Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Raand. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Raand. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 lipca 2013

Przystanek w drodze na Lubiewo

Tu mnie wszyscy znają

Pierwszym etapem podróży była niewielka miejscowość na zachodnich rubieżach, gdzie nasz koleżanka Raand, przed pierwszym zamążpójściem zwana Panną Młodą, pomieszkuje i spełnia się zawodowo.

Koleżanka nas trochę zaskoczyła, bo wszystkie tobołki z kosmetykami musiałyśmy wtaszczyć same, na ślepo szukając drogi. Później było jeszcze gorzej. Do pobliskiego supersamu udałyśmy się samotrzeć, gdyż albowiem nasz gospodarz odmówił wspólnego z nami pojawenia się w tym przybytku. Że niby zachować się nie umiemy, a wszyscy go tam znają.

Po zakupach, w uroczych wnętrzach wynajmowanego przez koleżankę lokum utrzymanego w barwach świeżej kupy z boazerią pamiętająca późnego Gierka, koleżanka Panna Młoda opowiadała nam o urokach zamieszkiwania w miejscowości, w której wszyscy się znają. Aż prawie uwierzyliśmy, mimo, ze gospodarz zapewnił nas, że nie ma gdzie pójść wieczorem, a nawet jeśli jest, to on i tak się z nami nie pokaże.

To rzeczywiście cudowna sprawa być na widelcu wszystkich i w związku z tym udawać, że jest się kimś innym niż w rzeczywistości, co koleżanka chciała nam wcisnąć jako rzecz naturalną.

Tylko dzięki internetowi i odpowiednim portalom koleżanka Panna Młoda może funkcjonować w "środowisku", nawet jesli w konspiracji na miarę batalionu nomen omen Zośka.

W związku z tym miejscowość obejrzeliśmy zza szyb samochodu namiętnie wsłuchując się w piosnkę "Ona tańczy dla mnie", i nie chodziło o taniec Panny Młodej, bo owa poruszała się niczym Robocop.

sobota, 23 marca 2013

Gay-dining

Sytość

Jajeczka, jako imprezy a la spęd zarzuciłem, ale uznaliśmy z Jakisiem, że warto zaprosić jakieś nieliczne grono na wystawną kolację.

Przygotowania trwały kilka dni, bo to i opracowywanie menu, i zapraszanie, i sprzątanie. Na stół poszły srebra, porcelana i kryształy, na nich smakowite przystawki, dania główne i desery.

Goście dołożyli swoje. Ego zjawił się z koncepcyjną sałatką opartą o wędzonego kurczaka - podobno dzieło wykonane po raz pierwszy - i z szampanem przednim, a Gwiazda z własnoręcznie wykonanym tortem malinowym z kremem ajerkoniakowym, który wypełnił nasze biodra. Zabiegany Raand pamiętał o sporej porcji okowity zacnej.

Jedzenia było w bród. Wznosiliśmy toasty i gadaliśmy.

Oplotkowaliśmy znajomych, Jakiś zapienił się politycznie, Raand opowiedział o ekscytujących przypadkach ze swojej pracy.

W tle miasto zamarzało, a 22 panów zadeptywało trawę w odległym mieście - w tym 11 ze skutkiem tradycyjnym.

Ego poruszył temat agresji w związkach gejowskich. Już prawie doszliśmy do tego, że nas to nie dotyczy, gdy nagle okazało się, że nasze męsko-męskie relacje czasem przekraczają granice dobrych manier. Przy czym aspekty agresji były dwa: złość i namiętność. Szczegółów zdradzać nie będę.

Metka wykazuje nieco obrotowe poglądy, co rozzłościło Jakisia i ten ostatni zapienił się na tyle, że aby ratować zgromadzone na stole dobra musiałem interweniować. Tym razem się udało.

Ciekawe były opowieści Raanda o życiu na skraju Polski. Ugadaliśmy, że musimy go nawiedzić, gdy wreszcie ustabilizują się warunki pogodowe.

Towarzysza Raanda postanowiłem nazwać Amita. Mam nadzieję, że pasuje. Łacina jak zwykle mi pomogła. Opowieści Amity i Raanda o ich pożyciu wywołały łezkę wzruszenia u pozostałych. Niestety starzejemy się i pożycie zaczyna się zamieniać w czułość.

Syci pod każdym względem rozstaliśmy się późną nocą.

czwartek, 13 grudnia 2012

Kurzęce mięso

Żyć za 1zł dziennie? Da się zrobić

Śniadanie
Śniadanie nie odbiegało od codziennych śniadań: jajko na miękko, żółty ser,  plasterek szynki i herbata z cytryną. Jako pieczywo wystąpiła ciabatta, a za smar posłużył Pyszny Duet.

Około 2 miesięcy temu zauważyłem u Gejowskiego maszynkę do pieczenia chleba. Nie chciał pożyczyć na testy, ale o zdarzeniu opowiedziałem Jakisiowi, który zaraz następnego dnia wrócił z Lidla z takim właśnie urządzeniem firmy Silvercrest. Kupionym zresztą okazyjnie, bo z 10% zniżką. Zamiast 200zł zapłacił 180zł.

Od tego czasu nie biegamy do piekarni tylko pieczemy chleb w domu. Przetestowaliśmy wszystkie Lidlowe mieszanki i do gustu przypadły nam jedynie dwie: chleb słonecznikowy (sonenblumen-kernbrot) i ciabatta. Pozostałe były zbyt gliniaste. Nawet sztuczki w rodzaju dodawania ugotowanego ziemniaka nie pomagały. Są też polskie mieszanki, do których trzeba dodawać drożdże, ale one też nie przeszły naszych testów pomyślnie.

Jeden 750g bochenek kosztuje 2,65zł (całe opakowanie kosztuje 5,30zł). To tyle co 15 bułek po 50g każda z Biedronki po 0,25zł za sztukę (razem 3,75zł). Wychodzi taniej, a do tego zapach pieczonego chleba wypełniający całe mieszkanie.

Najlepiej jest tak ustawić pieczenie, by chleb był gotowy na poranny posiłek. Pierwszy test nocnego wypieku był irytujący. Urządzenie zaczęło działać około 4 w nocy i niestety w panującej ciszy odgłosy mieszania i popiskiwania roznosiły się po całym mieszkaniu. Kolejne wypieki robiliśmy w łazience, która najlepiej wytłumia wszystkie odgłosy.

Inną wpadką było skromne spotkanie z Metką Boską, Gwiazdą, Raandem i jego lubym. Chleb wstawiłem zbyt późno i gotowy był, gdy goście już byli. Ledwo wyjąłem zaczęli chleb jeść. Poszedł cały bochenek. Niestety dało to przykre efekty następnego dnia. Wszyscy czterej mieli dolegliwości. Ja i Jakiś nie jedliśmy, żeby dla gości starczyło i nam się upiekło. Ale nauka z tego taka, że pieczony w domu chleb lepiej jeść po tym jak wystygnie.

Obiad
Krupniku ciąg dalszy. Zupa jest bardzo tania, a zimą ją ubóstwiam. Składniki banalne: zwłoki kurzęce, pietruszka, marchewka, seler, kasza jęczmienna. Jakiś wprowadził nowy sposób gotowania zwłok. Gotuje je w wodzie przez 4 godziny na minimalnym ogniu, tak by tylko pyrkało, ale nie wrzało. Dzięki temu wszystkie składniki z mięsa wygotowują się i przechodzą do wywaru. Nawet chrząstki się rozpuszczają. Dzięki temu zupa jest syta i rozgrzewająca.

Trochę o zwłokach.
Kiedyś kupowaliśmy gotowe zwłoki, czyli kurczę bez piersi, nóg i skrzydełek. Jednak bardziej opłacalne jest kupienie całej kury i dokonanie sekcji. Przy zwłokach pozostają jedynie skrzydełka, których nie uznajemy za warte przeznaczenia do innych dań. Piersi i nogi wędrują do zamrażarki z przeznaczeniem na kolejny obiad.

Wygotowane zwłoki nie idą do kosza, ale są podstawą dalszej obróbki. Dziś głównym daniem znowu były buraczki zasmażane oraz danie z mięsa ze zwłok, ze szpeclami w sosie pomidorowym. 0,15zł to buraczki, reszta warta była jakieś 0,50zł. Tym samym na osobę kosztowało to około 0,65zł. Gdybyśmy takie dania jedli codziennie przez miesiąc wyniosłyby to na jednego 19,50zł.

Próbowaliśmy się porównać ze słynnym studentem Kewinem Dąbrowskim żywiącym się w październiku 2012 roku za 1zł dziennie. Chyba jesteśmy w stanie mu dorównać przy jednocześnie dużo bardziej rozmaitych posiłkach.

Z czasem uda mi się do tych dań dodać wartości i wtedy się okaże.

Co to są szpecle? Ha, też nie wiedziałem. To moje odkrycie 2011 roku w restauracji w Niemczech. Później okazało się, że są dostępne w Lidlu w dwóch wersjach suszonej i świeżej. W sumie jest to rodzaj lanych klusek. Robienie ich samodzielnie jest kłopotliwe, a kupne są nie mniej dobre.

O jedzeniu można jak o zieleni ;)


niedziela, 20 listopada 2011

Slużące, Tate Taylor, Viola Davis

Czarno na białym

Na Facebooku organizuję wydarzenia nawet tak banalne, jak wyjście do kina. I nawet się udaje. Na tym filmie wylądowaliśmy z Jakisiem nieco spóźnieni i nie zauważylismy, że są już Xell, Raand i Panienka. Miło, że dotarli, choć szkoda, że po seansie nie poszliśmy nigdzie poobcować towarzysko.

Film o segregacji rasowej w USA lat sześćdziesiątych. Jakżeż to niedawno ten wzór demokracji roszczący dziś sobie prawo do pouczania innych tkwił w okowach ciemnoty. Kobiety są na pierwszym planie; kobiety służące i kobiety pracodawczynie. Niby po przeciwnych stronach barykady, ale jednocześnie służące są wprowadzone w najintymniejsze sprawy swoich pracodawczyń. Służącą można pomiatać, jednak liczba haków, jakie służba może zebrać potrafi być druzgocąca. No i trzeba uważać, czym może nakarmić.

Film bardzo przyjemny, świetnie zagrany. Wart obejrzenia, jeśli pojawi się w telewizji.

poniedziałek, 30 maja 2011

Urodziny Raanda

Gejowska obyczajowość

Jak to miło widzieć, że inni też się starzeją.

Zgromadzenie większej liczby gości w domu wiąże się ze sporymi problemami (znam ten ból – Jajeczko), więc nie dziwię się, że Raand swoje dziestoletnie urodziny zorganizował w lokalu. Konkretnie w byłym „Art Caffe”, zwanym obecnie „Art.” przy alei Kościuszki 51.

Były sprytnie zorganizowane drinki z baru dla gości, tartinki i muzyka, chyba „by Xell”. Niestety palić można było tylko poza lokalem, co znakomicie rujnowało imprezę. Wielka szkoda, że impra nie była zamknięta i nie dało się lokalu zawłaszczyć. Inna sprawa, że gdyby nie impreza Raanda „Art.” świeciłby pustkami. Niestety lokal przestał być atrakcją na mapie miasta.

Przybyli tuziemcy, przyjezdni i rodzina. Ciekawy konglomerat. Trochę szkoda, że Raand nie wykorzystał tkwiącego w tym potencjału – może nie miał pomysłu.

Trafili się obcy: parki romansujące przy piwie, grupki kolegów. Co zobaczyli? Misz-masz składający się z młodzieńców, panów i trzech pań w wieku matczynym (sorki za pominięcie niektórych). Widać było zszokowanie „obcych” na widok młodzieńców/panów całujących się w policzki przy powitaniu. W naszym „środowisku” stało się to normą. Aż dziwne, ale nikt nie ma z tym problemu. No może poza Metką, ale to dlatego, że ma świadomość, że rozsiewa opryszczkę zwaną „chorobą wściekłych metek”. Nie ma zwykłego hand shake’u – to robi się z obcymi.

Zauważyliście inne jeszcze nasze własne towarzyskie konwencje?

niedziela, 8 maja 2011

Propaganda homoseksualna

Teresa gwałtem stoi

Wczoraj Jakiś poszedł sobie na imieniny znajomej, to ja wyskoczyłem z Metką, Ego i Raandem do Fufu. Potem na Fabrycznym zjedliśmy po dietetycznym rzecz jasna hamburgerze. Dołączyli tam do nas Xell i Miszal. Pojechaliśmy, ale już bez Ego i Raanda do Narra, gdzie wyszalałem się do rana.

No i teraz słabosilny jestem. Ciężko ruszyć ręką, nogą, a głowa w drzwiach się nie mieści. To do bloga siadłem. Okazuje się, że blog gwałtem stoi. 90% wejść dotyczy zdarzenia ze Szczecina. Z braku możliwości podjęcia jakichkolwiek innych czynności przeczytałem wszystkie wpisy na forum gazety pod notką o szczecińskim gwałcie.

Wśród 50 wpisów znalazłem tylko dwa łączące opisywane zdarzenie z propagandą homoseksualną (nie daję tego sformułowania w cudzysłów, bo de facto jest to propaganda, i jest homoseksualna, tylko, niepotrzebnie ma negatywny wydźwięk).

Wpis pierwszy
Zaczyna się od tolerowania pederastów (ostatnimi laty wręcz "przyklepano" pederastię jako normalne zachowanie),potem się okazuje,że jeden pedał bierze ślub z innym,następnie pedały adoptują dziecko ("prawo jest takie samo dla wszystkich"),następnie zlewicowana hołota uzna,że olański to nie pedofil ("on przeżył holocaust-jemu wolno więcej")....

Sku...syna małolata należałoby wychłostać-300 batów,może przeżyje...Ale-co by powiedział na to Adam Michnik? Zaczyna się od tolerowania pederastów (ostatnimi laty wręcz "przyklepano" pederastię jako normalne zachowanie),potem się okazuje,że jeden pedał bierze ślub z innym,następnie pedały adoptują dziecko ("prawo jest takie samo dla wszystkich"),następnie zlewicowana hołota uzna,że Polański to nie pedofil ("on przeżył holocaust-jemu wolno więcej")....
Sku...syna małolata należałoby wychłostać-300 batów,może przeżyje...Ale-co by powiedział na to Adam Michnik?

Po czym nastąpiła tradycyjna forumowa wymiana „uprzejmości” z autorem wpisu.

Wpis drugi
No to Pirog i Jacykow mogą byc dumni ...

I tu też poszły „uprzejmości”.

Czyli propaganda jednak działa. Większość ludzi słusznie nie łączy tego zdarzenia z homoseksualną emancypacją. Ludzie bardziej zwracali uwagę na katastrofę związaną z reformą szkolną i wprowadzeniem gimnazjów, na problemy wychowawcze rodziców, szkoły, a także powszechną dostępność pornografii.

Przy okazji, sprawca gwałtu na dziewiętnastolatku w Łodzi zobaczył swoją podobiznę w gazetach i sam stawił się na komisariat w Koninie, gdzie mieszka. Info. Notka policyjna mówi, że wykorzystał "pewną nieporadność życiową" ofiary, ale o co chodzi nie wiadomo.
Ciekawe jak będzie się tłumaczył.

czwartek, 28 kwietnia 2011

Prywatne imprezy gejowskie kwietnia

Towarzysko po czterokroć

Urodziny Ciastka

Zaczęło się od urodzin Ciastka na obrzeżach cywilizacji. Mieszkanie odmalowane i wysprzatane na tę okoliczność. Tłumu wprawdzie nie było, ale za to można było zobaczyć inne twarze niż zazwyczaj. Ciastko zaprosił też kobiety w liczbie sztuk dwóch, co było dosyć zaskakujące. Ale też "kobieta największą przyjaciółką geja", od czego wyjątkiem jest Gejowski, któremu własna kobiecość całkowicie wystarcza i konkurencji nie toleruje. Nowopoznani u Ciastka byli bardzo męscy, i to tak do bólu nawet, a jeden zdaje się jakiejś agresji nawet dostał; nie do końca wiem jednak o co chodziło. Były pyszne tartinki i sałatka, tort urodzinowy o kolorystyce prosto z fabryki chemikaliów (o dziwo nie świecił) i danie na ciepło: połączenie wołowiny z ogórkami konserwowymi, którego przeżuwanie trochę obniżyło intensywność konwersacji. Niestety Ciastko nie przygotował oprawy muzycznej, więc tańców nie było. Trochę szkoda, bo parkiet aż prosił się o mocne udeptanie.

Ze znanych byli: Metka, Gwiazda, Gejowski (sam!), Xell, Jakiś, Raand i Ego, o Ja-Kubie jako współgospodarzu nie wspominając.


U Metki i Gwiazdy 1

Metka i Gwiazda także podjęli swoich znajomych na odległej orbicie miasta (gdzie przebywali celem dokarmiania futrzaków) na przeuroczym garden party z grilem. Najcieplej nie było niestety. Strasznie długo czekaliśmy na Xella, któren to wdał się niemal w bójkę z jakimś debilem, który zastawił jego samochód swoim. Mimo ad hoc przygotowanej imprezy żarcia (i to dobrego żarcia) było w bród. Jednak nie mogę pojąć czemu tylko ja jadłem krewetki. Dziewczyny, odwagi, to nie są robaki! Po zjedzeniu wszystkiego skryliśmy się przy kominku. Syci i trzeźwi (wszyscy zmotoryzowani) odbyliśmy przeuroczą pogawędkę, której tematem był między innymi jeden nasz znajomy przeżywający ciężkie chwile. Spotkanie przy kominku, to jednak coś zupełnie innego niż przy stole.

Dotarli: Ego, Raand, Fioletowy, Gejowski, Xell, Marcysia, Sylwia.


Jajeczko 2011 (wersja mini)

Miałem nadzieję na zorganizowanie większej imprezy, ale zaproszeni zbyt długo ociągali się z potwierdzeniem przybycia. RSVP niby każdy wie, co znaczy, ale jak przychodzi, co do czego, to się gubią. Wysłałem smsy, zapraszałem przez inne media, napisałem nawet stronę informacyjną... nie pomogło. Liczyłem na spotkanie z ludźmi, których nie widziałem od ostatniego jajeczka, ale widać mieli inne plany. W końcu stwierdziłem, że OK zaryzykuję i zrobię imprezę w domu. Ryzyko polegało na tym, że świeżo wyremontowana norka nie nadaje się na takie imprezy jak drzewiej. Im więcej luda, tym większa szansa na zdarzenia niekontrolowane, a nie zamierzałem po imprezie odgruzowywać mieszkania. Zaprosiłem więc tylko tych, którzy zaangażowali się w ideę Jajeczka i albo odpowiedzieli na moje wezwanie w odpowiednim czasie, albo wręcz się o to upomnieli wcześniej. Było więc kameralnie, bo tylko w gronie 20 osób, mnie i Jakisia wliczając.

Kaczka utracił nimb posiadacza najtwardszych jaj na rzecz Krowy Morskiej. Walka była zajadła, skorupki, a i spore części jajek zaściełały podłogę, w zadziwiająco wielu przypadkach pojedynki kończyły się rozbiciem obu jaj. Przy okazji: widziałem program o zwyczajach wielkanocnych; takie tłuczenie się jajkami nazywało się kiedyś "walatka" lub "na wybitki".

Potłukł się tylko jeden kieliszek, a i tak odłamki zostały rozniesione po całym mieszkaniu - tego się najbardziej bałem, ale skończyło się dobrze.

Jakisiowe sałatki jajeczne cieszyły się sporym wzięciem, a jego smalec zszedł w całości - oj wyposzczone były cooleżanki strasznie. Niestety zapomniałem, że był też nagotowany barszcz czerwony i dopiero w końcówce imprezy wziąłem się za częstowanie. W efekcie jemy z Jakisiem ten barszcz do dziś i jeszcze zostało.

Wszystko było przygotowane na wariackich papierach i nie zdążyłem przygotować oprawy muzycznej, ale wyratował mnie Gejowski. Nie prosiłem go, nie wspominałem nawet, ale to dzięki jego zapobiegliwości goście mieli przy czym tańczyć. Dzięki wielkie!

Dodatkowych atrakcji w postaci gier i zabaw nie było, ale i tak mam nadzieję, że wieczór był udany.

Ciekawe wejście miał Raand, cały w motocyklowym kombinezonie. Pod domem młodzieńcy hetero z troską poinformowali go, że "na górze bawią się pedały"... tylko nie wiem, co im odpowiedział i jak nisko im szczęki opadły. Ale podobno zastanawiali się, czy się nie wprosić.

Wespół z Jakisiem gościłem następujące indywidua: ZPP, Fioletowy, Miszal, Ego, Raand, Gejowski, Hiszpan, Kaczka, Krowa Morska, Szparka, Ciastko, Ja-Kub, Xell, Metka, Szparka, Skorek, Bluszcz, Nasus.


U Metki i Gwiazdy 2

Chłopcy się rozbawili i ostatni dzień świąt wielkomocznych spędziliśmy gromadnie u nich. Tym razem było ciasto zamiast grilla i wódka zamiast soczków. Zaczęło się niewinnie od rzucania okiem na film o Wiliamie i Kate. Już nie wiem dlaczego znienacka zeszło na politykę i poszło na noże. Metka prezentował swoje przemyślenia, ja i Jakiś wręcz przeciwne, tonował Xell, Bluszcz wtrącał uwagi, Gejowski, co niezwykłe, siedział cicho, Gwiazda był nie wiedzieć czemu zadowolony, a Raand i Ego się nudzili.

Metka dosyć szokował usprawiedliwianiem PRLowskiego systemu, jego rządzących i ich działań. Ja i Jakiś – pewno jako najlepiej pamiętający te czasy – absolutnie nie mogliśmy się na to zgodzić. Metka nie widział problemu w monopartyjnojści PRLu i zdaje się nie dostrzegać walorów dzisiejszej konkurencji o władzę. Wszyscy nie do końca jesteśmy zadowoleniu z systemu w jakim żyjemy. Ale żyjemy w nim. Xell porównał to do mentalnego więzienia jakie tworzymy, każdy na swoją miarę. Brakowi zainteresowania u Raanda i Ego nie dziwię się; kiedy codziennie oddycha się wolnością i ma ona tylko jeden zapach, przestaje być czymś niezwykłym, wartym rozważań.

Gejowski jak się okazało milczał, bo nie chciał brać udziału w, jak to określił, „kłótni pijanych cioturzyc”. Pizda głupia, mógł się podzielić swym trzeźwym osądem i może przystopowałby Metkę w jego nieprzemyślanych i, z mojego punktu widzenia, zakłamanych poglądach. Tylko bez dyskusji tu na blogu, zostawmy to na kolejne spotkanie. Wieczór był intensywny i wart takiego spędzenia czasu.

sobota, 9 kwietnia 2011

Filmy widziane, filmy zapowiadane, filharmonia

Misz-masz

„House Of Boys”
Jakiś czas temu w kilka osób (Xell, Gejowski, Raand, Ego oraz Nasus [nowa postać, może zagości na dłużej]) udaliśmy się do kina Charlie na film „House Of Boys”. Film nas nie zachwycił (era wczesnego AIDS: chłopiec ucieka z domu, zatrudnia się w cioto-burdelu, zakochuje w koledze, któren to później umiera na AIDS – bardzo długo umiera), ale fajne było to, że cała sala była nasza i w trakcie można było sobie gadać do woli, komentując filmowe scenki.

"Kochanek Czerwonej Gwiazdy", autor: Witold Jabłoński
W środę na wieczór autorski stawiło się kilka osób ze "środowiska". Było nawet tłumnie, naliczyłem 30 osób. Stawili się między innymi Metka, spóźnił się jak zwykle Gejowski, dotarł Nasus i co ciekawe był też Homofob. Wieczór był interesujący. Mnie szczególnie ujął fragment wypowiedzi Jabłońskiego o języku opisu stosunku płciowego. Że jest albo rynsztokowy, albo medyczny, brak czegoś po środku. Ciekawe by było gdyby zadać dzieciom w liceum zadanie pt."Opisz znanym ci językiem penetrację analną". "Język", "penetracja analna" - już to brzmi dwuznacznie. Pytanie od publiczności było jedno. Właściwie to nie pytanie, lecz wyraz oczekiwań jednego z obecnych. Mianowicie, że Jabłoński byłby(!) dobrym pisarzem, gdyby oderwał się od tematyki gejowskiej. Wyjaśnienia Jabłońskiego pytający zlekceważył. Nie pozostaje nic innego jak zachęcić Autora do twórczości lesbijskiej, coby zaspokoić niektórych spragnionych innych rozrywek czytelników.

„Bańka mydlana”
Zapuściłem informacje o przeglądzie filmów LGBT w kinie Cytryna, ale jakoś przeszło to bez echa wśród znajomych. Malotraktorem dał się zachęcić, ale niestety nie znamy się, więc mimo że na sali był, to nie było szans, żebyśmy się spiknęli. W piątek na jakiś seans wybierał się do Cytryny Gejowski, ale nie wiem, czy dotarł.
„Bańka mydlana” mimo pewnych niedociągnięć (niepotrzebnie blisko dwugodzinny, porwane wątki), lekkiego oderwania od rzeczywistości (koniec jest mocny, ale niewiarygodny) i słabego pogłębienia psychologicznego (postaci nazbyt marionetkowe) wart obejrzenia. Żyd zakochuje się w Palestyńczyku z wzajemnością, w tle scenki z Tel Avivu i Nablusu, młodzi przeciwko agresji, a na koniec bańka pęka z hukiem.

C. M. Von Weber - Uwertura Der Beherrscher der Geister (Władca Duchów) op. 27
J. Brahms – Koncert skrzypcowy D-dur op. 77
P. Czajkowski – V Symfonia e-moll op. 64
W piątek Jakiś wyciągnął mnie do łódzkiej filharmonii. Uwertura Von Webera była miałka, Brahms był dla mnie bez seksu, a Czajkowski jak zwykle histeryczny. To nie był mój dzień na słuchanie muzyki. Partię solową w koncercie Brahmsa grał na Stradivariusie Ormianin Hrachya Avanesian – aż się spocił ;)

„Erratum”, reżyseria i scenariusz: Marek Lechki, w roli głównej Tomasz Kot
Podobno bardzo dobre i warte obejrzenia.

„Czarne słońce”, reżyseria: Krzysztof Zanussi
Idź, a zanudździ cię na śmierć. Podobno fatalne dialogi, niespójna fabuła, niekonsekwencje, sztuczni bohaterowie.  

„Niepokonani” reżyseria: Peter Weir, w rolach głównych: Ed Harris, Colin Farrell
Film edukacyjnie potrzebny dla zachodnich europejczyków; my możemy sobie darować.

czwartek, 17 marca 2011

Krzysztof Jackowski, jasnowidz z Czluchowa

Proroctwa

Niejaki Krzysztof Jackowski – jasnowidz z Człuchowa – już w grudniu 2010 na łamach Super Expressu przewidział że „Gdzieś na świecie zatrzęsie się ziemia. Ale to będzie trzęsienie największe z opisanych dotychczas. Zginie mnóstwo ludzi.” I rzeczywiście trzęsienie ziemi i tsunami w Japonii 11 marca 2011 pochłonęły jak dotąd życie 5200 ludzi, a dalszych 9000 uznaje się za zaginione.

Co dalej prorokuje pan Jackowski?

Świat:
  • kolejne trzęsienie ziemi, ale w innej części świata; słabsze, ale jeszcze bardziej tragiczne w skutkach,
  • w 2011 roku dojdzie do poważnego konfliktu zbrojnego na tle wpływów ekonomicznych (?),
  • Unia Europejska rozpadnie się w 2011 roku,
  • euro będzie spadać,
  • nastąpi krach na światowych giełdach, również w Polsce w ciągu 2-3 miesięcy,
Polska:
  • polska giełda przeżyje krach,
  • PO będzie mieć niskie notowania w czasie jesiennych wyborów,
  • prawdopodobna jest koalicja SLD z PiSdą, a Jarosław Kaczyński stanie na czele rządu.
I pomyśleć, że to wszystko mu się przyśniło. Jednego nie rozumiem. Czemu on nie ma żadnych miłych wizji?

To może ja na 2011:
  • wiosna i lato będą w Polsce ciepłe i przyjemne,
  • Raand nie straci organów, za to zyska nowych, skórzanych znajomych,
  • Gejowski znajdzie sobie chłopaka swoich marzeń (nawet jeśli sielanka potrwa tylko do 2012 roku),
  • Krowa Morska dostanie kotka (nie kota!) i dołączy go do stada,
  • Jakiś dostanie ciekawą i popłatną ofertę pracy, potem kolejną,
  • Metka odziedziczy posiadłość w Prowansji i nas zaprosi na wakacje,
  • Xell zastąpi swoich prześladowców na ich stanowiskach.

czwartek, 3 marca 2011

Parapetówka kuchenna

Trzynastoletni staż

W ostatnią sobotę na swoje nowe i wyremontowane włości zaprosili Sylwia i Marcysia. Klatka schodowa budującego wrażenia może nie robi, ale w mieszkaniu chłopaki zaszaleli. Wszystko odmalowane, wyrównane, wychuchane. Ładnie dobrane kolory na ścianach, fajne meble. Rzeczywiście ich łóżko o wymiarach 2 na 2 metry robi wrażenie – pod kołdrą można się w chowanego bawić. Chłopaki zorganizowali wieczór na medal. Były przekąski, a i kurczęcie mięso na ciepło wylądowało na stole. Wieczór był bardzo miły.
Kuchnia jest nieduża w porównaniu z olbrzymimi pokojami, ale i tak większość wolała ściskać się w kuchni na stojąco, zamiast przysiąść w pokoju. Nie potrafię zgłębić tego magnetyzmu kuchni w naszym gronie. Chodzi o bliskość lodówki z napojami? To samo dzieje się przecież i u mnie, u Raanda i Ego. U Gejowskiego i Xella tylko przy większej liczbie gości.
Warto dodać, że w tym roku Marcysia i Sylwia obchodzić będą trzynastolecie nieformalnego, ale legalnego pożycia. Staną się parą z najdłuższym stażem partnerskim w naszym gronie.
Gościli Xell, Raand, Ego, Metka, Gwiazda, Gejowski, ja, Jakiś i jeszcze cztery inne osoby, chwilowo beznikowe.  

piątek, 28 stycznia 2011

Zimowy zastój

 Bezruch

Jakiś wyjechał i nigdzie mnie nie zabiera, Metka ciągle w rozjazdach, Gejowski zajęty randkowaniem (podobno), Ego i Raand zajęci własnymi sprawami, Krowa Morska i Hiszpan pewno mają sporo zajęć ze swoim zwierzyńcem, Xell milczy... no to i nic się nie dzieje, i nie mam o czym pisać. Wszyscy się zahibernowali?

czwartek, 6 stycznia 2011

Narraganset pub

Ganimedes bis?

W gronie zacnym, bo z Jakisiem, Metką, Ego i Raandem udaliśmy się na wszędzie reklamowane otwarcie pubu Narraganset. Trochę dziwne, że nie było zaproszeń. Ale skoro nie ma, to poszliśmy w ciemno. Wejście jak do dyskoteki, szatnia jak zwykle za dwa złote. Na wejściu ekskluzywny drink: dorato z syropem truskawkowym - odpuściłem sobie.

Sala dyskotekowa zamknięta, a sam pub znajduje się w górnej części niegdyś szumnie zwanej VIP roomem. W środku niewielki barek: herbata, piwo butelkowe, lana Warka, drinki owszem, ale grenadyny nie ma. Salka około 100 metrów kwadratowych. Sufit czarny, ściany chyba ciemno-lawendowe, oświetlenie typu semi-shade ze światełkami tu i ówdzie. Na sali w kształcie litery L pięć siedmioosobowych lóż (rozwiązanie totalnie skompromitowane w Ganimedesie) i ze dwa stoliki z kilkoma krzesełkami, oraz dance floor. Na huczne otwarcie zgoniło trochę ludzi, głównie uciekających od szkolnych prac domowych.
W sumie ok mimo, że nie było gdzie usiąść. TYLKO DLACZEGO DO KURWY NĘDZY MUZYKA HUCZAŁA JAK OPĘTANA?!

W Ganimedesie nie raz, nie dwa, dziesiątki razy tłumaczyłem, że pub to miejsce dla ludzi, miejsce rozmów i spotkań. Nie pomogło. Właściciele Narraganset popełniają ten sam błąd. Zbyt głośna muzyka i idiotyczna koncepcja lóż są kopią Ganimedesa - klubu, do którego już tylko spady trafiają.

Do pubu Narraganset wpadnę ponownie, gdy dowiem się, że nie jest to Ganimedes bis - kopia najgorszej koncepcji na pub.

Uciekliśmy po 20 minutach.


Jakiś na gościnnych występach


Bywalcem Narra nie jestem, choć nie mam złego zdania o miejscu. Nawet ucieszyłem się słysząc, że poza dyskoteką, właściciele zdecydowali się uruchomić pub. Bo pub to fajne miejsce do spotkań, pogadania, wypicia piwa czy drinka.

Teresa pisze, że zabrakło grenadyny. Phi… Zbrakło przede wszystkim atmosfery. Właściciele najwyraźniej postanowili mieć pub i dyskotekę w jednym. A tak się nie da: to nowe miejsce to ani pub, ani dyskoteka. I to by było na tyle ;)

niedziela, 2 stycznia 2011

Impreza sylwestrowa

W blasku fajerwerków

Impreza sylwestrowa ponownie odbyła się u Ego i Raanda. Poza mną nawiedzili ją Jakiś, Metka Boska, Gwiazda, Gejowski, Xell, Miszal oraz młodzież bliżej jeszcze nieznana. Z krótką wizytą wpadła Matka Karmiąca i Strażak. Było kolorowo, kalorycznie i procentowo.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Moda, Narraganset, imprezy, plany

2011 już wkrótce


Działo się ostatnio. W sobotę u Gejowskiego zebraliśmy się, by rzeczonego ubrać. Ten samozwańczy znawca elegancji domagał się od nas uznania, że spodnie podciągnięte pod pachy są obecnie szykowne. Grupowo odrzuciliśmy ten pomysł. Gejowski znosił kolejne pary spodni, a my te propozycje kolejno odrzucaliśmy. Szafa Gejowskiego pokazała swoje dno. Ale w końcu udało się. Dobraliśmy mu z jego lumpeksu koszulę spodnie, buty, a nawet takie dodatki jak zegarek, opaskę i naszyjnik. Wyglądał macho… przynajmniej w chwilach, gdy nie robił dzbanuszka. Nasz trud podobno został doceniony w Narraganset, gdzie Gejowski bawił nocą.


Ta noc w Narraganset była, jak usłyszałem, dosyć dramatyczna. Na wstępie Raand obtłukł torebką jakiegoś pijanego heteryka, któremu wadziło, że Raand się wyściskał z jego żoną, jakowąż znał – co ten heterol mógł sobie wyobrażać?! Potem Metka Boska poleciał do baru interweniować, bo uznał że Krowę Morską ktoś uszkodził, o ile nie zadusił całkiem jego własną apaszką. W niedzielę wyszło, że Krowa żyła, acz nieco zaniemogła.


W niedzielę Gejowski przyjął zaproszenie na rewizytę u Jakisia. Stawili się też Metka, Xell, Raand i Ego. Okazało się, że dziewczęta mimo wielodniowego obżarstwa nadal są głodne. Młóciły równo, aż musiałem dokładać. Obgadaliśmy minioną narragansetową noc, bieżączkę i posnuliśmy plany na imprezy 2011.


Jajeczko 2011 planuję na 22 kwietnia, czyli jak zwykle w wielki piątek. Ponieważ nie będzie to już impreza masowa, jak to drzewiej bywało, więc tym razem chyba ogłoszę casting. Zastanawiam się też nad formułą. Może ktoś jakieś pomysły podrzuci?

wtorek, 21 grudnia 2010

Impreza imieninowa po gejowsku

U Ge

Wszyscy już pewno czytali notkę u Xella więc wtrącę tylko kilka swoich groszy. Na imprę dotarliśmy z Jakisiem prosto z Teatru nieWielkiego z premiery "Kochanków z klasztoru Valldemosa" (będzie w kolejnej notce), toteż byliśmy w strojach zupełnie nie przystających do sytuacji. W środku, jak w ulu. Gospodarz raczył swoją szarlotką, ale szczęśliwie zatroszczył się o nas Gwiazda i wynalazł dla nas szklanki i alkohol - serdeczne dzięki, niech mu bozia w dzieciach wynagrodzi. Był zakaz jakichkolwiek gier i zabaw, więc nie było specjalnej integracji zebranych, ot można było porozmawiać z tym i owym.

Najlepszym momentem było rozdanie prezentów przypadkiem, ale popisowo poprowadzone przez Jakisia. Inwencja ludzka nie zna granic. Sam szukałem różnych prezentów, a jednak na takie cuda jakie wynaleźli ludzie nie trafiłem.

Ja jak zwykle postawiłem na prezent wykonany samodzielnie. Tym razem Ge dostał ode mnie grę ekonomiczną. Wiem, że lubi ten rodzaj gier, na swoim blogu zastanawiał się nawet nad zakupem takowej, ale o strasznie zawiłych zasadach. Lata temu grałem w nią, nazywała się "Makler Giełdowy" i była pewno podróbą gry "Executive decision". Swoją wersję, wydaną w jednym egzemplarzu, nazwałem "Erekcyjną grą ekonomiczną". Sednem gry jest zarabianie na produkcji Cialis, Levitry i Viagry. Mam nadzieję, że mnie kiedyś zaprosi i razem, czy w większym gronie w nią zagramy.

Hitem totalnym był jednak prezent dla mnie od Metki, Gwiazdy, Ego i Raanda. Wprawdzie Metka podpytywał mnie o różne moje rozmiary, ale nie spodziewałem się, że pójdą w taką jazdę. Poniżej możecie zobaczyć, co dostałem. 




Oczywiście od razu musiałem prezent przemierzyć. Ból chodzenia na 11 centymetrowych obcasach jest niewyobrażalny. Cud, że nóg nie połamałem. Mogłem się poczuć jak prawdziwa QUEEN. Wielkie dzięki chłopaki!!!!

środa, 15 grudnia 2010

Stluczka, ubezpieczenie, formularze

Nigdy nie wiesz gdzie i kiedy

W poniedziałek miałem przyjemność podróżować z Bydgoszczy do Łodzi. Zajęło mi to 5 godzin mozolnej jazdy zaśnieżonymi w wielu miejscach drogami. Udawało mi się czasem jechać z oszałamiającą prędkością 50 km/h. Jazda była monotonna, nużąca i dojechałem wyczerpany.

We wtorek wieczorem jechałem przez miasto Hanny Zdanowskiej, co chce stu dni, ale nikt nie wie, na co. Ulice białe, niektórzy szaleńcy popierdalają, zajeżdżają mi drogę, bo ja nie odważam się na więcej niż 30 km/h.

Tak, byłem asekurancki. Może zanadto. Ale tego dnia po południu, na parkingu Tesco inny samochód z zablokowanymi kołami stoczył się wprost na lewe, tylne drzwi mojego Toytoya. Straty nie są duże, ale moja konserwa do jeżdżenia urody przez to nie zyskała. Miałem oczywiście odpowiednie formularze (Raand zaakceptował), wszystko zostało spisane, a zajęło to prawie godzinę. Poradziłem sprawcom, żeby napuścili ubezpieczyciela na Tesco, bo pod śniegiem było 2 cm najczystszego lodu. Zero soli, czy piasku.

Winni, choć, obiektywnie przyznaję, nie ze swojej winy, przepraszali mnie i życzyli wesołych świąt, zapewne tych najbliższych, pseudobozionarodzeniowych, bo Joshua urodził się przecież około 6 stycznia.

A w kolejnej notce o "Eliksirze miłości" w Opera Nova w Bydgoszczy.

niedziela, 7 listopada 2010

„Chrzest” reżyseria: Marcin Wrona

„Przyjaciele”

Zapowiedziałem na blogu Xella i u siebie, że w miniony wtorek idę na film „Chrzest” w Cinema City o 22:15. Rozesłałem też kilkanaście esów w rzeczonym dniu. Miał iść ze mną Metka, ale wykpił się pracą zawodową. Gejowski jest zajęty sobą i unika polskich filmów. Z zaproszonych esem odezwała się tylko jedna (!) osoba, że… musi się wcześniej położyć. Moje szczęście, że dopisali Raand z Ego. Ale co sądzić o pozostałych? Wychodzi na to, że inni mają dla mnie czas tylko pod warunkiem, że jestem dyspozycyjny i zgłaszam się na każde wezwanie. Niniejszym oświadczam, że tamte czasy się skończyły. Nie masz czasu dla mnie, to nie oczekuj, że znajdę czas dla Ciebie. I proszę bez obgadywania mnie, że się nie udzielam. Proszę bardzo, udzielam się i to nie ja mam problem.

P.S. Zacytuję Krowę Morską „uprzejmie informuję szanowną autorkę, że media owe [w tym telefon] posiadają tę cudowną właściwość, iż działają w obydwie strony” – właśnie się przekonałem, że jednak nie i dotyczy to również Ciebie, kisses sweety.

Xellowi i Radixowi film się bardzo podobał. Jakiś powiedział mi, że film jest bardzo dobry. Po takich rekomendacjach nie sposób było nie wyrobić sobie własnej opinii. Pisząc o „Naszej klasie” zacytowałem Jakisia, który uznał dramat za antyantyczny. Film Marcina Wrony jest dla odmiany antyczny do bólu.

Marcin Wrona jest dużym facetem, o niskim, męskim głosie i ewidentnie pochłaniają go relacje męsko-męskie. Z szowinistycznym zacięciem traktuje kobiety jak rekwizyty istotne dla akcji, ale pozbawione głębszych emocji, przemyśleń i znaczenia. Blaskiem biją twardzi mężczyźni o wytatuowanych, pokrytych bliznami ciałach. Nie są to faceci o głębszym pofałdowaniu kory mózgowej. Potrafią zaspokajać tylko najniższe z potrzeb. Życie stawia ich przed trudnymi wyborami i radzą sobie z nimi najlepiej jak potrafią. W ich brutalnym świecie istnieją jednak zjawiska wspólne dla ludzi cywilizowanych. Jest tam na przykład miejsce na przyjaźń. Przyjaźń bardzo głęboką.

Michał (Wojciech Zieliński) prosi swojego przyjaciela Janka (Tomasz Schuchardt) o zastąpienie go w roli męża i ojca. Ma ku temu powody.

Nie chrzest syna Michała, lecz chrzest Janka właśnie jest zakończeniem filmu. W całym swoim zezwierzęceniu Janek postępuje wzniośle. Jego „gest” wobec przyjaciela pieczętuje jego relację z Michałem. Zdobyć się na to, co zrobił Janek chciałoby się oczekiwać od każdego przyjaciela… mimo przewrotności jego działań. Na ile zmieniło to Janka życie może dowiemy się w kolejnym filmie Marcina Wrony.

Film oceniam jako dobry.

niedziela, 31 października 2010

Duch umiera w towarzystwie

R.I.P. Teresa na Powązkach

Idę sobie po cmentarzu powązkowskim, a tu znienacka prapraprababunia i praprapradziadunio. Aż się wzruszyłem tym przypadkowym odnalezieniem bliskich zmarłych. Już miałem się położyć tak na chwilę na grobowcu, gdy znienacka Jakiś mnie dopadł. Jego relacja jest u Gejowskiego.

Co ja poradzę drogie cooleżanki, że nie jestem dostępny towarzysko jak kiedyś? I to wcale nie Jakiś jest za to odpowiedzialny. Decyzje podejmuję niezależnie, samorządnie, związkowo i zawodowo, czyli jako NSZZ Teresa. Z radością partycypowałbym bardziej w wydarzeniach towarzyskich, jednak mam wrażenie, że nikt niczego nie organizuje! Albo ja nie jestem zapraszany ;( I wybaczcie, ale spotkania w Fufu nie są dla mnie atrakcją; jest tam zimno, głośno i na ogół nie ma gdzie usiąść. To nie dla mnie.

Wczoraj byłem z Jakisiem na domówce zorganizowanej przez Papagena i Papagenę. Było 13 osób łącznie z nimi (z szerzej znanych Odetta-Otylia). Gospodarze uraczyli gości fantastycznymi daniami własnego pomysłu i produkcji. Ukontentowani potrawami goście gadali ze sobą na różne tematy do 3 w nocy. Było bardzo fajnie.

Chwilowo mam wyłączone z użytkowania mieszkanie i nikogo nie jestem w stanie zaprosić. Jednak obiecuję jakąś imprezę w okolicach końca listopada. Ciekawe, kto przyjdzie?

I jeszcze na koniec w temacie torby i pokrywki. Poproszę o uszanowanie moich wyborów, chyba, że niektórzy mają coś przeciw, albo jakaś zazdrość przez nich przemawia. Dziękuję Radixowi i Xellowi za sympatyczne podejście do sprawy. Doceniam błyskotliwą ripostę Raanda, choć całkowicie błędną w ocenie. Drogiego Metkę zachęcam, by miał czas dla mnie, a nie żebym ja miał czas zawsze dla niego (propozycja pójścia na „Chrzest” we wtorek o 22:15 w Cinema City nadal aktualna). IP, a skąd ta ciekawość? ;) A Gejowski niech przestanie przyprawiać mi gębę.

niedziela, 17 października 2010

Bloomsbury Group: być Virginią Woolf

Wokół stołu życie się się toczy

Tia… trochę zniknąłem z życia towarzyskiego w Łodzi. Ostatnio sporo podróżuję, poznaję nowych ludzi, spędzam z nimi czas. Niestety, odbywa się to kosztem mojego dotychczasowego środowiska. Niektórzy już mnie wykreślili z listy swoich znajomych, nie dzwonią, nie mailują. Jakoś to przetrwam i mam nadzieję, że gdy moja sytuacja się ustabilizuję powrócę do łask.

Dla najbardziej rozżalonych zorganizowałem dziś spotkanko towarzyskie u Jakisia. U niego, a nie u mnie, bo w moim domu nie mam chwilowo warunków do podejmowania gości. Wpadł Metka z Gwiazdą, Raand z Ego i Gejowski (o dziwo samotnie). Wspólnie z Jakisiem postaraliśmy się bardzo i stół był zastawiony wykwintnie i smacznie. Chciałem zgromadzić ich i skupić wokół jednego stołu, byśmy mogli sobie miło pogadać.

Może inspiracją była wizyta w Krakowie. Tam, w Międzynarodowym Centrum Kultury obejrzałem wystawę poświęconą Bloomsbury Group. Bardzo ciekawa wystawa, na którą z pewnością warto pójść. Urzekła mnie Virginia Woolf i zgromadzeni wokół niej ludzie: wolnomyśliciele walczący z otaczającym ich konserwatywnym, wiktoriańskim światem. Podoba mi się idea grupy osób spotykających się, debatujących bez skrępowania o różnych rzeczach. Chciałbym taką grupę współtworzyć.

Wieczorem, również w Krakowie, miałem namiastkę takiego spotkania. Była Odetta-Otylia, Papageno, oczywiście Jakiś, i jeszcze dwie osoby. Rozmowa ewoluowała w miarę wypitego alkoholu, ale cały czas była interesująca i dokładnie tak pozbawiona skrępowania, jak bym to sobie wyobrażał. Było miło.

Dziś miałem nadzieję na powtórkę, choć w innym gronie. Rozmowa zeszła na triwia codziennego życia uczestników. Nie mieliśmy debaty o książce, którą ktoś przeczytał, o sztuce, którą ktoś widział, czy choćby o doświadczeniu, które stanowiłoby jakąś lekcję dla pozostałych. To z pewnością efekt mojego oddalenia. Mam nadzieję, że po dzisiejszej chwili wymiany wiadomości bieżących wrócimy do spotkań na satysfakcjonującym nas wszystkich poziomie.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Rozkosze tu i tam

Uprzejmie informuję, że wróciłem z Bydgoszczy. Była to jedna długa balanga z przerwami na sen. Jestem wykończony, a szybko muszę się zregenerować, bo pojutrze jadę do Sopotu i na Wyspę Sobieszewską (w Łodzi jestem tylko we wtorek). Piszę o tym, bo okazało się, że w Sousse w Tunezji moja kumpela, Clitty, mieszkała dwa hotele ode mnie, ale przez pięć zazębiających się dni nie spotkaliśmy się ze sobą choćby na chwilę... bo nie wiedzieliśmy o sobie. Świat zmalał i prawdopodobieństwo pobytu w tym samym, nawet odległym miejscu, znacznie wzrosło.

Choć różnie z tym bywa. W Bydgoszczy odezwali się do mnie znajomi Raanda i Egusia (tak przypuszczam) z propozycją spotkania. Wysłałem odpowiedź, zapytałem kiedy i gdzie, po czym konwersacja umarła. Wieczorem dostałem przeprosiny, ale było już po ptokach, bo resztę pobytu miałem dokładnie zaplanowaną.

Przy okazji: jeśli ktoś chce jechać jedynką, to odradzam. Tuż za Włocławkiem wybudowano już wprawdzie wiadukt, ale za nim trwa wymiana nawierzchni: ruch wahadłowy jest na pięciu odcinkach. Za dnia jakoś to jeszcze idzie, bo obsługa jest ludzka, ale wieczorem jest tylko automat. Zdarzyło się, że z jednej strony przejechał jeden samochód, a z drugiej czekała kilkukilometrowa kolejka. Jest jakiś adres, gdzie można sprawdzić utrudnienia na drogach?

Niedziela była lajtowa, bo wylądowaliśmy z Labią i Clitty na działce u męża Clitty. A konkretnie w barze przy ogrodach działkowych. Życie towarzyskie było tam w pełnym rozkwicie. Co chwila komuś byłem przedstawiany, ktoś się dosiadał. Labia szybko zauważyła komu się szczególnie przyglądam, a myślałem, że robię to tak dyskretnie. Maciej jest uroczy i ładnie zbudowany. Ale już rozwiedziony, a synek milusi. Nie wiem jak to się stało, że postawił mi piwo i usiadł obok. Zrewanżowałem się tym samym. Potem musiał pojechać odstawić syna do byłej żony, ale wrócił i z miasta przywiózł mi piwo niedostępne w tym barze. Byłem zakłopotany, ale i miło mi było. Bardzo żałuję, że się z nim nie pożegnałem: gdzieś odszedł, a ja musiałem wracać. Sprawdzałem na "Widziałem Cię", ale nic się nie pojawiło.