji i choreografii Georgia Madii, NB. perfidnie przystojnego, zdjęcie powyżej. Pisałem o tym w notce „Perwersyjny kopciuszek” w marcu 2010. Och, wspominam to przedstawienie do dziś. Z czytelników bloga nikt się nie wybrał niestety, sądząc po braku komentarzy, i żałujcie.
Warszawa też chce mieć „Kopciuszka” u siebie, ale Siergieja Prokofiewa według baśni Charlesa Perraulta i z wiekową choreografią Sir Fredericka Ashtona. Korzystając z chodów Jakisia dostaliśmy miejsca na premierę w sobotę 27 listopada. Miejsce niezłe, bo blisko loży VIP-ów. W tej loży m.in. p(ierdolone)osły. Niestety w naszej loży nogi musiałem umiejętnie owinąć sobie wokół talii. Do tego za nami siedziały warszawskie purchawy z głowami ledwo wystającymi nad kupry, które narzekały, że im scenę zasłaniamy oraz mamusia z czteroletnią dziewczynką, którąż to dziecinę non-stop trzeba było uspokajać. Obok angielscy korporacyjni rednecks chyba pierwszy raz w takim przybytku.
Prokofiew jest ładny i udatnie przez dyrygenta Tadeusza Kozłowskiego poprowadzony. Na scenie nudnawo. Jedynie postaci sióstr przyrodnich Kopciuszka, tańczone przez dwóch tancerzy, ożywiały scenę. Scenografia monumentalna i robiąca wrażenie, chociaż cukierkowa. Przedstawienie zdecydowanie dla tradycjonalistów.
Ciekawe, że w Teatrze Wielkim Operze Narodowej w Warszawie połowa tancerzy (naszych narodowych!) przyjechała zza wschodniej granicy.
Fikuśnie było wyskoczyć przed teatr na papierosa z Adamem Michnikiem.
Georgio Madia
Fot. inode.at
Tysiąc lat temu byłem na „Królewnie Śnieżce” Bogdana Pawłowskiego w Teatrze Wielkim w Łodzi (tak, wtedy jeszcze Wielkim). Poszedłem tam w charakterze obstawy dla siostry. Panie w paczkach (czyli tych takich białych sukieneczkach), panowie w białych rajtuzach. Muzyka jakaś tam, treść znana. Siostra zwinęła się w fotelu i usnęła. Mnie powieka opadała nieustannie, ale musiałem trzymać fason. Choreografia była tak nudna, że chyba nawet tancerze przysypiali między kolejnymi pas. To doświadczenie bardzo mnie zniechęciło do baletu.
Mój stosunek do tego gatunku sztuki zmienił się po obejrzeniu „Jeziora łabędziego” Piotra Czajkowskiego w choreografii Matthew Bourne’a. Śmiesznie, że video z tym spektaklem pokazał mi kochanek mojego kochanka, chyba się trochę do mnie mizdrząc. Potem rozpropagowałem ten spektakl wśród znajomych. Niektórzy byli nawet na nim w Londynie. Później obejrzałem nie mniej oszałamiającego „The Car Man” (czyt. Karmen) na podstawie Georgesa Bizeta.
Po paru latach, bo w tym przecież roku, w teatrze już nie tak wielkim, byłem z Jakisiem na „Kopciuszku” z muzyką Gioacchino Rossiniego w inscenizacji i choreografii Georgia Madii, NB. perfidnie przystojnego, zdjęcie powyżej. Pisałem o tym w notce „Perwersyjny kopciuszek” w marcu 2010. Och, wspominam to przedstawienie do dziś. Z czytelników bloga nikt się nie wybrał niestety, sądząc po braku komentarzy, i żałujcie.
Warszawa też chce mieć „Kopciuszka” u siebie, ale Siergieja Prokofiewa według baśni Charlesa Perraulta i z wiekową choreografią Sir Fredericka Ashtona. Korzystając z chodów Jakisia dostaliśmy miejsca na premierę w sobotę 27 listopada. Miejsce niezłe, bo blisko loży VIP-ów. W tej loży m.in. p(ierdolone)osły. Niestety w naszej loży nogi musiałem umiejętnie owinąć sobie wokół talii. Do tego za nami siedziały warszawskie purchawy z głowami ledwo wystającymi nad kupry, które narzekały, że im scenę zasłaniamy oraz mamusia z czteroletnią dziewczynką, którąż to dziecinę non-stop trzeba było uspokajać. Obok angielscy korporacyjni rednecks chyba pierwszy raz w takim przybytku.
Prokofiew jest ładny i udatnie przez dyrygenta Tadeusza Kozłowskiego poprowadzony. Na scenie nudnawo. Jedynie postaci sióstr przyrodnich Kopciuszka, tańczone przez dwóch tancerzy, ożywiały scenę. Scenografia monumentalna i robiąca wrażenie, chociaż cukierkowa. Przedstawienie zdecydowanie dla tradycjonalistów.
Ciekawe, że w Teatrze Wielkim Operze Narodowej w Warszawie połowa tancerzy (naszych narodowych!) przyjechała zza wschodniej granicy.
Fikuśnie było wyskoczyć przed teatr na papierosa z Adamem Michnikiem.
poniedziałek, 13 września 2010
Sopot we wrześniu
Złota polska nad morzem
Wróciłem z Southampton, ale jestem już w Sopocie. Pogoda wspaniała, woda nawet ciepła, choć do kąpieli już się nie nadaje. Jakiś wynalazł taki apartament, że mieszkańcy Grand Hotelu, czy Sheratona mogą się czuć jak ubodzy krewni. No bo imaginujcie sobie: budynek na plaży, 50 metrów od brzegu morza, 200 metrów od sopockiego mola, pokój z aneksem kuchennym, z antresolą i całą szklaną ścianą (6mx6m) wychodzącą na morze plus balkon. Rano słońce nie dało nam spać, ale to dlatego, że uparłem się żeby odsłonić wszystkie żaluzje. Do tego spokój, cisza, posh do kwadratu. Zadzwoniłem do siostry, żeby się pochwalić - doceniła. Metka olała mnie, a Gejowski zbył. Kurwa, rzadko się czymś chwalę, bo przecież zasadniczo nie ma czym, ale jednak czasem coś się zdarza i uwierzcie, że tym razem było czym. A tu taki afront. No trudno, przeżyję.
Ale ja nie tylko o tym. W trakcie pobytu przypadkiem zupełnym zostałem przedstawiony tutejszemu prezydentowi Jackowi Karnowskiemu. W sumie nic wielkiego, człowiek, jak człowiek, nawet miły, choć jakby trochę nieobecny. Przynajmniej takie miałem wrażenie. O co chodzi zrozumiałem dopiero wieczorem oglądając TVPInfo - na przewijanym pasku nie było innych informacji, jak tylko te o poparciu kandydatury Jacka Karnowskiego na prezydenta Sopotu przez PO i kontrowersjach, jakie to wzbudza. Facet jest na czołówkach gazet i telezwizji, a ja tu taki znikąd, ocieram się o wielką politykę. Dodam, że mając wybór między Międzyzdrojami (gdzie z Gejowskim i Metką spędziliśmy upiorne tygodnie), a Sopotem, wiem, że już nigdy nie wyjadę do Międzyzdrojów - oferta Sopotu jest niesamowita. Tu da się żyć! A ten gość jest autorem moich dobrych wrażeń.
Buziaki dla wszystkich!
Zdjęcia dołączę, a tymczasem dokładna lokalizacja super apartamentu (punkt A) - zwróćcie uwagę, gdzie jest Grand Hotel:
Wyświetl większą mapę
Proszę oto trzy zdjęcia: widok z zewnęki (widać to olbrzymie okno), widok z balkonu (w tle molo) i wnętrze (po prawej sypialnia, a łazienka w głębi).
Wróciłem z Southampton, ale jestem już w Sopocie. Pogoda wspaniała, woda nawet ciepła, choć do kąpieli już się nie nadaje. Jakiś wynalazł taki apartament, że mieszkańcy Grand Hotelu, czy Sheratona mogą się czuć jak ubodzy krewni. No bo imaginujcie sobie: budynek na plaży, 50 metrów od brzegu morza, 200 metrów od sopockiego mola, pokój z aneksem kuchennym, z antresolą i całą szklaną ścianą (6mx6m) wychodzącą na morze plus balkon. Rano słońce nie dało nam spać, ale to dlatego, że uparłem się żeby odsłonić wszystkie żaluzje. Do tego spokój, cisza, posh do kwadratu. Zadzwoniłem do siostry, żeby się pochwalić - doceniła. Metka olała mnie, a Gejowski zbył. Kurwa, rzadko się czymś chwalę, bo przecież zasadniczo nie ma czym, ale jednak czasem coś się zdarza i uwierzcie, że tym razem było czym. A tu taki afront. No trudno, przeżyję.
Ale ja nie tylko o tym. W trakcie pobytu przypadkiem zupełnym zostałem przedstawiony tutejszemu prezydentowi Jackowi Karnowskiemu. W sumie nic wielkiego, człowiek, jak człowiek, nawet miły, choć jakby trochę nieobecny. Przynajmniej takie miałem wrażenie. O co chodzi zrozumiałem dopiero wieczorem oglądając TVPInfo - na przewijanym pasku nie było innych informacji, jak tylko te o poparciu kandydatury Jacka Karnowskiego na prezydenta Sopotu przez PO i kontrowersjach, jakie to wzbudza. Facet jest na czołówkach gazet i telezwizji, a ja tu taki znikąd, ocieram się o wielką politykę. Dodam, że mając wybór między Międzyzdrojami (gdzie z Gejowskim i Metką spędziliśmy upiorne tygodnie), a Sopotem, wiem, że już nigdy nie wyjadę do Międzyzdrojów - oferta Sopotu jest niesamowita. Tu da się żyć! A ten gość jest autorem moich dobrych wrażeń.
Buziaki dla wszystkich!
Zdjęcia dołączę, a tymczasem dokładna lokalizacja super apartamentu (punkt A) - zwróćcie uwagę, gdzie jest Grand Hotel:
Wyświetl większą mapę
Proszę oto trzy zdjęcia: widok z zewnęki (widać to olbrzymie okno), widok z balkonu (w tle molo) i wnętrze (po prawej sypialnia, a łazienka w głębi).
środa, 12 maja 2010
Nuno Gama for Men
I wreszcie nadszedł ostatni dzień pokazów. Mimo zmęczenia wybrałem się na końcówkę z siostrą, niech dziewczyna się nacieszy.
Niespodziewanie Nuno Gama, który wcześniej projektował stroje kobiece, tym razem przedstawił kolekcję wyłącznie męską. Pokaz zaczął się nietypowo, bo modele szli z pojedyńczymi butami na poduszce - pojęcia nie mam, co to miało symbolizować. Mieli też maski na twarzy. Projektant pochodzi z Portugalii i stamtąd te maski się wywodzą. Oryginalnie maski są drewniane, ale tu dla wygody były z materiału. Jak zobaczycie kolekcja odnosi się do mundurów wojskowych, choć strojom delikatności i uroku dodają fioletowe, wzorzyste, portugalskie chusty. Bardzo mi się podobało zestawienie brązowych wysokich butów z niebieskimi skarpetkami i przykrótkimi, białymi spodniami. Świetne też były buty przypominające czapsy do jazdy konnej, choć z dodanymi z przodu dekoracyjnymi sznurówkami.
Podobnie jak przy pokazie Agathy Ruiz de la Prady i tym razem pokaz zaskoczył. Wystąpili w nim pozostali projektanci biorący udział w pokazach Fashion Week.
Miłego oglądania.
Część 1
Część 2
Muzyka: Assemblage 23: Infinite
Niespodziewanie Nuno Gama, który wcześniej projektował stroje kobiece, tym razem przedstawił kolekcję wyłącznie męską. Pokaz zaczął się nietypowo, bo modele szli z pojedyńczymi butami na poduszce - pojęcia nie mam, co to miało symbolizować. Mieli też maski na twarzy. Projektant pochodzi z Portugalii i stamtąd te maski się wywodzą. Oryginalnie maski są drewniane, ale tu dla wygody były z materiału. Jak zobaczycie kolekcja odnosi się do mundurów wojskowych, choć strojom delikatności i uroku dodają fioletowe, wzorzyste, portugalskie chusty. Bardzo mi się podobało zestawienie brązowych wysokich butów z niebieskimi skarpetkami i przykrótkimi, białymi spodniami. Świetne też były buty przypominające czapsy do jazdy konnej, choć z dodanymi z przodu dekoracyjnymi sznurówkami.
Podobnie jak przy pokazie Agathy Ruiz de la Prady i tym razem pokaz zaskoczył. Wystąpili w nim pozostali projektanci biorący udział w pokazach Fashion Week.
Miłego oglądania.
Część 1
Część 2
Muzyka: Assemblage 23: Infinite
niedziela, 22 listopada 2009
Sen
W sobotę, co niezwykłe, położyłem się spać o północy. Wstałem już o 7:30. Zapewne to właśnie spowodowało, że śniłem i sen zapamiętałem. Chcę się nim z Wami podzielić. Niech nikogo nie dziwi nielinearność tego snu i jego absurdalność, to był tylko sen.
Obudziłem się.
Spodziewam się do czego przyczepi się Metka, więc od razu piszę:
1) nie robiłem sobie manicure dzień wcześniej,
2) nie mam grzybicy.
Ale i tak pewno coś wymyśli, na co ja nie wpadnę ;)
Płynąłem z ZPP kajakiem przez jezioro. Z jakiegoś powodu musieliśmy wysiąść na brzeg. W następnej chwili byliśmy w pirackiej wiosce nad tym jeziorem. Byłem torturowany specjalną maszynką do szlifowania płytki paznokcia - patrzyłem na moich bezwzględnych oprawców, czułem zbliżającą się śmierć.
W następnej chwili opowiadam o tej historii Siostrze. Ona mówi, że dokładnie w tym samym czasie kuzynka z mężem tamtędy płynęli, mogli nas uratować, gdyby tylko wiedzieli.
Znowu wysiadamy z kajaka nad jeziorem. Dopada nas grupa rosłych kobiet i siłą gdzieś ciągnie. Mówią, że to taka zabawa i że musimy z nimi iść. Protestuję. Próbuję dzwonić po policję. Zabierają mi telefon i dokumenty. Dwa babsztyle wykręcają mi ręcę i prowadzą. Obok biernie idzie ZPP. Przechodzimy przez most. Wiem o kuzynce z mężem, którzy w każdej chwili będą tędy przepływać. Krzyczę, wierzgam, wyrywam się. Bez efektu. Nie ma ratunku. Doprowadzają mnie do pirackiej wioski. Nadal protestuję. Krzyczę do ZPP, żeby też protestował, że to nie może tak być. Jestem na niego wściekły, że tak biernie stoi, jakby akceptował nieuchronność tego, co się dalej wydarzy.
Obudziłem się.
Spodziewam się do czego przyczepi się Metka, więc od razu piszę:
1) nie robiłem sobie manicure dzień wcześniej,
2) nie mam grzybicy.
Ale i tak pewno coś wymyśli, na co ja nie wpadnę ;)
niedziela, 1 listopada 2009
Niedziela - cmentarna
Po Halloween'owej imprezie położyłem się do łóżka o 5 rano, a już o 10:30 miałem robić za kierowcę cmentarnego. Było to niemożliwe. Funkcję kierowcy przejęła Siostra. Cały dzień minął na spacerach po cmentarzach i spotkaniach z rodziną. I bylo nawet miło. Nie uciekam przed rodziną, a takie spotkania od wielkiego dzwonu są nawet odprężające. Wieczorem nasiadówa u Gejowskiego, raczej smętna, bo oparta o wychodzenie z kaca.
Niemałą przyjemnością wizyty na cmentarzach jest szansa na zobaczenie fajnych facetów w ilościach dużych. Te zupełnie nieznane, a jakże atrakcyjne twarze można spotkać tylko na cmentarzu. Mam wrażenie, że większość z nich nie bywa na mieście i nie ma jak się na nich natknąć. A tam proszę, proszę, są!
Myślałem o metodzie na podryw. Widzisz fajnego chłopaka/faceta przy jakimś grobie, podchodzisz, witasz się. Co za problem powiedzieć, że to grób kuzyna ojca żony z pierwszego małżeństwa, albo jakoś podobnie. Że się prowadzi badania genealogiczne i że chętnie pozostałoby się w kontakcie celem pogłębienia tychże badań. Można nawet dodać, że się jest gejem i mając świadomość bezpotomnej śmierci, chce się przysłużyć kolejnym pokoleniom. To tak, żeby druga strona miała jasny obraz. I pogłębienie mogłoby istotnie nastąpić, choć niekoniecznie w zakresie genealogii ;) Niestety metoda może się nie sprawdzić, bo owi atrakcyjni faceci najczęściej występują z ogonami w postaci rodzin. Jak się tych ogonów pozbyć?! ;)
Myślałem o metodzie na podryw. Widzisz fajnego chłopaka/faceta przy jakimś grobie, podchodzisz, witasz się. Co za problem powiedzieć, że to grób kuzyna ojca żony z pierwszego małżeństwa, albo jakoś podobnie. Że się prowadzi badania genealogiczne i że chętnie pozostałoby się w kontakcie celem pogłębienia tychże badań. Można nawet dodać, że się jest gejem i mając świadomość bezpotomnej śmierci, chce się przysłużyć kolejnym pokoleniom. To tak, żeby druga strona miała jasny obraz. I pogłębienie mogłoby istotnie nastąpić, choć niekoniecznie w zakresie genealogii ;) Niestety metoda może się nie sprawdzić, bo owi atrakcyjni faceci najczęściej występują z ogonami w postaci rodzin. Jak się tych ogonów pozbyć?! ;)
sobota, 31 października 2009
Sobota - Halloween
Dzień wstał radośnie słoneczny.I wszystko by było fajnie gdyby nie to, że zobowiązałem się spotkać z Matką. Na obiedzie. Obiad był i jadłem. Zasadą obiadów jest, że wszystko jest zjedzone. Siostra jak zwykle nałożyła sobie według własnych potrzeb, a ja musiałem się wykazać uprzejmością .... mało nie pękłem.
Potem długie gadanie z Siostrą na tematy zawodowe. Naprawdę fajnie jest mieć Siostrę, z którą można pogadać na każdy temat, nawet zawodowy, mimo że reprezentujemy różne profesje. Po prostu mamy dobry kontakt ze sobą. Nie mogę pojąć, że w innych rodzinach rodzeństwo potrafi być w stosunku do siebie obojętne, czy wręcz niechętne. Przecież rodzeństwo, to totalnie najbliżsi krewni, do tego najczęściej w zbliżonym wieku. Fakt, Siostra dowiedziała się o tym, że jestem gejem później niż moi bliscy znajomi, ale wynikało, to z tego, że uważałem, że jest za młoda. Trochę bałem się, że jej pozytywny stosunek do mnie może się zmienić. Oczywiście myliłem się. Dziś dzielimy się własnymi doświadczeniami życiowymi, bez żenady poruszając nawet kwestie intymne. To pomaga szczególnie w sytuacjach trudnych, gdy ciężko jest być skazanym tylko na siebie. Nawet partner potrafi być niewystarczająco bliski do pewnych rozmów, a już szczególnie, gdy sprawa właśnie jego dotyczy.
Jak to się stało, że tak jest? Mam teorię, że poza cechami osobowościowymi, chodzi też o przykład rodzinny. Oboje nasi rodzice utrzymywali zażyłe sosunki ze swoim rodzeństwem. Często się spotykali, wspierali, utrzymywali bliskie relacje. I tak, jakoś przeszło to na nas.
Nie bez wpływu jest też to, że szczęśliwie się złożyło, że ja mam młodszą Siostrę, a Siostra starszego brata. Gdyby było odwrotnie może nasze relacje nie byłyby takie dobre. W każdym razie jest tak wspaniale jak jest i bardzo mnie to cieszy, czego niniejszym daję wyraz.
W filmie "Liga Złamanych Serc" główny bohater mówi, że najbardziej żałuje, że nie powiedział ojcu o tym, że jest gejem, że ojciec umarł, nim zdążył go naprawdę poznać. Podobnie jest z rodzeństwem. To najbliżsi ludzie, którzy powinni znać prawdę o swoim bracie. I jeśli jesteś gejem, to oni właśnie mogą dać najwięcej akceptacji i zrozumienia dla twojej odmienności. Warunkiem jest oczywiście, że relacje z rodzeństwem są dobre. Poniżej mała ankieta. Ciekaw jestem wyników. Pod pojęciem "złe relacje" proszę rozumieć zarówno relacje złe, jak i obojętne.
Jak to się stało, że tak jest? Mam teorię, że poza cechami osobowościowymi, chodzi też o przykład rodzinny. Oboje nasi rodzice utrzymywali zażyłe sosunki ze swoim rodzeństwem. Często się spotykali, wspierali, utrzymywali bliskie relacje. I tak, jakoś przeszło to na nas.
Nie bez wpływu jest też to, że szczęśliwie się złożyło, że ja mam młodszą Siostrę, a Siostra starszego brata. Gdyby było odwrotnie może nasze relacje nie byłyby takie dobre. W każdym razie jest tak wspaniale jak jest i bardzo mnie to cieszy, czego niniejszym daję wyraz.
W filmie "Liga Złamanych Serc" główny bohater mówi, że najbardziej żałuje, że nie powiedział ojcu o tym, że jest gejem, że ojciec umarł, nim zdążył go naprawdę poznać. Podobnie jest z rodzeństwem. To najbliżsi ludzie, którzy powinni znać prawdę o swoim bracie. I jeśli jesteś gejem, to oni właśnie mogą dać najwięcej akceptacji i zrozumienia dla twojej odmienności. Warunkiem jest oczywiście, że relacje z rodzeństwem są dobre. Poniżej mała ankieta. Ciekaw jestem wyników. Pod pojęciem "złe relacje" proszę rozumieć zarówno relacje złe, jak i obojętne.
Wieczorem Halloween rozpoczęte beforkiem u Gejowskiego. O dziwo przebierańcy dopisali. Potem wyjazd do Narraganset. I tam też całkiem fajna zabawa i nawet sporo ludzi. Niestety po raz drugi wyrzucono z lokalu Xell'a (więcej na jego blogu). W trakcie zabawy nie zauważyłem tego nawet, dowiedziałem się dopiero w niedzielę. A trochę szkoda, bo moim zdaniem, cała nasza ekipa powinna solidarnie z Xell'em wyjść. Myślę, że to niefortunnie, że tak się nie stało. Kładę to na karb nietrzeźwości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


