W lodowej pierzynce
Zima walnęła w okna i zasypała drogi i ulice. Do tego temperatura w dzień soczyście oscyluje wokół 8, 9 stopni poniżej zera. O tym ile jest w nocy wolę nie mysleć chroniąc się bezpiecznie pod kołderką z Jakisiem w roli termoforu.
Śmiesznie, że bez policyjnego nękania i strażomiejskich fotoradarów wszyscy jeżdżą max 50 km/h o ile nie wolniej, czy wręcz stoją w korkach wywołanych wleczeniem się innych użytkowników dróg. Kierowcy nawet pieszych zaczęli przepuszczać na przejściach dla pieszych.
Korzystając z jazdy jak na zwolnionym filmie policzyłem znaki na drodze do sklepu. Na odcinku 1,3km jest ich 34, czyli blisko 3 na każde 100 metrów. Ale to pewno nie jest najbardziej zabójczy wynik.
A weekend był taki miły. A może inaczej, był miły dzięki spotkaniu z Metką i Gwiazdą. Jednak zdjęcia jakie pokazali były szokujące. Odbyli podróż do raju, który jest nim dziś już tylko w mniemania tych, którzy tam nie byli. Nawet mimo tego, że wrócili równo przypieczeni.
Dla odmiany my z Jakisiem krążylismy, dosłownie i w przenośni, między Edenem, a Paradisem. Żadne z tych miejsc na swe nazwy nie zasługiwało wprawdzie. Ale to, co było pomiedzy... daje nam siłę do przeżycia tej zimy.
I nic to, że dziś mija siódmy dzień kataru, a on ledwo osłabł. Oczekiwałem więcej.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 21 stycznia 2013
piątek, 2 września 2011
Splyw Krutynią i nadwaga mężczyzn
Wśród dzikich i opasłych
Byłem w życiu na paru spływach kajakowych i bardzo polubiłem tę formę rekreacji. Jednak traf chciał, że pływałem po trasach mało znanych i mój zachwyt związany był z ciszą i spokojem. Spływ Krutynią chwilami wyglądał, jak przeciskanie sie między przechodniami na Marszałkowskiej. Nie zdawałem sobie sprawy, jak egalitarną rozrywką stały sie spływy.
Szokujące było dla mnie, że wypuszczane są w trasę osoby o raczej mglistym pojęciu o kierowaniu kajakiem, o kulturze zachowania się na wodzie już nawet nie wspominając. Bardzo się dziwiłem, że nie było doniesień o utonięciach.
Poza obserwacją zachowań dzikich homo sapiens na wodzie podjąłem również obserwacje antropologiczne… i przeżyłem szok.
Od lat z poświęceniem walczę o to, by być, a przynajmniej wyglądać szczupło. Tymczasem nad Krutynią 95% facetów dumnie obnosiło większe lub mniejsze nawisy. Widać po tym społeczny dobrobyt (czytaj: dużo żrą) i to dobrze, jednak innym aspektem powinna być troska o dobrą figurę… chyba. A rzecz dotyczy wszystkich facetów, niezależnie od wieku.
Z moich obserwacji wynika, ze figura mężczyzny może się zmieniać wraz z (tu teoretyzuję) zmianami hormonalnymi. Pierwsza taka zmiana następuje w okolicach 18-19 roku życia. Grubaski potrafią się wtedy zamienić w przystojnych rosłych facetów, a szczupli pozostają bez zmian. Ta faza specjalnie długo nie trwa.
Zbliżając się do 27-28 roku życia szczupli zaczynają tyć. To jeszcze nie dramat, bo daje się zrzucić nadmiar masy, o ile się chce. Heteroseksualni faceci mają z tym większy problem, bo są już na ogół żonaci, są dokarmiani, mają przekonanie o własnej wartości i podobają się sobie niezależnie od tego, jak obleśnie wyglądają. Geje są jeszcze w tym wieku na etapie poszukiwań i starają się podobać potencjalnym partnerom (nie dotyczy to oczywiście gejów typu bear i chubby), więc podejmują wysiłki, by figurę poprawić, a przynajmniej utrzymać. Ta faza trwa jeszcze krócej niż poprzednia.
Kolejny zakręt to wiek 35-36 lat. Ciało z nieznośnym uporem powiększa się, nawet mimo wysiłków, by to zatrzymać. Wtedy trzeba już dużo więcej samozaparcia, żeby zachować poprzedni rozmiar w pasie.
Jak to dalej wygląda jeszcze nie wiem (chwilowo się trzymam), a jak się dowiem, to do tematu powrócę.
Byłem w życiu na paru spływach kajakowych i bardzo polubiłem tę formę rekreacji. Jednak traf chciał, że pływałem po trasach mało znanych i mój zachwyt związany był z ciszą i spokojem. Spływ Krutynią chwilami wyglądał, jak przeciskanie sie między przechodniami na Marszałkowskiej. Nie zdawałem sobie sprawy, jak egalitarną rozrywką stały sie spływy.
Szokujące było dla mnie, że wypuszczane są w trasę osoby o raczej mglistym pojęciu o kierowaniu kajakiem, o kulturze zachowania się na wodzie już nawet nie wspominając. Bardzo się dziwiłem, że nie było doniesień o utonięciach.
Poza obserwacją zachowań dzikich homo sapiens na wodzie podjąłem również obserwacje antropologiczne… i przeżyłem szok.
Od lat z poświęceniem walczę o to, by być, a przynajmniej wyglądać szczupło. Tymczasem nad Krutynią 95% facetów dumnie obnosiło większe lub mniejsze nawisy. Widać po tym społeczny dobrobyt (czytaj: dużo żrą) i to dobrze, jednak innym aspektem powinna być troska o dobrą figurę… chyba. A rzecz dotyczy wszystkich facetów, niezależnie od wieku.
Z moich obserwacji wynika, ze figura mężczyzny może się zmieniać wraz z (tu teoretyzuję) zmianami hormonalnymi. Pierwsza taka zmiana następuje w okolicach 18-19 roku życia. Grubaski potrafią się wtedy zamienić w przystojnych rosłych facetów, a szczupli pozostają bez zmian. Ta faza specjalnie długo nie trwa.
Zbliżając się do 27-28 roku życia szczupli zaczynają tyć. To jeszcze nie dramat, bo daje się zrzucić nadmiar masy, o ile się chce. Heteroseksualni faceci mają z tym większy problem, bo są już na ogół żonaci, są dokarmiani, mają przekonanie o własnej wartości i podobają się sobie niezależnie od tego, jak obleśnie wyglądają. Geje są jeszcze w tym wieku na etapie poszukiwań i starają się podobać potencjalnym partnerom (nie dotyczy to oczywiście gejów typu bear i chubby), więc podejmują wysiłki, by figurę poprawić, a przynajmniej utrzymać. Ta faza trwa jeszcze krócej niż poprzednia.
Kolejny zakręt to wiek 35-36 lat. Ciało z nieznośnym uporem powiększa się, nawet mimo wysiłków, by to zatrzymać. Wtedy trzeba już dużo więcej samozaparcia, żeby zachować poprzedni rozmiar w pasie.
Jak to dalej wygląda jeszcze nie wiem (chwilowo się trzymam), a jak się dowiem, to do tematu powrócę.
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Nad Krutynią ciotek wiele
Koniec wakacji, nie lata
Dziś wróciłem z wakacji.
Jeszcze wczoraj wieszczyłem znajomym koniec lata, ale się myliłem, bo pogoda zmienną jest i powróciła. To miło, choć niestety powróciłem przeziębiony i tym stanem znękany, a światem zewnętrznym mało zainteresowany, bo widzianym tylko zza pokrytych śluzem chusteczek higienicznych, traktowanych niehigienicznie.
Wracam też do pisania wsparty wieścią-niewieścią, czyli dobrym słowem od Häxy, któraż to blog mój skromny czyta i zabawy ma z tego co niemiara.
A byłem ci ja nad Krutynią, gdzie zatopiłem się w świecie muzycznych maniaków, a przy tem ciotek zawołanych. Zawołaniem tegoż forum było “Ludzie!”, ale czytane tak specyficznie, że opisać się tego nie da, tylko ciotka da radę. Z pewnością znajomi wielokrotnie usłyszą to zawołanie w najbliższych dniach.
To tyle, by jakoś zacząć.
Dziś wróciłem z wakacji.
Jeszcze wczoraj wieszczyłem znajomym koniec lata, ale się myliłem, bo pogoda zmienną jest i powróciła. To miło, choć niestety powróciłem przeziębiony i tym stanem znękany, a światem zewnętrznym mało zainteresowany, bo widzianym tylko zza pokrytych śluzem chusteczek higienicznych, traktowanych niehigienicznie.
Wracam też do pisania wsparty wieścią-niewieścią, czyli dobrym słowem od Häxy, któraż to blog mój skromny czyta i zabawy ma z tego co niemiara.
A byłem ci ja nad Krutynią, gdzie zatopiłem się w świecie muzycznych maniaków, a przy tem ciotek zawołanych. Zawołaniem tegoż forum było “Ludzie!”, ale czytane tak specyficznie, że opisać się tego nie da, tylko ciotka da radę. Z pewnością znajomi wielokrotnie usłyszą to zawołanie w najbliższych dniach.
To tyle, by jakoś zacząć.
czwartek, 30 czerwca 2011
Częstochowa, N.M.P.
Cud u Maryi Partenogenezy
W drodze z Krakowa wstąpiliśmy do Częstochowy, przez którą dotąd tylko przejeżdżałem. Oczywiście musiałem obejrzeć cudowny obraz. Niestety w porównaniu z Licheniem jest tam skromnie. I kościół malutki, i kaplica niewielka. W ogóle słabo się w Częstochowie spisali.
Jakiś spodziewał się, że jakaś wiara się we mnie pojawi. Sam przystawiał się do niepolskiego zakonnika, który zupełnie mnie nie brał. Na szczęście zakonnik obcojęzycznie się na Jakisia wypiął… i to wcale nie dupą, jak to te dragqueen zazwyczaj mają.
Mnie urzekły wota. Najlepsze były kule i laski niewidomych. Tyle cudów zupełnie niewyjaśnialnych. Szukałem jakiegoś świadectwa od byłej ciotki, której wiara pomogła zmienić się w heteryka. Nie wypatrzyłem. Nie bardzo wiem, co to mogłoby być. Brązowa róża? Zaschnięty fiutek? Najwyraźniej przegięty, znaczy prześwięty portret na homo nie działa.
A cud? Cudem było, że trafiliśmy do restauracji, gdzie jedzenie dało sie zjeść. Zupełnie niespodziewanie, vivat Cleopatra.
Parę zdjęć dla zachęty do pominięcia Częstochowy.
I parę widoczków z miasta.
W drodze z Krakowa wstąpiliśmy do Częstochowy, przez którą dotąd tylko przejeżdżałem. Oczywiście musiałem obejrzeć cudowny obraz. Niestety w porównaniu z Licheniem jest tam skromnie. I kościół malutki, i kaplica niewielka. W ogóle słabo się w Częstochowie spisali.
Jakiś spodziewał się, że jakaś wiara się we mnie pojawi. Sam przystawiał się do niepolskiego zakonnika, który zupełnie mnie nie brał. Na szczęście zakonnik obcojęzycznie się na Jakisia wypiął… i to wcale nie dupą, jak to te dragqueen zazwyczaj mają.
Mnie urzekły wota. Najlepsze były kule i laski niewidomych. Tyle cudów zupełnie niewyjaśnialnych. Szukałem jakiegoś świadectwa od byłej ciotki, której wiara pomogła zmienić się w heteryka. Nie wypatrzyłem. Nie bardzo wiem, co to mogłoby być. Brązowa róża? Zaschnięty fiutek? Najwyraźniej przegięty, znaczy prześwięty portret na homo nie działa.
A cud? Cudem było, że trafiliśmy do restauracji, gdzie jedzenie dało sie zjeść. Zupełnie niespodziewanie, vivat Cleopatra.
Parę zdjęć dla zachęty do pominięcia Częstochowy.
A potem się zbliżamy.
No i wreszcie najsłynniejsza ludzka pluskwa (od partenogenezy).
I parę widoczków z miasta.
niedziela, 26 czerwca 2011
Kraków, MCK, Pomarańczowa Alternatywa
Tęczowa Alternatywa
Byłem w Bydgoszczy, potem na wsi, teraz w Krakowie. Jakiś mi się tu biesi i odmawia chodzenia na wystawy, a jak już pójdzie to jęczy, że bilet zapłacony, a on wychodzi nieubogacony.
W Bunkrze Sztuki najciekawiej może nie jest, ale projekt przestrzeni (tak nazywa się ten rodzaj sztuki) zrobił na mnie wrażenie. Projekt przygotował: LATALAdesign (Dagmara Latała, Jacek Paździor). Idzie się w całkiem ciemnym labiryncie, w górę i dół, w prawo i lewo, a na samej górze można obejrzeć panoramę okolic Bunkra Sztuki przez peryskop. Darkroom to pryszczyk przy tym labiryncie. Nie dałbym rady, gdyby nie pan oprowadzający. Był baardzo pomocny i przejęty swoją rolą. Z poklepywań, wsparć łatwo się domyśliłem, że popycha mnie w tych ciemnościach całkiem rozentuzjazmowany. Jakiś nie wszedł tam ze mną; i dobrze, pewno by gościowi mordę obił.
Międzynarodowe Centrum Kultury przygotowało wystawę o wrocławskiej Pomarańczowej Alternatywie. Wystawa jest z niedostatkami, ale ciekawa jako przypomnienie tej specyficznej formy walki z systemem. Walki poprzez budowanie absurdu.
Przed, w trakcie i po warszawskiej paradzie przez blogi, fora, witryny przetoczyły sie poważne dyskusje. Zaraz potem e-PiS-kop@ w boskie ciało zapodał swój stosunek do świętości małżeństwa, jako związku osób płci obojga, i tylko obojga. Wszystko toczy się na poważnie.
Wystawa w MCK uświadomiła mi, że tkwimy w oparach absurdu. Chcemy przekonywać różnych PiSowych Giżyńskich, czy PlatfusOwatych Niesiołowskich z Gowinami, że sie mylą, że wolność niejedno ma imię (czy to nie paradoksalne, że ci ludzie walczyli o wolność, której teraz nakładają kajdany?!). Może to nie ma sensu!
Ostatnio widziałem rozmowę Szczuki z Giżyńskim, u Olejnik, o związkach partnerskich właśnie. Kazimiera (którą uwielbiam) była chyba trochę nie w formie, bo mało błyskotliwie reagowała na androny Giżyńskiego. I po co z kimś takim debatować, nie mówiąc o publicznym pokazywaniu się?! Czy uczenie małpy posługiwania się widelcem i nożem ma jakiś sens?
Niecywilizowane poglądy należy obnażyć i wyśmiać. To co? Organizujemy casting na tęczowego majora Waldemara Fydrycha? A może już jest taki?
Byłem w Bydgoszczy, potem na wsi, teraz w Krakowie. Jakiś mi się tu biesi i odmawia chodzenia na wystawy, a jak już pójdzie to jęczy, że bilet zapłacony, a on wychodzi nieubogacony.
W Bunkrze Sztuki najciekawiej może nie jest, ale projekt przestrzeni (tak nazywa się ten rodzaj sztuki) zrobił na mnie wrażenie. Projekt przygotował: LATALAdesign (Dagmara Latała, Jacek Paździor). Idzie się w całkiem ciemnym labiryncie, w górę i dół, w prawo i lewo, a na samej górze można obejrzeć panoramę okolic Bunkra Sztuki przez peryskop. Darkroom to pryszczyk przy tym labiryncie. Nie dałbym rady, gdyby nie pan oprowadzający. Był baardzo pomocny i przejęty swoją rolą. Z poklepywań, wsparć łatwo się domyśliłem, że popycha mnie w tych ciemnościach całkiem rozentuzjazmowany. Jakiś nie wszedł tam ze mną; i dobrze, pewno by gościowi mordę obił.
Międzynarodowe Centrum Kultury przygotowało wystawę o wrocławskiej Pomarańczowej Alternatywie. Wystawa jest z niedostatkami, ale ciekawa jako przypomnienie tej specyficznej formy walki z systemem. Walki poprzez budowanie absurdu.
Przed, w trakcie i po warszawskiej paradzie przez blogi, fora, witryny przetoczyły sie poważne dyskusje. Zaraz potem e-PiS-kop@ w boskie ciało zapodał swój stosunek do świętości małżeństwa, jako związku osób płci obojga, i tylko obojga. Wszystko toczy się na poważnie.
Wystawa w MCK uświadomiła mi, że tkwimy w oparach absurdu. Chcemy przekonywać różnych PiSowych Giżyńskich, czy PlatfusOwatych Niesiołowskich z Gowinami, że sie mylą, że wolność niejedno ma imię (czy to nie paradoksalne, że ci ludzie walczyli o wolność, której teraz nakładają kajdany?!). Może to nie ma sensu!
Ostatnio widziałem rozmowę Szczuki z Giżyńskim, u Olejnik, o związkach partnerskich właśnie. Kazimiera (którą uwielbiam) była chyba trochę nie w formie, bo mało błyskotliwie reagowała na androny Giżyńskiego. I po co z kimś takim debatować, nie mówiąc o publicznym pokazywaniu się?! Czy uczenie małpy posługiwania się widelcem i nożem ma jakiś sens?
Niecywilizowane poglądy należy obnażyć i wyśmiać. To co? Organizujemy casting na tęczowego majora Waldemara Fydrycha? A może już jest taki?
środa, 25 maja 2011
Bytom Katowice miasta ludzie przygody
Prysznic bez zdjęcia
Jeden weekend, a tyle wrażeń. Poza kulturalnymi były także architektoniczno – socjologiczne.
Główna ulica, piękne frontony domów… i walące się, opuszczone oficyny.
Centrum miasta: olbrzymi budynek w niełasce. Porzucony będzie niszczał. Takich widoków nawet w Łodzi nie ma.
Tętniący życiem rynek Bytomia, ha, ha. Po Rynku w Krakowie ten widok nie napawał optymizmem.
Dwa zdjęcia dla których wymyśliłem tytuł „Martwy przepis - żywi ludzie”.
W galerii handlowej „Agora” (o szokujących rozmiarach jak na miasto wielkości Bytomia) pełno było napisów tłumaczących śląski na polski. Ale i tak znaleźliśmy atrakcyjne warianty języka polskiego. „Na lokalu” – boskie!
Była też krótka wizyta w Katowicach. Idzie tam na lepsze, to widać, słychać i czuć. Dworca PKP nie ma już aż po fundamenty, za to jest sześciusetmetrowy tunel pod rondem koło Spodka.
Jest też bar mleczny o światowej nazwie „Europa”, gdzie zjedliśmy zupę szpinakową łyżkami wielkości łyżeczek do herbaty - tzw. zupa w 350 ruchach. Wzięliśmy też po zrazie z kaszą gryczaną i buraczkami. Wszystko bez smaku, za to w cenie 10zł od osoby i w towarzystwie prawdziwych Polaków.
Przeżyliśmy też urokliwą przygodę. Poszedłem w apartamencie pod prysznic, a gdy się pojawił Jakiś, to go wciągnąłem pod intensywny strumień wody. Kiedy podnosiłem się z kolan po adoracji zauważyliśmy, że wody jest nieco więcej niż powinno. Jakiś trzymał drzwi żeby się nie wylewało i zamiast penetracji lochów Watykanu mieliśmy budowanie arki Noego. Pani właścicielka strasznie przepraszała Jakisia, że nie zaznał przyjemności pod prysznicem… nawet nie wiedziała, jak bardzo miała za co przepraszać.
(zdjęcia brak)
Jeden weekend, a tyle wrażeń. Poza kulturalnymi były także architektoniczno – socjologiczne.
Główna ulica, piękne frontony domów… i walące się, opuszczone oficyny.
Centrum miasta: olbrzymi budynek w niełasce. Porzucony będzie niszczał. Takich widoków nawet w Łodzi nie ma.
Tętniący życiem rynek Bytomia, ha, ha. Po Rynku w Krakowie ten widok nie napawał optymizmem.
W galerii handlowej „Agora” (o szokujących rozmiarach jak na miasto wielkości Bytomia) pełno było napisów tłumaczących śląski na polski. Ale i tak znaleźliśmy atrakcyjne warianty języka polskiego. „Na lokalu” – boskie!
Była też krótka wizyta w Katowicach. Idzie tam na lepsze, to widać, słychać i czuć. Dworca PKP nie ma już aż po fundamenty, za to jest sześciusetmetrowy tunel pod rondem koło Spodka.
Jest też bar mleczny o światowej nazwie „Europa”, gdzie zjedliśmy zupę szpinakową łyżkami wielkości łyżeczek do herbaty - tzw. zupa w 350 ruchach. Wzięliśmy też po zrazie z kaszą gryczaną i buraczkami. Wszystko bez smaku, za to w cenie 10zł od osoby i w towarzystwie prawdziwych Polaków.
Przeżyliśmy też urokliwą przygodę. Poszedłem w apartamencie pod prysznic, a gdy się pojawił Jakiś, to go wciągnąłem pod intensywny strumień wody. Kiedy podnosiłem się z kolan po adoracji zauważyliśmy, że wody jest nieco więcej niż powinno. Jakiś trzymał drzwi żeby się nie wylewało i zamiast penetracji lochów Watykanu mieliśmy budowanie arki Noego. Pani właścicielka strasznie przepraszała Jakisia, że nie zaznał przyjemności pod prysznicem… nawet nie wiedziała, jak bardzo miała za co przepraszać.
(zdjęcia brak)
poniedziałek, 7 marca 2011
Trójmiasto i polskie drogi
Trójmiejskie impresje
Wybraliśmy się z Jakisiem do Gdańska. Nasz pobyt w Trójmieście obfitował w wydarzenia, ale po kolei.
Jakby ktoś jechał z Łodzi jedynką, to ostrzegam, że przed Daszyną droga wygląda jak po bombardowaniu w 1939 roku. Na odcinku 20 kilometrów szybkość jest ograniczona do 50 km/h. Dopiero po chwili zrozumiałem czemu samochody przede mną jadą jak kierowane przez pijanych. Zabawa polega na omijaniu kolejnych lejów po bombach.
W sobotę do Sopotu, którego centrum przy monciaku jest w dużej przebudowie, i do Państwowej Galerii Sztuki. Galerię oglądaliśmy jeszcze przed oficjalnym otwarciem, dziś jest już prawie w pełni funkcjonalna. Prezentuje się bardzo nowocześnie.
Wystawa Krzysztofa Gliszczyńskiego ciekawa. Prace zmarłego w 2009 roku Henryka Mądrawskiego przedstawione bezładnie niestety (brak chronologii) i w nadmiarze (ponad 100 prac!).
Potem do restauracji Przystań, słynącej z dań rybnych. Zupa rybaka zdrożała z 12 do 14 złotych, ale i tak skusiliśmy się. Jakiś próbował odtworzyć tę zupę w domu w zeszłym roku, ale bez pełnego powodzenia. Jakby ktoś znał tajniki tej zupy, to proszę dać znać.
Po południu ulica Długa w Gdańsku. Kawiarnia Maraska oferuje cudowną herbatę Admirał, którą połączyliśmy z szarlotką na ciepło z lodami.
Odebraliśmy Papagena z dworca i ruszyły przygotowania do wieczornych atrakcji… o czym kiedy indziej.
Następnego dnia, w niedzielę, wstaliśmy cokolwiek nietrzeźwi. Zaliczyliśmy kilka kawiarni, ponownie Maraskę, i po południu w drogę do Warszawy, skąd w tej chwili do was nadaję.
Ciekawostką na trasie Gdańsk – Warszawa są odcinki drogi które nieoczekiwanie się kończą. Wszystko jest rozgrzebane i wspólnie oceniliśmy, że do 2012 roku, to na pewno tych robót nie zakończą. Jest tam jeden fajny odcinek ze zjazdem w dół, zakrętami i jezdniami rozdzielonymi barierą. Znak informował o 29 zabitych i 95 rannych. Szczęśliwie przeżyliśmy.
Trasę z Łodzi do Gdańska i z Gdańska do Warszawy przejechałem sam, a Toytoy spalał tylko 4,6 litra oleju na 100km.
Foto relacją z różnymi ciekawostkami w filmiku poniżej (niestety bez dźwięku).
Wybraliśmy się z Jakisiem do Gdańska. Nasz pobyt w Trójmieście obfitował w wydarzenia, ale po kolei.
Jakby ktoś jechał z Łodzi jedynką, to ostrzegam, że przed Daszyną droga wygląda jak po bombardowaniu w 1939 roku. Na odcinku 20 kilometrów szybkość jest ograniczona do 50 km/h. Dopiero po chwili zrozumiałem czemu samochody przede mną jadą jak kierowane przez pijanych. Zabawa polega na omijaniu kolejnych lejów po bombach.
W sobotę do Sopotu, którego centrum przy monciaku jest w dużej przebudowie, i do Państwowej Galerii Sztuki. Galerię oglądaliśmy jeszcze przed oficjalnym otwarciem, dziś jest już prawie w pełni funkcjonalna. Prezentuje się bardzo nowocześnie.
Wystawa Krzysztofa Gliszczyńskiego ciekawa. Prace zmarłego w 2009 roku Henryka Mądrawskiego przedstawione bezładnie niestety (brak chronologii) i w nadmiarze (ponad 100 prac!).
Potem do restauracji Przystań, słynącej z dań rybnych. Zupa rybaka zdrożała z 12 do 14 złotych, ale i tak skusiliśmy się. Jakiś próbował odtworzyć tę zupę w domu w zeszłym roku, ale bez pełnego powodzenia. Jakby ktoś znał tajniki tej zupy, to proszę dać znać.
Po południu ulica Długa w Gdańsku. Kawiarnia Maraska oferuje cudowną herbatę Admirał, którą połączyliśmy z szarlotką na ciepło z lodami.
Odebraliśmy Papagena z dworca i ruszyły przygotowania do wieczornych atrakcji… o czym kiedy indziej.
Następnego dnia, w niedzielę, wstaliśmy cokolwiek nietrzeźwi. Zaliczyliśmy kilka kawiarni, ponownie Maraskę, i po południu w drogę do Warszawy, skąd w tej chwili do was nadaję.
Ciekawostką na trasie Gdańsk – Warszawa są odcinki drogi które nieoczekiwanie się kończą. Wszystko jest rozgrzebane i wspólnie oceniliśmy, że do 2012 roku, to na pewno tych robót nie zakończą. Jest tam jeden fajny odcinek ze zjazdem w dół, zakrętami i jezdniami rozdzielonymi barierą. Znak informował o 29 zabitych i 95 rannych. Szczęśliwie przeżyliśmy.
Trasę z Łodzi do Gdańska i z Gdańska do Warszawy przejechałem sam, a Toytoy spalał tylko 4,6 litra oleju na 100km.
Foto relacją z różnymi ciekawostkami w filmiku poniżej (niestety bez dźwięku).
sobota, 19 lutego 2011
Chcemy być nowocześni, Muzeum Narodowe w Warszawie
Nabici w butelkę
Jakoś niewiele się w Warszawie dzieje, to zaciągnąłem Jakisia na Mazowiecką do Domu Artysty Plastyka. Kicha taka, że szkoda czasu. Ale Jakiś słyszał, że w Muzeum Narodowym jest dobra wystawa polskiego designu z lat 1955-1968. Zapłaciliśmy po 17 złociszy od osoby i rozpoczęliśmy zwiedzanie. Pierwsza sala, druga salka…KONIEC?!
Szlag mnie trafił. Wystawa ma aż trzy kuratorki, Anny: Maga, Frąckiewicz i Demska. I co? I gówno. Nie wiem jaki think tank te Panie urządziły, ale góra urodziła mysz, a raczej pryszcz na myszy.
Można obejrzeć kilkanaście mebli, głównie krzeseł, sporo ceramiki i tkanin, trochę plakatów. Sprzętów codziennego użytku jest tyle, co kot napłakał. Nawet głupia pralka Frania prezentowana jest tylko na zdjęciu. Muzeum dysponuje głównie artefaktami produkcji modelowej, a nie masowej. Mieliśmy z Jakisiem nadzieję, że będzie to podróż wspomnieniowa, przypominanie sobie sprzętów i wzorów, jakie pamiętamy z dzieciństwa. Niestety jedyne, co odczuliśmy, to niedosyt. „Gdzie kucharek trzy, się nie popatrzy”. Zabrakło przykładów designu z kuchni, łazienki, biura, sklepu, projektów budynków, urbanistycznych, ubioru, i długo jeszcze wymieniać.
Do tego tytuł „ Chcemy być nowocześni”, a prezentacja typu „Jako kuratorki jesteśmy prymitywne, to nasza pierwsza wystawa i nigdy dotąd żadnej wystawy nie widziałyśmy, ale jesteśmy z siebie zadowolone”.
Szkoda czasu i pieniędzy. A poza tym skandal.
Wzruszyła nas suszarka do włosów Fama. Obaj pamiętaliśmy ten model z naszych domów. Fotele z prętów obciągniętych linkami z tworzyw sztucznych. Niektóre wzory na tkaninach i ceramice pamiętaliśmy z dawnych lat, a jeden z prezentowanych rodzajów foteli Jakiś ma do dziś.
Czy w Waszych domach zachowały się jeszcze jakieś sprzęty produkcji masowej z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych?
Jakoś niewiele się w Warszawie dzieje, to zaciągnąłem Jakisia na Mazowiecką do Domu Artysty Plastyka. Kicha taka, że szkoda czasu. Ale Jakiś słyszał, że w Muzeum Narodowym jest dobra wystawa polskiego designu z lat 1955-1968. Zapłaciliśmy po 17 złociszy od osoby i rozpoczęliśmy zwiedzanie. Pierwsza sala, druga salka…KONIEC?!
Suszarka "Fama"
fot. archiwumallegro.pl (opis: zabytkowa suszarka, cena: 10zł)
Szlag mnie trafił. Wystawa ma aż trzy kuratorki, Anny: Maga, Frąckiewicz i Demska. I co? I gówno. Nie wiem jaki think tank te Panie urządziły, ale góra urodziła mysz, a raczej pryszcz na myszy.
Można obejrzeć kilkanaście mebli, głównie krzeseł, sporo ceramiki i tkanin, trochę plakatów. Sprzętów codziennego użytku jest tyle, co kot napłakał. Nawet głupia pralka Frania prezentowana jest tylko na zdjęciu. Muzeum dysponuje głównie artefaktami produkcji modelowej, a nie masowej. Mieliśmy z Jakisiem nadzieję, że będzie to podróż wspomnieniowa, przypominanie sobie sprzętów i wzorów, jakie pamiętamy z dzieciństwa. Niestety jedyne, co odczuliśmy, to niedosyt. „Gdzie kucharek trzy, się nie popatrzy”. Zabrakło przykładów designu z kuchni, łazienki, biura, sklepu, projektów budynków, urbanistycznych, ubioru, i długo jeszcze wymieniać.
Pralka "Frania"
fot. wiadomosci.gazeta.pl
Do tego tytuł „ Chcemy być nowocześni”, a prezentacja typu „Jako kuratorki jesteśmy prymitywne, to nasza pierwsza wystawa i nigdy dotąd żadnej wystawy nie widziałyśmy, ale jesteśmy z siebie zadowolone”.
Szkoda czasu i pieniędzy. A poza tym skandal.
Wzruszyła nas suszarka do włosów Fama. Obaj pamiętaliśmy ten model z naszych domów. Fotele z prętów obciągniętych linkami z tworzyw sztucznych. Niektóre wzory na tkaninach i ceramice pamiętaliśmy z dawnych lat, a jeden z prezentowanych rodzajów foteli Jakiś ma do dziś.
Czy w Waszych domach zachowały się jeszcze jakieś sprzęty produkcji masowej z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych?
sobota, 15 stycznia 2011
Odwilż, Matiz, getto
Matizem poza getto
Po uwerturze zimowej zostało mi na drzwiach wgniecenie i rysy na zderzaku. Samochód powędrował do blacharza, a ja przesiadłem się w czerwonego Matiza, jako samochodu zastępczego. To niewiarygodne, ale ta konserwa miała lepsze przyspieszenie od mojego auta. Możliwości parkowania tym samochodzikiem ujęły mnie. Niestety, jak to z samochodami zastępczymi bywa hamulce były w nim takie nie do końca. Jeździłem z żołądkiem w gardle. Szczęście, że moje kursowanie tym pojazdem przypadło na nadal trwającą odwilż.
A propos odwilży. Nie pamiętam stycznia z temperaturami sięgającymi 11 stopni na plusie. Owszem zdarzało się to w lutym, ale w styczniu!
Ponad tydzień temu wyskoczyłem na miasto z Krową Morską i Hiszpanem. Zjedliśmy smacznie w Presto, a potem zaprowadzili mnie do małego klubiku "Owoce i Warzywa" przy Traugutta. Owszem, nie można tam palić, ale atmosfera jest miła, wybór napojów i alkoholi spory, ceny umiarkowane, ludzie sympatyczni. Pogadaliśmy sobie o różnych sprawach mniej i bardziej ważnych, bez skrępowania w doborze tematów. Gejowski wspominał mi ostatnio, że poszedł do Narraganset z zamiarem zaszycia się w ciszy (ja bym tego ciszą nie nazwał) pubu. A tu niespodzianka, Narraganset pub jest zamknięty, gdy czynna jest dyskoteka. Szkoda, że nie ma o tym informacji na stronie klubu. Art Cafe ze względu na chorobę współwłaścicielki nadal jest nie do końca otwarte. Szkoda, bo ten lokal był fajną alternatywą.
Wniosek jest prosty, zacznijmy chodzić do innych klubów zamiast zamykania się w wątpliwej proweniencji gettach.
Jestem do niedzieli w Warszawie. Jutro będzie notka z wystawy Katarzyny Kozyry.
Po uwerturze zimowej zostało mi na drzwiach wgniecenie i rysy na zderzaku. Samochód powędrował do blacharza, a ja przesiadłem się w czerwonego Matiza, jako samochodu zastępczego. To niewiarygodne, ale ta konserwa miała lepsze przyspieszenie od mojego auta. Możliwości parkowania tym samochodzikiem ujęły mnie. Niestety, jak to z samochodami zastępczymi bywa hamulce były w nim takie nie do końca. Jeździłem z żołądkiem w gardle. Szczęście, że moje kursowanie tym pojazdem przypadło na nadal trwającą odwilż.
A propos odwilży. Nie pamiętam stycznia z temperaturami sięgającymi 11 stopni na plusie. Owszem zdarzało się to w lutym, ale w styczniu!
Ponad tydzień temu wyskoczyłem na miasto z Krową Morską i Hiszpanem. Zjedliśmy smacznie w Presto, a potem zaprowadzili mnie do małego klubiku "Owoce i Warzywa" przy Traugutta. Owszem, nie można tam palić, ale atmosfera jest miła, wybór napojów i alkoholi spory, ceny umiarkowane, ludzie sympatyczni. Pogadaliśmy sobie o różnych sprawach mniej i bardziej ważnych, bez skrępowania w doborze tematów. Gejowski wspominał mi ostatnio, że poszedł do Narraganset z zamiarem zaszycia się w ciszy (ja bym tego ciszą nie nazwał) pubu. A tu niespodzianka, Narraganset pub jest zamknięty, gdy czynna jest dyskoteka. Szkoda, że nie ma o tym informacji na stronie klubu. Art Cafe ze względu na chorobę współwłaścicielki nadal jest nie do końca otwarte. Szkoda, bo ten lokal był fajną alternatywą.
Wniosek jest prosty, zacznijmy chodzić do innych klubów zamiast zamykania się w wątpliwej proweniencji gettach.
Jestem do niedzieli w Warszawie. Jutro będzie notka z wystawy Katarzyny Kozyry.
czwartek, 16 grudnia 2010
Opera Nova "Napój milosny" Gaetano Donizetti Krzysztof Nazar
Pogwizdałoby się
Rafał Songan fot. Opera Śląska
Zaczęliśmy od budowanej przez 25 lat Opera Nova w Bydgoszczy. Zupełnie nie wiem czemu, ale ani budynek, ani wnętrza Jakisia nie zachwyciły. Szału może nie ma, ale sala ma dobrą akustykę (jeszcze lepszą ma bydgoska filharmonia, gdzie nagrywa płyty Deutsche Grammophon), widownia jest fajnie usytuowana, kuluary są ładne i wszystko nadal tchnie świeżością.
Repertuar opery skąpy, około trzech spektakli miesięcznie, w tym okropny balet dla dzieci Bogdana Pawłowskiego "Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków".
Niestety "Napój miłosny" Gaetano Donizettiego w reżyserii Krzysztofa Nazara mnie nie zachwycił. Scenę wyłożono deskami, po których wszyscy śpiewacy truchtali w tę i nazad z sobie i reżyserowi tylko znanych powodów. Ten turkot niejednokrotnie zagłuszał i muzykę i śpiew.
Śpiewacy popisówy też nie dali. Katarzyna Oleś-Blacha w roli Adiny nie raczyła wyciągać dźwięków. Lepiej śpiewała Aleksandra Pliszka w roli Gianetty.
Przejmująco śpiewał Pavlo Tolstoy w tenorowej roli Nemorina. Jakiś aż rozklaskał salę po arii łez (Una furtiva lagrami - tłumacz Google nie chce mi tego przetłumaczyć ;( O dziwo podziałało to na Oleś-Blachę i się zaczęła starać. Ale sucz wyczuła sytuację i na koniec wyszła do publiczności z Tolstoyem, słusznie sądząc, że to on był bohaterem wieczoru.
Na całej linii zawiódł baryton - absolwent Państwowej Szkoły Muzycznej w Łodzi Rafał Songan, jako Belcore. Chyba jakaś niedyspozycja mu się trafiła, bo ledwo go było słychać. Także można było tylko podziwiać figurę tego atrakcyjnego faceta - fajnie by było zobaczyć go na scenie z nagim torsem.
Opera została wystawiona tak, że tylko z nazwy można się domyślić, że jest komiczna. Tradycyjnie na scenę coś musiało wjechać - tym razem był to furgon, ale pchany. W czasie poprzedniej mojej wizyty w tej operze, na "Hrabinie Maricy", wjechał powóz zaprzężony w dwa konie - dało to wtedy asumpt do niekończących się dyskusji, co by się stało, gdyby konie się zesrały.
Publiczność bydgoska chłodna i mało zaangażowana. Przy okazji, czy jest ktoś, kto mnie i Jakisia nauczy gwizdać na palcach?
piątek, 29 października 2010
„Essential Killing” – Jerzy Skolimowski (72 l.), Vincent Gallo (48 l.)
2nieprosty: Jeśli masz możliwość, to koniecznie przejdź się na tę wystawę i obowiązkowo obejrzyj prezentowany tam film (jakieś pół godziny) oraz poczytaj opisy do poszczególnych członków grupy. Mnie najbardziej urzekła wzmianka, że córka siostry Virginii Woolf dopiero gdy dorosła dowiedziała się kim był jej ojciec, co nie przeszkodziło jej związać się z byłym kochankiem tegoż ojca.
2Daniel: Niestety rzadko mam dostęp do Internetu. Robię co mogę.
Homo homini lupus est
Jestem u Jakisia (emocjonalnie 16 l.) na kilka dni. Wczoraj jako atrakcję pierwszego wieczoru wybrał „Essential Killing”. Film krótki, ale mnie się dłużył. Taki ekstremalny survival, w którym główny bohater jako zwierzyna łowna jest bez szans, ale przedłuża swą własną agonię z uporem godnym lepszej sprawy.
Film jest też maksymalnie oszczędny. Jednorodne kolory pustyni i białego zimowego lasu, czerwień więziennego uniformu i czerwień krwi na kombinezonie i grzywie konia tworzą kolorystyczną klamrę. Niebieski, jak z popularnych wizerunków bozi, pojawia się kilka razy we wspomnieniach i omamach. Film pełen jest symboliki (pies, biały koń). Nie wiem, czy to przypadkowe zestawienie kolorystyczne, czy jakieś nawiązanie do Kieślowskiego.
Niebieski – wspomnienia, dom – przeszłość
Biały – wrogi świat, walka o przetrwanie – chęć zemsty
Czerwony – śmierć – przypadek
W filmie można odnaleźć całkowite zaprzeczenie Wolności, Równości i Braterstwa.
Główny bohater ma w ogóle mnóstwo szczęścia, los cały czas mu sprzyja i jest to dosyć irytujące. Więcej, widz wie co się wydarzy dalej, bo każde istotne zdarzenie jest wcześniej migawkowo sygnalizowane. Nie bardzo wiem po co, bo zaskoczenia przez to nie ma żadnego. Mohammed (Vincent Gallo) nie wypowiada ani jednego słowa. I dobrze, bo cóż mógłby nam powiedzieć? Że mu zimno, jest głodny, nie wie gdzie uciekać?
Skolimowski ewidentnie nawiązuje do polityki. Wie, że CIA, czy inne amerykańskie służby przetrzymywały swoich więźniów w Polsce.
Dosyć przejmująca jest pierwsza scena ucieczkowa, gdy Mohammed, traktowany jak zwierzę i zwierzęciu mentalnie bliski zabija jednego ze swoich prześladowców, który właśnie dowiaduje się, że urodziły mu się bliźniaki – długo się tą nowiną nie nacieszył. Dalej widać, że to tylko pozory, że „dobrzy” ścigają „złego”. Zezwierzęcenie jest po obu stronach, a my żyjemy wśród kruchych pozorów cywilizacji.
2Daniel: Niestety rzadko mam dostęp do Internetu. Robię co mogę.
Homo homini lupus est
Jestem u Jakisia (emocjonalnie 16 l.) na kilka dni. Wczoraj jako atrakcję pierwszego wieczoru wybrał „Essential Killing”. Film krótki, ale mnie się dłużył. Taki ekstremalny survival, w którym główny bohater jako zwierzyna łowna jest bez szans, ale przedłuża swą własną agonię z uporem godnym lepszej sprawy.
Film jest też maksymalnie oszczędny. Jednorodne kolory pustyni i białego zimowego lasu, czerwień więziennego uniformu i czerwień krwi na kombinezonie i grzywie konia tworzą kolorystyczną klamrę. Niebieski, jak z popularnych wizerunków bozi, pojawia się kilka razy we wspomnieniach i omamach. Film pełen jest symboliki (pies, biały koń). Nie wiem, czy to przypadkowe zestawienie kolorystyczne, czy jakieś nawiązanie do Kieślowskiego.
Niebieski – wspomnienia, dom – przeszłość
Biały – wrogi świat, walka o przetrwanie – chęć zemsty
Czerwony – śmierć – przypadek
W filmie można odnaleźć całkowite zaprzeczenie Wolności, Równości i Braterstwa.
Główny bohater ma w ogóle mnóstwo szczęścia, los cały czas mu sprzyja i jest to dosyć irytujące. Więcej, widz wie co się wydarzy dalej, bo każde istotne zdarzenie jest wcześniej migawkowo sygnalizowane. Nie bardzo wiem po co, bo zaskoczenia przez to nie ma żadnego. Mohammed (Vincent Gallo) nie wypowiada ani jednego słowa. I dobrze, bo cóż mógłby nam powiedzieć? Że mu zimno, jest głodny, nie wie gdzie uciekać?
Skolimowski ewidentnie nawiązuje do polityki. Wie, że CIA, czy inne amerykańskie służby przetrzymywały swoich więźniów w Polsce.
Dosyć przejmująca jest pierwsza scena ucieczkowa, gdy Mohammed, traktowany jak zwierzę i zwierzęciu mentalnie bliski zabija jednego ze swoich prześladowców, który właśnie dowiaduje się, że urodziły mu się bliźniaki – długo się tą nowiną nie nacieszył. Dalej widać, że to tylko pozory, że „dobrzy” ścigają „złego”. Zezwierzęcenie jest po obu stronach, a my żyjemy wśród kruchych pozorów cywilizacji.
poniedziałek, 27 września 2010
Muzeum Chopina, Zamek Ostrogskich
Interaktywna kicha
Wraz z Jakisiem i Papagenem oraz ciekawością wybraliśmy się do muzeum Chopina. Cena biletu (21 złotych) dosyć zaskakująca, jak na miejsce, które ma być tłumnie odwiedzane. Sam Pałac Ostrogskich pięknie odbudowany. Kpimy z Amerykanów, że w jakimś Las Vegas, czy innych miejscach budują kopie różnych światowych zabytków architektury. Warszawskie zabytki nie są niczym innym, jak rekonstrukcjami. Pamiętam, jak zszokowała mnie informacja, że warszawska starówka została zbudowana z cegieł z epoki, bo tak wymagali konserwatorzy zabytków. Ci sami konserwatorzy nie mieli problemu z tym, że cegły pochodziły z kamienic z Nysy, które same w sobie już zabytkami były. Ale OK, ów pałac został wybudowany na nowo i znalazł swoją nową funkcję (wolę nie myśleć skąd wzięto cegły).
Zupełnym przypadkiem byłem w tym roku w Żelazowej Woli po weekendzie u Odetty-Otylii. Nudno w tym chopinowskim skansenie było straszliwie. Można pochodzić po parku, bo więcej do oglądania tam nie ma. Przyszła burza i nas z Jakisiem wygoniła, co przyjęliśmy z ulgą.
Zapewne w warszawskim Muzeum Chopina miało być bardziej interesująco. Jest tak sobie. Organizatorzy nastawili się na interaktywność. I jest interaktywnie. Niestety sporo interaktywnych zabawek nie działa, albo działa upierdliwie słabo, albo są nudne. Do tego są przeznaczone tylko dla jednego użytkownika. Kolejna osoba musi czekać... albo zaburzyć sobie tok zwiedzania. Idei muzeum nie bardzo daje się uchwycić. Jest nudne i niczego nie wnosi, mimo włożonych wysiłków w nowoczesność prezentacji. Do tego uroda odbudowanego pałacu jest skutecznie zasłonięta ekspozycyjnymi instalacjami.
Odradzam odwiedzanie tego interaktywnego mauzoleum.
Wraz z Jakisiem i Papagenem oraz ciekawością wybraliśmy się do muzeum Chopina. Cena biletu (21 złotych) dosyć zaskakująca, jak na miejsce, które ma być tłumnie odwiedzane. Sam Pałac Ostrogskich pięknie odbudowany. Kpimy z Amerykanów, że w jakimś Las Vegas, czy innych miejscach budują kopie różnych światowych zabytków architektury. Warszawskie zabytki nie są niczym innym, jak rekonstrukcjami. Pamiętam, jak zszokowała mnie informacja, że warszawska starówka została zbudowana z cegieł z epoki, bo tak wymagali konserwatorzy zabytków. Ci sami konserwatorzy nie mieli problemu z tym, że cegły pochodziły z kamienic z Nysy, które same w sobie już zabytkami były. Ale OK, ów pałac został wybudowany na nowo i znalazł swoją nową funkcję (wolę nie myśleć skąd wzięto cegły).
Zupełnym przypadkiem byłem w tym roku w Żelazowej Woli po weekendzie u Odetty-Otylii. Nudno w tym chopinowskim skansenie było straszliwie. Można pochodzić po parku, bo więcej do oglądania tam nie ma. Przyszła burza i nas z Jakisiem wygoniła, co przyjęliśmy z ulgą.
Zapewne w warszawskim Muzeum Chopina miało być bardziej interesująco. Jest tak sobie. Organizatorzy nastawili się na interaktywność. I jest interaktywnie. Niestety sporo interaktywnych zabawek nie działa, albo działa upierdliwie słabo, albo są nudne. Do tego są przeznaczone tylko dla jednego użytkownika. Kolejna osoba musi czekać... albo zaburzyć sobie tok zwiedzania. Idei muzeum nie bardzo daje się uchwycić. Jest nudne i niczego nie wnosi, mimo włożonych wysiłków w nowoczesność prezentacji. Do tego uroda odbudowanego pałacu jest skutecznie zasłonięta ekspozycyjnymi instalacjami.
Odradzam odwiedzanie tego interaktywnego mauzoleum.
wtorek, 21 września 2010
Teatr Rozmaitości "Metafizyka dwugłowego cielęcia" Michał Borczuch
Przed zażyciem spektaklu przeczytaj recenzje
W dzień po premierze z Papagenem, Papageną i Jakisiem wylądowaliśmy na powyższym spektaklu w Warszawie. O czym jest tutaj.
Nie zdarzyło mi się wcześniej być w tym teatrze. Bilety mieliśmy po 60 złotych za pierwszą strefę. Fotele, a raczej rodzaj składanych krzeseł, do najwygodniejszych nie należały. Do tego nieco powyżej linii wzroku mieliśmy czarną belkę przysłaniającą widok. Nie zasłaniało to sceny, ale było trochę irytujące. W perspektywie mieliśmy trwające 2 godziny 15 minut przedstawienie. Teatr ma się za jakiś czas przenieść, w miejsce o lepszych warunkach... i chyba dopiero wtedy znowu nabiorę chęci, by się tam wybrać.
Spektakl miał wynagrodzić nasze cierpienia. Nie wynagrodził. Większego koszmaru już dawno nie przeżyłem. Spektakl został położony całkowicie. Michał Borczuch (rocznik 1979) powinien się trzymać jak najdalej od Witkacego. Mam również wątpliwości, czy dalsze jego realizowanie się jako reżyser ma sens. Kilka osób wyszło z sali w połowie spektaklu. My dosiedzieliśmy do końca nie szczędząc nieprzyjemnych komentarzy. Odczuwalny czas trwania spektaklu to jakieś sześć godzin. Żeby jeszcze Borczuch rozebrał - co ma w zwyczaju - jakiegoś przystojnego aktora. Nie, rozebrał jakąś małodupną chudzinę!
W dzień po premierze z Papagenem, Papageną i Jakisiem wylądowaliśmy na powyższym spektaklu w Warszawie. O czym jest tutaj.
Nie zdarzyło mi się wcześniej być w tym teatrze. Bilety mieliśmy po 60 złotych za pierwszą strefę. Fotele, a raczej rodzaj składanych krzeseł, do najwygodniejszych nie należały. Do tego nieco powyżej linii wzroku mieliśmy czarną belkę przysłaniającą widok. Nie zasłaniało to sceny, ale było trochę irytujące. W perspektywie mieliśmy trwające 2 godziny 15 minut przedstawienie. Teatr ma się za jakiś czas przenieść, w miejsce o lepszych warunkach... i chyba dopiero wtedy znowu nabiorę chęci, by się tam wybrać.
Spektakl miał wynagrodzić nasze cierpienia. Nie wynagrodził. Większego koszmaru już dawno nie przeżyłem. Spektakl został położony całkowicie. Michał Borczuch (rocznik 1979) powinien się trzymać jak najdalej od Witkacego. Mam również wątpliwości, czy dalsze jego realizowanie się jako reżyser ma sens. Kilka osób wyszło z sali w połowie spektaklu. My dosiedzieliśmy do końca nie szczędząc nieprzyjemnych komentarzy. Odczuwalny czas trwania spektaklu to jakieś sześć godzin. Żeby jeszcze Borczuch rozebrał - co ma w zwyczaju - jakiegoś przystojnego aktora. Nie, rozebrał jakąś małodupną chudzinę!
sobota, 18 września 2010
Naoczne dowody
Zdjęcia z Southampton
Jeśli ktoś jest ciekaw, to na facebooku moja znajoma otagowała mnie na kilku zdjęciach. Szczęśliwie nie są to te najbardziej kompromitujące zdjęcia. Kto ciekaw i mnie zna, to zapraszam do obejrzenia.
Jeśli ktoś jest ciekaw, to na facebooku moja znajoma otagowała mnie na kilku zdjęciach. Szczęśliwie nie są to te najbardziej kompromitujące zdjęcia. Kto ciekaw i mnie zna, to zapraszam do obejrzenia.
poniedziałek, 13 września 2010
Sopot we wrześniu
Złota polska nad morzem
Wróciłem z Southampton, ale jestem już w Sopocie. Pogoda wspaniała, woda nawet ciepła, choć do kąpieli już się nie nadaje. Jakiś wynalazł taki apartament, że mieszkańcy Grand Hotelu, czy Sheratona mogą się czuć jak ubodzy krewni. No bo imaginujcie sobie: budynek na plaży, 50 metrów od brzegu morza, 200 metrów od sopockiego mola, pokój z aneksem kuchennym, z antresolą i całą szklaną ścianą (6mx6m) wychodzącą na morze plus balkon. Rano słońce nie dało nam spać, ale to dlatego, że uparłem się żeby odsłonić wszystkie żaluzje. Do tego spokój, cisza, posh do kwadratu. Zadzwoniłem do siostry, żeby się pochwalić - doceniła. Metka olała mnie, a Gejowski zbył. Kurwa, rzadko się czymś chwalę, bo przecież zasadniczo nie ma czym, ale jednak czasem coś się zdarza i uwierzcie, że tym razem było czym. A tu taki afront. No trudno, przeżyję.
Ale ja nie tylko o tym. W trakcie pobytu przypadkiem zupełnym zostałem przedstawiony tutejszemu prezydentowi Jackowi Karnowskiemu. W sumie nic wielkiego, człowiek, jak człowiek, nawet miły, choć jakby trochę nieobecny. Przynajmniej takie miałem wrażenie. O co chodzi zrozumiałem dopiero wieczorem oglądając TVPInfo - na przewijanym pasku nie było innych informacji, jak tylko te o poparciu kandydatury Jacka Karnowskiego na prezydenta Sopotu przez PO i kontrowersjach, jakie to wzbudza. Facet jest na czołówkach gazet i telezwizji, a ja tu taki znikąd, ocieram się o wielką politykę. Dodam, że mając wybór między Międzyzdrojami (gdzie z Gejowskim i Metką spędziliśmy upiorne tygodnie), a Sopotem, wiem, że już nigdy nie wyjadę do Międzyzdrojów - oferta Sopotu jest niesamowita. Tu da się żyć! A ten gość jest autorem moich dobrych wrażeń.
Buziaki dla wszystkich!
Zdjęcia dołączę, a tymczasem dokładna lokalizacja super apartamentu (punkt A) - zwróćcie uwagę, gdzie jest Grand Hotel:
Wyświetl większą mapę
Proszę oto trzy zdjęcia: widok z zewnęki (widać to olbrzymie okno), widok z balkonu (w tle molo) i wnętrze (po prawej sypialnia, a łazienka w głębi).
Wróciłem z Southampton, ale jestem już w Sopocie. Pogoda wspaniała, woda nawet ciepła, choć do kąpieli już się nie nadaje. Jakiś wynalazł taki apartament, że mieszkańcy Grand Hotelu, czy Sheratona mogą się czuć jak ubodzy krewni. No bo imaginujcie sobie: budynek na plaży, 50 metrów od brzegu morza, 200 metrów od sopockiego mola, pokój z aneksem kuchennym, z antresolą i całą szklaną ścianą (6mx6m) wychodzącą na morze plus balkon. Rano słońce nie dało nam spać, ale to dlatego, że uparłem się żeby odsłonić wszystkie żaluzje. Do tego spokój, cisza, posh do kwadratu. Zadzwoniłem do siostry, żeby się pochwalić - doceniła. Metka olała mnie, a Gejowski zbył. Kurwa, rzadko się czymś chwalę, bo przecież zasadniczo nie ma czym, ale jednak czasem coś się zdarza i uwierzcie, że tym razem było czym. A tu taki afront. No trudno, przeżyję.
Ale ja nie tylko o tym. W trakcie pobytu przypadkiem zupełnym zostałem przedstawiony tutejszemu prezydentowi Jackowi Karnowskiemu. W sumie nic wielkiego, człowiek, jak człowiek, nawet miły, choć jakby trochę nieobecny. Przynajmniej takie miałem wrażenie. O co chodzi zrozumiałem dopiero wieczorem oglądając TVPInfo - na przewijanym pasku nie było innych informacji, jak tylko te o poparciu kandydatury Jacka Karnowskiego na prezydenta Sopotu przez PO i kontrowersjach, jakie to wzbudza. Facet jest na czołówkach gazet i telezwizji, a ja tu taki znikąd, ocieram się o wielką politykę. Dodam, że mając wybór między Międzyzdrojami (gdzie z Gejowskim i Metką spędziliśmy upiorne tygodnie), a Sopotem, wiem, że już nigdy nie wyjadę do Międzyzdrojów - oferta Sopotu jest niesamowita. Tu da się żyć! A ten gość jest autorem moich dobrych wrażeń.
Buziaki dla wszystkich!
Zdjęcia dołączę, a tymczasem dokładna lokalizacja super apartamentu (punkt A) - zwróćcie uwagę, gdzie jest Grand Hotel:
Wyświetl większą mapę
Proszę oto trzy zdjęcia: widok z zewnęki (widać to olbrzymie okno), widok z balkonu (w tle molo) i wnętrze (po prawej sypialnia, a łazienka w głębi).
sobota, 4 września 2010
Southampton - impreza
OdSwietna Teresa rusza w teren
Od wczoraj do niedzieli imprezuje w Southampton. W niedziele bede w klubie gejowskim 'Magnum' - zdaje sie jedynym takim tutaj. Jakby co, to chyba latwo bedzie mnie poznac, wystarczy pytac ;)
Od wczoraj do niedzieli imprezuje w Southampton. W niedziele bede w klubie gejowskim 'Magnum' - zdaje sie jedynym takim tutaj. Jakby co, to chyba latwo bedzie mnie poznac, wystarczy pytac ;)
piątek, 13 sierpnia 2010
Z czym do jeża!?
Cały jeden dzień (dziś) krzyżem leżę w Łodzi. Z wybrzeża wróciłem. Było super, ale... Jeżdżenie nad polskie morze jest zupełnie bez sensu. Przypadkiem pogoda była, ale ile można wytrzymać na plaży bez odrobiny choćby cienia, a jedyną szansę na ochłodę daje morze o temperaturze stosownej dla niedźwiedzi polarnych! Mieszkałem w skansenie, czyli w domku z dykty z toaletami i prysznicami dostępnymi publicznie i wyłącznie dzięki temu, że ludzie już tam nie jeżdżą. A ci, co jeżdżą, to ludzie szarzy, smutni i bez życia. Jednego wolniejszego wieczoru w dwóch knajpach usiłowałem rozkręcić imprezę... bez efektu. Porównałem ceny.
Tunezja w sezonie (hotel, pogoda, własna łazienka, egzotyka, klimatyzacja, codzienne sprzątanie pokoju, wyżywienie i alkohole, parasole na plazy, ciepłe morze) to bez dojazdu 150zł za dobę.
Nad Bałtykiem w sezonie (domek z dykty, pogoda w kratkę, łazienka publiczna, polskie mordy, klima a la przeciąg, sam sobie posprzątaj, sam ugotuj lub zjedz w smażalni, alko w sklepie, ale w domku brak lodówki, zero parasoli na plaży, na którą trzeba dojechać samochodem, żeby nie iść 2 kilosy, morze na którym tylko kry brakuje i brudne) to bez dojazdu 100zł za dobę i to skromnie żyjąc.
Bałtyk można wybrać jak się ma ukochanego psa. I jak się lubi długie spacery brzegiem.
Atrakcją byli niektórzy wyselekcjonowani ludzie. Bo czy nie jest miłe, gdy znany reżyser zaprasza na obiad, albo prezydent miasta siedzi ekskluzywnie na kanapie w living roomie mojego domku z dykty i pije ze mną wódkę? Był też motocyklista. Mmmm, jaki męski, do schrupania na miejscu. Dobrze, że byłem najedzony.
A na dodatek Atlas Arena to domek dla lalek w porównaniu z halą między Sopotem, a Gdańskiem.
Tunezja w sezonie (hotel, pogoda, własna łazienka, egzotyka, klimatyzacja, codzienne sprzątanie pokoju, wyżywienie i alkohole, parasole na plazy, ciepłe morze) to bez dojazdu 150zł za dobę.
Nad Bałtykiem w sezonie (domek z dykty, pogoda w kratkę, łazienka publiczna, polskie mordy, klima a la przeciąg, sam sobie posprzątaj, sam ugotuj lub zjedz w smażalni, alko w sklepie, ale w domku brak lodówki, zero parasoli na plaży, na którą trzeba dojechać samochodem, żeby nie iść 2 kilosy, morze na którym tylko kry brakuje i brudne) to bez dojazdu 100zł za dobę i to skromnie żyjąc.
Bałtyk można wybrać jak się ma ukochanego psa. I jak się lubi długie spacery brzegiem.
Atrakcją byli niektórzy wyselekcjonowani ludzie. Bo czy nie jest miłe, gdy znany reżyser zaprasza na obiad, albo prezydent miasta siedzi ekskluzywnie na kanapie w living roomie mojego domku z dykty i pije ze mną wódkę? Był też motocyklista. Mmmm, jaki męski, do schrupania na miejscu. Dobrze, że byłem najedzony.
A na dodatek Atlas Arena to domek dla lalek w porównaniu z halą między Sopotem, a Gdańskiem.
sobota, 5 czerwca 2010
Licheń
W bożocielny dzień 3 czerwca roku pańskiego 2010 wraz z Jakisiem, Metką Boską i Gwiazdą w pokucie za niezawinione grzechy udaliśmy się do Lichenia. Nasz dobry Pan Bóg nie ułatwiał nam tego bożego dzieła.
Śmiało podążyliśmy do wjazdu na autostradę w Emilii, gdzie okazało się, że wjazd jest nieczynny. Metka Boska nawtykał telefonicznie odpowiednim służbom. W Koninie po drodze krajowej spory tłumek szedł za jakąś drag queen słaniającą się pod ciężarem pozłacanego kielicha. Spróbowaliśmy to jakoś objechać, ale nie udało się. Metka Boska postawił na baczność cała policję w regionie. Właściwie to dziwne, że nas nie aresztowali za zakłócanie spokoju.
Gwiazda i Jakiś już Licheń widzieli. Dla mnie i Metki było to przeżycie mistyczne. Kto nie był tam nie wyobrazi sobie ile szkół i szpitali można by wybudować za to, co tam wyrosło. Pojedźcie i zobaczcie ile można zdziałać bazując na iluzji, czczych obietnicach i zwyczajnym kłamstwie.
Filmik choć częściowo oddaje, co zobaczyliśmy. Obejrzyjcie na pełnym ekranie.
Śmiało podążyliśmy do wjazdu na autostradę w Emilii, gdzie okazało się, że wjazd jest nieczynny. Metka Boska nawtykał telefonicznie odpowiednim służbom. W Koninie po drodze krajowej spory tłumek szedł za jakąś drag queen słaniającą się pod ciężarem pozłacanego kielicha. Spróbowaliśmy to jakoś objechać, ale nie udało się. Metka Boska postawił na baczność cała policję w regionie. Właściwie to dziwne, że nas nie aresztowali za zakłócanie spokoju.
Gwiazda i Jakiś już Licheń widzieli. Dla mnie i Metki było to przeżycie mistyczne. Kto nie był tam nie wyobrazi sobie ile szkół i szpitali można by wybudować za to, co tam wyrosło. Pojedźcie i zobaczcie ile można zdziałać bazując na iluzji, czczych obietnicach i zwyczajnym kłamstwie.
Filmik choć częściowo oddaje, co zobaczyliśmy. Obejrzyjcie na pełnym ekranie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


