Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jakiś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jakiś. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 marca 2014

Podsłuchane

No nie!

Z powododów banalnych, w tym ekonomicznych do pracy podróżuję komunikacją miejską. Wczoraj akurat miałem okazję rano i po południu doświadczyć rozmów telefonicznych współpasażerów. W czasach, gdy każdy ma i wozi ze sobą własną budkę telefoniczną - ktoś pamięta co to budka telefoniczna? - siłą rzeczy prywatne rozmowy stają się rozmowami publicznymi. To nasłuchiwałem.

Rozmowy były banalne, ich treść nie zasługuje na to bym coś zacytował. Jednak nasłuchiwałem.

Zwróciło moją uwagę nadużywanie jednego słowa. Po powrocie do domu zapytałem Jakisia jakiego słowa Polacy najczęściej używają w rozmowach telefonicznych. Rzucił, że "kurwa". Pudło, wcale nie. W obu rozmowach słowo to padło raptem raz. Kolejnym strzałem Jakisia było "dokładnie". Też pudło. Może i padło, ale nie dominowało jak to, które wychwyciłem. Trzeci strzał Jakisia brzmiał "OK". Pudło w pudle, bo nie padło ani razu.

Dominującym w wypowiedziach słowem było "no". Rano w kilkuminutowej romowie padło 16 razy, a po południu w podobnie długiej rozmowie 25 razy.

"No dobra", "no nie", "no ale" - było tego mnóstwo.

"No" jest partykułą.

Za wiki:
Partykuła – niesamodzielny (nieposiadający samodzielnego znaczenia) wyraz lub morfem (tzw. wyrazek), nadający wypowiedzeniom zabarwienie znaczeniowe lub uczuciowe. Partykuły są nieodmiennymi częściami mowy.
mnożna: razy
ograniczająca: tylko
przecząca: nie, ani (Ani mi się śni!)
przypuszczająca: by, chyba
pytająca: czy, -li (Znaszli ten kraj? Czy muszę to robić?)
rozkazująca: niech, niechaj, oby
twierdząca: tak
wątpiąca: bodaj
akcentująca: się (Pisze się)
wzmacniająca: -że, -żeż, no, -ż (Chodź no! Mówże!)
życząca: oby (Oby się tak stało!)

A za sjp.pl:
w językoznawstwie:
1. nieodmienna część mowy pełniąca pomocniczą rolę w zdaniu, polegającą na modyfikacji sensu wyrazu lub wypowiedzi, np. no, niech, bądź, by;
2. partykuła wzmacniająca - partykuła, która wzmacnia znaczenie innego wyrazu, wyrażenia lub zdania, np. -że (po samogłoskach: -ż)

Jakiś znał wierszyk zbierający partykuły: "Liczy noże niech by nie", czyli "li", "czy", "no", "że", "niech", "by", "nie".

Sporo z partykuł w tym memie brakuje, ale idea jest jasna.

A Ty, kontrolujesz użycie partykuł w swoich wypowiedziach? No napiszże ;) "-że" - też jest partykułą.

czwartek, 27 lutego 2014

Na ostro

Nie bójmy się mówić prawdy

Przy okazji jednej z reklam, w której na czarno ubrana zakonnica  podjada malinowy kisiel Jakiś pyta mnie czemu zakonnice tylko na czarno, a nie na zielono, różowo, czy w błękitach. W pierwszej chwili odpowiedziałem "a niby jak miałyby sie ubierac muzułmanki". W drugiej przypomniałem sobie tę kurwę, nomen omen Teresę, acz z Kalkuty - chodziła na biało z pierdolniętym niebieskim paskiem.

Wojtyła, konserwatywny pierdziel chroniący otaczających go pedofili, obściskiwał się z tą głupią jak but talibką wynosząc jej przymioty ponad poziomy. Ludzie jakoś mu wierzyli z niepojętych powodów. I tej krowie też wierzyli. Jak zdechła wreszcie, cała prawda  o jej postępowaniu wyszła na jaw.

Naiwni wpłacali na jej konta niebagatelne sumy w nadziei odkupienia własnych grzechów poprzez pomoc ubogim i chorym. Nie wiedzieli, że ta obrzydliwa starucha wszystkie pieniędze kryła po kontach, a chorych i ubogich upominała "jak bóg będzie chciał, to wyzdrowiejesz", albo "jak będziesz się wystarczająco mocno modlił, to wyzdrowiejesz". Leków więc nie kupowała, bo po co, lepiej było trzymać kasę, a maluczkim oferować hokus-pokus.

Do dziś trzęsie mnie na myśl o tej kurwie. Niech pamięć o niej piekło pochłonie!

I nie bójmy się mówić prawdy!

niedziela, 1 września 2013

Amino - zupa Romana

Kulinarna zgroza

Lubię dobrze zjeść; Jakiś uwiódł mnie wprawdzie czymś zupełnie innym niż kulinarny talent, ale bez wątpienia stara się nadzwyczajnie, a ja nierzadko jestem w tym jego muzą. "Stara się" - to niedobre słowo. Okazało się, że ma talent, a brakowało mu jedynie kogoś takiego jak ja, kogoś dla kogo fajnie jest gotować, dla kogo warto się postarać i kto potrafi to docenić.
Kiedyś żywiłem się źle, albo się odchudzałem, albo jadłem byle co, byle coś zjeść i to najlepiej szybko. Dziś nasze posiłki są przemyślane i zaplanowane. Czasem się nie zgadzamy. Ja uwielbiam leczo z cukinią, a Jakiś cukinii nie uznaje. Uwielbiam potrawy bardziej pikantne, Jakiś ich unika. Uwielbiam kminek, Jakiś traktuje go jak cykutę. To rodzi pewne kulinarne konflikty, ale reszta nas tylko łączy.

Dziś obaj naśmiewamy się z tzw. dań błyskawicznych. Szczególnie drażniąca jest reklama Amino z zupą Romana. Popatrzcie na ten barszczyk:


Nie wiem jak powinien być wyregulowany monitor, żeby kolor wyglądał naturalnie. To co widzę, to jakiś radioaktywny wyciek. Prawie jestem gotów uwierzyć, że ta zupa świeci w ciemnościach.

Taka "zupka" szczegółnie ciekawie wygląda w zestawieniu z sielską panoramą, szczególnie z panem, który ukontentowany smakiem fosforyzującego barwnika użytego do produkcji zupy radośnie macha odnóżem dolnym odzianym w gustowny klapek.


Jak to się mówi w niektórych sferach, a w tym przypadku jest to w pełni uzasadnione, "smacznego".

sobota, 23 marca 2013

Gay-dining

Sytość

Jajeczka, jako imprezy a la spęd zarzuciłem, ale uznaliśmy z Jakisiem, że warto zaprosić jakieś nieliczne grono na wystawną kolację.

Przygotowania trwały kilka dni, bo to i opracowywanie menu, i zapraszanie, i sprzątanie. Na stół poszły srebra, porcelana i kryształy, na nich smakowite przystawki, dania główne i desery.

Goście dołożyli swoje. Ego zjawił się z koncepcyjną sałatką opartą o wędzonego kurczaka - podobno dzieło wykonane po raz pierwszy - i z szampanem przednim, a Gwiazda z własnoręcznie wykonanym tortem malinowym z kremem ajerkoniakowym, który wypełnił nasze biodra. Zabiegany Raand pamiętał o sporej porcji okowity zacnej.

Jedzenia było w bród. Wznosiliśmy toasty i gadaliśmy.

Oplotkowaliśmy znajomych, Jakiś zapienił się politycznie, Raand opowiedział o ekscytujących przypadkach ze swojej pracy.

W tle miasto zamarzało, a 22 panów zadeptywało trawę w odległym mieście - w tym 11 ze skutkiem tradycyjnym.

Ego poruszył temat agresji w związkach gejowskich. Już prawie doszliśmy do tego, że nas to nie dotyczy, gdy nagle okazało się, że nasze męsko-męskie relacje czasem przekraczają granice dobrych manier. Przy czym aspekty agresji były dwa: złość i namiętność. Szczegółów zdradzać nie będę.

Metka wykazuje nieco obrotowe poglądy, co rozzłościło Jakisia i ten ostatni zapienił się na tyle, że aby ratować zgromadzone na stole dobra musiałem interweniować. Tym razem się udało.

Ciekawe były opowieści Raanda o życiu na skraju Polski. Ugadaliśmy, że musimy go nawiedzić, gdy wreszcie ustabilizują się warunki pogodowe.

Towarzysza Raanda postanowiłem nazwać Amita. Mam nadzieję, że pasuje. Łacina jak zwykle mi pomogła. Opowieści Amity i Raanda o ich pożyciu wywołały łezkę wzruszenia u pozostałych. Niestety starzejemy się i pożycie zaczyna się zamieniać w czułość.

Syci pod każdym względem rozstaliśmy się późną nocą.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Homo i hetero

Pośród różnic

Minął pierwszy lutowy weekend. Rozpoczęty koncertem w Filharmonii Łódzkiej. Najpierw słodko-kiczowate "Popołudnie fauna" Debussy'ego, potem wzniesienie do "Koncertu fortepianowego D-dur na lewą rękę" Ravela. W drugiej części nudna aż do bólu, pełna dziwacznych nawiązań, młodzieńczego samozadowolenia i naiwności I symfonia Mahlera.

W sobotę impreza ze znajomymi Jakisia. Ja jako dopisek do niego. Nawiązanie, które jakoś się przyjęło. Oni heteroseskualni do bólu. Ja, nie dość, że najmłodszy, to jeszcze jako partner, przyjaciel, suprug ich przyjaciela. Do tego ja trzeźwy, oni alkoholowo roztkliwieni.

Wiem, że jestem akceptowany dzięki niemu. Wiem, że gdy zabraknie go, jako zawiasu, drzwi odpadną od ościeżnicy i potoczą się kilometry od niej.

Nawzajem weszliśmy w swoich środowiska. Nie wszystko się przyjęło. Nawet więcej, niewiele. Choć ja jestem mam wrażenie bardziej odporny, ciekawy i konsekwentny. Ale to może kwestia otwartości, która dla mnie jest rzecza naturalną.

To co dzieli nasze środowiska, to otwartośc na siebie. W moim, góruje epatowanie. W jego, zaangażowanie. W moim, zorientowanie na siebie. W jego, spojrzenie na innych.

Róznic jest niestety więcej niż podobieństw. Szkoda, że tych ostatnich nie szukamy.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Uderzenie zimy

W lodowej pierzynce

Zima walnęła w okna i zasypała drogi i ulice. Do tego temperatura w dzień soczyście oscyluje wokół 8, 9 stopni poniżej zera. O tym ile jest w nocy wolę nie mysleć chroniąc się bezpiecznie pod kołderką z Jakisiem w roli termoforu.

Śmiesznie, że bez policyjnego nękania i strażomiejskich fotoradarów wszyscy jeżdżą max 50 km/h o ile nie wolniej, czy wręcz stoją w korkach wywołanych wleczeniem się innych użytkowników dróg. Kierowcy nawet pieszych zaczęli przepuszczać na przejściach dla pieszych.

Korzystając z jazdy jak na zwolnionym filmie policzyłem znaki na drodze do sklepu. Na odcinku 1,3km jest ich 34, czyli blisko 3 na każde 100 metrów. Ale to pewno nie jest najbardziej zabójczy wynik.

A weekend był taki miły. A może inaczej, był miły dzięki spotkaniu z Metką i Gwiazdą. Jednak zdjęcia jakie pokazali były szokujące. Odbyli podróż do raju, który jest nim dziś już tylko w mniemania tych, którzy tam nie byli. Nawet mimo tego, że wrócili równo przypieczeni.

Dla odmiany my z Jakisiem krążylismy, dosłownie i w przenośni, między Edenem, a Paradisem. Żadne z tych miejsc na swe nazwy nie zasługiwało wprawdzie. Ale to, co było pomiedzy... daje nam siłę do przeżycia tej zimy.

I nic to, że dziś mija siódmy dzień kataru, a on ledwo osłabł. Oczekiwałem więcej.

czwartek, 27 grudnia 2012

I po świętach 2012

Trenowanie paska

Jeszcze w niedzielę 23  grudnia wydawało się, że będziemy mieć white christmas, a już następnego dnia nadzieja rozpuściła się w kałuży. Jedni synptycy zapowiadali mrozy, inni odwilż. Jeszcze w wigilię wigilii, gdy było -8 stopni Celsjusza wydawało się, że ci pierwsi mieli rację. Ale już następnego dnia widać było, że święta będa na solidnym plusie. I były. Temperatury sięgały w ciągu dnia 8 stopni na plusie, więc bożenarodzenie przypominało raczej wielkanoc.

Ja święta spędziłem tradycyjnie: dwa dni ostrych przygotowań z krojeniem, gotowaniem, mieszaniem i kręceniem, a potem trzy dni popuszczania pasa, by dopasować się do gwałtownie puchnącego żołądka.

W każdym razie było rodzinnie. Część posiłków u mojej rodziny, część u Jakisia. Syto, słodko... aż do zmęczenia materiału.

W ostatni dzień świąt po prostu umarłem. Nie mogłem już patrzeć na jedzenie, a myśl o wyjściu z domu była ostatnią.

Jeszcze tylko sylwestrowe napięcie, trzech kropiwnickich króli i dłuuugie oczekiwanie na wiosenne przesilenie.

No i ten nowy rok, w który wchodzę z nadzieją (Z nadzieją, a nie PRZY nadziei). Może złudną, ale cóż pozostało.

czwartek, 13 grudnia 2012

Kurzęce mięso

Żyć za 1zł dziennie? Da się zrobić

Śniadanie
Śniadanie nie odbiegało od codziennych śniadań: jajko na miękko, żółty ser,  plasterek szynki i herbata z cytryną. Jako pieczywo wystąpiła ciabatta, a za smar posłużył Pyszny Duet.

Około 2 miesięcy temu zauważyłem u Gejowskiego maszynkę do pieczenia chleba. Nie chciał pożyczyć na testy, ale o zdarzeniu opowiedziałem Jakisiowi, który zaraz następnego dnia wrócił z Lidla z takim właśnie urządzeniem firmy Silvercrest. Kupionym zresztą okazyjnie, bo z 10% zniżką. Zamiast 200zł zapłacił 180zł.

Od tego czasu nie biegamy do piekarni tylko pieczemy chleb w domu. Przetestowaliśmy wszystkie Lidlowe mieszanki i do gustu przypadły nam jedynie dwie: chleb słonecznikowy (sonenblumen-kernbrot) i ciabatta. Pozostałe były zbyt gliniaste. Nawet sztuczki w rodzaju dodawania ugotowanego ziemniaka nie pomagały. Są też polskie mieszanki, do których trzeba dodawać drożdże, ale one też nie przeszły naszych testów pomyślnie.

Jeden 750g bochenek kosztuje 2,65zł (całe opakowanie kosztuje 5,30zł). To tyle co 15 bułek po 50g każda z Biedronki po 0,25zł za sztukę (razem 3,75zł). Wychodzi taniej, a do tego zapach pieczonego chleba wypełniający całe mieszkanie.

Najlepiej jest tak ustawić pieczenie, by chleb był gotowy na poranny posiłek. Pierwszy test nocnego wypieku był irytujący. Urządzenie zaczęło działać około 4 w nocy i niestety w panującej ciszy odgłosy mieszania i popiskiwania roznosiły się po całym mieszkaniu. Kolejne wypieki robiliśmy w łazience, która najlepiej wytłumia wszystkie odgłosy.

Inną wpadką było skromne spotkanie z Metką Boską, Gwiazdą, Raandem i jego lubym. Chleb wstawiłem zbyt późno i gotowy był, gdy goście już byli. Ledwo wyjąłem zaczęli chleb jeść. Poszedł cały bochenek. Niestety dało to przykre efekty następnego dnia. Wszyscy czterej mieli dolegliwości. Ja i Jakiś nie jedliśmy, żeby dla gości starczyło i nam się upiekło. Ale nauka z tego taka, że pieczony w domu chleb lepiej jeść po tym jak wystygnie.

Obiad
Krupniku ciąg dalszy. Zupa jest bardzo tania, a zimą ją ubóstwiam. Składniki banalne: zwłoki kurzęce, pietruszka, marchewka, seler, kasza jęczmienna. Jakiś wprowadził nowy sposób gotowania zwłok. Gotuje je w wodzie przez 4 godziny na minimalnym ogniu, tak by tylko pyrkało, ale nie wrzało. Dzięki temu wszystkie składniki z mięsa wygotowują się i przechodzą do wywaru. Nawet chrząstki się rozpuszczają. Dzięki temu zupa jest syta i rozgrzewająca.

Trochę o zwłokach.
Kiedyś kupowaliśmy gotowe zwłoki, czyli kurczę bez piersi, nóg i skrzydełek. Jednak bardziej opłacalne jest kupienie całej kury i dokonanie sekcji. Przy zwłokach pozostają jedynie skrzydełka, których nie uznajemy za warte przeznaczenia do innych dań. Piersi i nogi wędrują do zamrażarki z przeznaczeniem na kolejny obiad.

Wygotowane zwłoki nie idą do kosza, ale są podstawą dalszej obróbki. Dziś głównym daniem znowu były buraczki zasmażane oraz danie z mięsa ze zwłok, ze szpeclami w sosie pomidorowym. 0,15zł to buraczki, reszta warta była jakieś 0,50zł. Tym samym na osobę kosztowało to około 0,65zł. Gdybyśmy takie dania jedli codziennie przez miesiąc wyniosłyby to na jednego 19,50zł.

Próbowaliśmy się porównać ze słynnym studentem Kewinem Dąbrowskim żywiącym się w październiku 2012 roku za 1zł dziennie. Chyba jesteśmy w stanie mu dorównać przy jednocześnie dużo bardziej rozmaitych posiłkach.

Z czasem uda mi się do tych dań dodać wartości i wtedy się okaże.

Co to są szpecle? Ha, też nie wiedziałem. To moje odkrycie 2011 roku w restauracji w Niemczech. Później okazało się, że są dostępne w Lidlu w dwóch wersjach suszonej i świeżej. W sumie jest to rodzaj lanych klusek. Robienie ich samodzielnie jest kłopotliwe, a kupne są nie mniej dobre.

O jedzeniu można jak o zieleni ;)


środa, 12 grudnia 2012

Smacznie i tanio

Sztuka wyboru

Gdzieś przeczytałem, że osoby homoseksualne są bardzo rozważnymi konsumentami. Ja i Jakiś potwierdzamy to w całej pełni. Nasze wybory są zawsze przemyślane. Może to przeczyć jakiemuś stereotypowi o szlaeńczym konsumpcjonizmie osób nieheteronormatywnych. Wizyta w sklepie jest dla nas nie tylko okazją do podziwiania zdarzających się egzemplarzy płci najpiękniejszej, ale też do prowadzenia gry z usiłującymi nas oszukać sklepikarzami.

Do swojego bloga dołączę porady z cyklu "co warto kupić, a czego nie" oraz, co z tego można przyrządzić. W tagach będzie to pod "smacznie i tanio".

Na początek dwie stare historyjki.

Hipermarket Real obwieścił, że jak się znajdzie gdzieś towar w niższej cenie niż u nich, to zwrócą różnicę. Dzień wcześniej kupowałem Żołądkową gorzką w Biedronce. Rzuciłem okiem w Realu i cena była wyższa. Wzięliśmy butelkę i z innymi zakupami udaliśmy się do kasy. Butelka poszła na pierwszy rzut. Powiedziałem kasjerce, że wczoraj kupiłem ten alkohol taniej, więc chcę zwrotu różnicy. Kasjerka nie miała pojęcia, co zrobić. Zadzwoniła po pomoc. Pomoc przyszła i też nic nie wiedziała. Wspólnie uznaliśmy, że to reklamowy kant Reala i zrezygnowaliśmy z zakupu butelki.

Jednak Real uparł się na nas. Jakiś wyciąga gazetki hipermarketów ze skrzynki i patrzy, co się opłaca kupić. Real trwał w swojej obietnicy zwrotu różnicy, jesli coś jest dostępne taniej gdzie indziej. Zwykłe porównanie gazetek pokazało, że winogrona (o ile dobrze pamiętam) są tańsze w Carrefourze. Odpuściliśmy uznając, że nie ma co jechać do Reala, bo i tak nie będą wiedzieć, co z tym fantem zrobić.

Śniadanie
Po dwie kromki pieczonego w domu chleba słonecznikowego z Lidla, ser żółty i twarożek z Carrefoura. Herbata. Jakiś dostał kanapkę "do szkoły".

Obiad
Krupnik na kurzych zwłokach odartych z nóg i piersi, ziemniaki z kotletem schabowym (Grot: porcja za 3zł), buraczki zasmażane (na bazie surowych buraków z Carrefour [0,88zł/kg] i jednego jabłka - 0,15zł za porcję). Razem jakieś 4zł na osobę. Gdyby nie płodozmian naszego menu miesięcznie takie obiady kosztowałyby nas (pomijając prąd, dodatki i robociznę) 240zł. I byłoby to bardzo drogo, gdyż był to jeden z droższych obiadów.

Kolacja
Kolacji się nie je.






piątek, 23 listopada 2012

Nieoczekiwana wymiana zdań

Zauważony zauważ

Jakiś zajęty, więc do lokalnego sklepu, w którym robimy często zakupy pojechałem samotnie. Powrzucałem do torby wszystko, co było zaplanowane i raz dwa do kasy. Przede mną dwie osoby. Kasjerka każdemu mówi dzień dobry... wiem, że to wymuszona uprzejmość wymagana przez pracodawcę, ale zawsze to miłe. Niestety niewiele osób zaszczyca kasjerkę swoją uwagą. Takie ludzie.

Kasjerka i mnie mówi dzień dobry, Jako człowiek kulturalny, choć gej, zawsze odpowiadam i staram się to robić z uśmiechem, żeby choć w ten sposób ubarwić monotonię pracy osób siedzących za kasą.

Wszystkie pip przebrzmiały, wyciągnąłem kartę i przytknąłem do czytnika.

- Czy już? - spytałem niepewny wyniku operacji.
- Jeszcze się łączy - odpowiedziała kasjerka razem ze mną obserwując terminal. - Dziś pan sam na zakupach? - zagaiła.

Nieco mnie to zaskoczyło, bo za cholerę nie kojarzyłem dziewczyny. Nieco onieśmielony odrzekłem:
- Tak, sam.
- To kolega pewno zajęty gotowaniem? - padło jako ni to stwierdzenie, ni to pytanie.
- Tak. - uprzejmie potwierdziłem, choć zaskoczenie malujące się na mojej twarzy było porównywalne z szokiem jakiego doznała Maryja, gdy okazało się, że jest zapylona. - Do widzenia - rzekłem z uśmiechem i wyszedłem ze sklepu.

W drodze do domu wyglądałem jak idiota zaśmiewając się sam do siebie.

Metka wprawdzie podał mi dziś przykład ludzkiej głupoty, ale jednak ludzie normalnieją. Na jedno i drugie powinniśmy reagować. Na głupotę - korygująco, na uprzejmość - docenieniem.

sobota, 27 października 2012

Pierwszy śnieg w Lodzi

Drobiazgi

Złota-polska się skończyła. Dziś ostatni dzień czasu letniego i pierwszy śnieżno-zimowy. Za oknem biała, mokra breja przemieszczająca się z silnym wiatrem nie z góry w dół, lecz poziomo. Temperatura w okolicy zera.

Wyskoczyłem na chwilę po papierosy. Dobrze, że założyłem szalik i miałem czapkę. Żałowałem, że nie wyciągnąłem rękawiczek. Zaczęło mi w głowie kołatać, że nie bardzo pamiętam, gdzie upchnąłem buty zimowe. A i opony czas już chyba zmienić.

Jakiś wymyślił zakupy, ale po mojej relacji z zewnęki postanowił je zrobić przez Internet w Almie. Potrzebne nam produkty okazały się być w przystępnej cenie. Liczyliśmy na bezpłatny dowóz. I tu niespodzianka. Nie dość, że bezpłatnie jest tylko przy zamówieniu o określonych porach, to jeszcze dowieźliby w godzinach, które akurat dziś kompletnie nam nie pasują. Szkoda, ale przy najbliższej okazji i przy podobnej pogodzie na pewno wybierzemy tę formę zakupów.

Komentujących zmuszam ostatnio do używania weryfikacji obrazkowej. Wiem, że to niedogodność, sam tego nie lubię. Przez tydzień to potrzymam i może spamerzy odpuszczą. Blogspot wprawdzie świetnie filtruje, ale i tak wpada sporo śmieci.

Wiem, że ta notka jest tak trochę o niczym. To pozałatwiam drobiazgi.

Po letniej ospałości czytelnictwo bloga podskoczyło mi. Nie dziwne, zacząłem coś pisać. Ba, Gejowski mnie nawet skomplementował, że mój blog znowu daje się czytać. Nie bardzo rozumiem, co takiego się zmieniło. Że kultury nie ma? Tego mi akurat najbardziej żal.

Pod każdą notką można ją ocenić - "Co sądzisz o notce?" - w skali "Nuda", "OK" i "Wow!". Dziwnie to niestety działa, bo moja Opera w ogóle tych ocen nie pokazuje. Żeby je sprawdzić muszę blog otworzyć pod Internet Explorerem. Jest w każdym razie pewien postęp w tych ocenach. Wolałbym oczywiście, żeby było ich dużo więcej. Dawałoby mi to  jakąś orientację, co czytelników interesuje w mojej pisaninie, a czym ich zanudzam. W każdym razie oceny "OK" i "Wow!" są dominujące. Ocen "Nuda" ostatnio nie ma, co wiążę z aplauzem Gejowskiego. Jestem niemal pewny, że to on uporczywie źle oceniał notki.

wtorek, 25 września 2012

Dystopia na trzyczęściowym garniturze

Jestem grafomanem

Tak, jestem, i dobrze mi z tym. Na trzyczęściowym garniturze Ewa dała odpór niejakiej Mamusze wyżywającej się literacko na łamach "Frondy". Przykład Ewy tak mnie wziął, że nie mogłem się powstrzymać i partycypowałem. Nawet Metce Boskiej się spodobało... Jakisiowi mniej ;(

Zajrzyjcie proszę, może Wam się spodoba. Czytajcie komentarze.

Co to dystopia tłumaczy Wiki.


czwartek, 14 czerwca 2012

TrainStation na Facebooku

Zabijacz czasu

Na Facebooku nie bawię się w żadne gierki, nie przyjmuję zaproszeń do różnych aplikacji. Jednak są rzeczy do których każdy prawie chłopczyk niezależnie od wieku ma słabość. Dlatego skusiłem się na gierkę TrainStation.



Gra jest prosta. Kupuje się lokomotywy i różne wagony oraz rozbudowuje stację i zaplecze o stanowiska, budynki i dekoracje. Nadmiar towarów i wyposażenia można sprzedać. Pieniądze zdobywa się wysyłając pasażerów, pocztę i towary. Pociągów przybywa, stacja się rozbudowuje, przechodzi się na kolejne poziomy i tak w kółko. Jedyne co się zmienia, to śliczniutkie rysunki domków, lokomotyw i wagonów.

Jakiś nie może znieść mojego zapatrzenia w tę grę, bo grając wyglądam jak przygłup bezmyślnie stukający w klawisze. Korzyści z tego żadnej.

 Korzyści za to ma właściciel gry, bo za prawdziwe pieniądze można dokupić bardziej odjazdowe wyposażenie i przyśpieszyć rozgrywkę. Absurdalne jest, że za pieniądze kupuje się wirtualne rysuneczki i staje się ich równie wirtualnym właścicielem. Kupować można nawet z rabatem w wysokości 80%, za zaledwie około 4 złotych. Mało? Mało. Ale jeśli na taki zakup zdecyduje się choćby 10% z blisko 400 tysięcy graczy, to można już nieźle zarobić.

Nawet jeśli nikt się nie zdecyduje na wydatki z własnego portfela, to są reklamy, na których właściciel gry zarabia. I tylko on jest do przodu. Gracz realizując swoje dziecęce marzenia traci tylko chwile z życia.

Pograłem, widać to na tym printscreenie, ale żegnam już tego złodzieja czasu. Aż znowu się skuszę.

wtorek, 12 czerwca 2012

Polska-Rosja wg Tomasza Zimocha w PR1

Oralne emocje

Ja, Papageno i Jakiś nie oglądaliśmy meczu Polska-Grecja w TVP; wybraliśmy transmisje radiową w 1 Programie Polskiego Radia, żeby nie siedzieć jak przykuci do telewizora. Zapowiadało się standardowo, mecz, jak mecz.
135 minut spotkania wprawiło nas w zauroczenie. Obaj komentujący, Marek Solecki i Tomasz Zimoch, zmieniali się co kilka minut, zapewne, żeby wciągnąć kolejną kreskę, bo odlot był pełen. Tomasz Zimoch chyba dodatkowo palił jakieś ziele, bo odpały miał koncertowe. Jego porównania, odniesienia, hiperbole powodowały, że ta nudna impreza oszałamiała feerią zdarzeń i natężeniem emocjonalnym.

Sprawdziłem, Tomasz Zimoch będzie komentował mecz Polska – Rosja w Programie 1 Polskiego Radia. O 20:30 włączymy z Jakisiem telewizor bez dźwięku i radio, jak najbardziej z dźwiękiem. Co i innym polecam.

Knedle z truskawkami

Dla konsumenta masowego

Nie słynę z talentów kulinarnych, ale się staram. Jakiś niestety już wie, że gotować, to mógłbym dla mało wybrednej grupy ludzi, do tego najlepiej dywizji (dla niewtajemniczonych 5 do 15 tysięcy żołnierzy). Kiedy się poznaliśmy zaprosiłem go na obiad. W planie były między innymi po cztery placki ziemniaczane. Niestety Jakiś się o godzinę spóźnił, co było mi o tyle na rękę, że nadal smażyłem owe placki, tyle tylko, że ich liczba, gdy dotarł, sięgnęła czterdziestu.

Z knedlami poszło podobnie. Truskawek było sporo, to do kilograma ziemniaków dokupiłem jeszcze jeden kilogram, żeby wszystkie truskawki “zmarnować”. Ziemniaki ugotowałem solidnie, utłukłem i rzuciłem na blat. Pulpę solidnie posypałem mąką, a następnie zanurzyłem rękę. Przypominało to fist. Już po sekundzie ucieszyłem się, że użyłem tylko jednej dłoni. Została kompletnie oblepiona ziemniaczaną breją. Wolną, nieutytłaną dłonią zacząłem sypać mąkę jak szalony, ale niewiele to wnosiło. Aż mąka się skończyła. Utytłaną dłoń umyłem pod wodą bieżącą i poleciałem do sklepu po kolejną mąkę.

Zużywanie mąki szło w najlepsze, bez specjalnej zmiany konsystencji brei. Dorzuciłem dwa jajka. Dało to pewien poślizg, ale nieprzekonany sypałem mąkę dalej międląc masę o konsystencji asfaltu w dłoni. Po zużyciu kilograma mąki stwierdziłem, że albo teraz zacznę te knedle robić, albo idę po kolejny kilogram.

Odrywałem kolejne kawałki kleistego ciasta i po wciśnięciu truskawki lub truskawek starałem się formować coś na kształt kuli, choć ortodoksyjni miłośnicy geometrii mieliby wątpliwości. Po kilku godzinach pracy otrzymałem dziesiątki knedlowatych pulpetów.

Około trzydzieści knedli podgotowałem, schłodziłem i zamroziłem. Osiem przygotowałem do bezpośredniego spożycia.

Jakiś od razu zorientował się w moim zaniechaniu – NIE POSOLIŁEM CIASTA! Niby było to w przepisie, ale jakoś mi umknęło.

Zapas truskawkowych knedli mamy teraz na kilka obiadów. Jacyś chętni do konsumpcji?

wtorek, 8 maja 2012

Porzucony - odrzucony

Sam sobie kucharzem

Jakiś sobie służbowo wyjechał porzucając mnie niecnie. Jedyną atrakcją było odbieranie służbowo-reklamowych telefonów. To posprzątałem całą chałupę. Na jutro planuję okna, a do jego powrotu pewno pół osiedla doprowadzę do ładu.

Przykro mi, że nikt mnie nigdzie nie zaprasza nawet. Ze znajomych w każdym razie, bo na rodzinę jak się okazuje zawsze można liczyć. Trudno, do końca tygodnia jakoś przeżyję.

Niedzielę ja, Jakiś i Siostra spędziliśmy na podziwianiu koni. O tym, że Siostra ma konia i to całkiem naturalnej wielkości już tu wspominałem, ale teraz dodam, że ma do niego obecnie 6 minut jazdy samochodem. To trochę niesamowite, że w ciągu tych paru minut można się wyrwać z miasta na pole wypełnione zwierzętami. Ani ja, ani Jakiś nie pałamy wprawdzie jakąś końską namiętnością, ale stajnia jest wyposażona w miłe kąciki rekreacyjne. My wypoczywaliśmy (czytaj: chowalismy sie przed wiatrem), ona ogrzana końskim ciepłem zażywała ekskursji wierzchem. Jeśliby Polska miałaby zebrać dywizję ułanów dziś, to chyba składałaby się z samych kobiet.

Jednak od rana jestem słomianym wdowcem do wzięcia i... nic ;( Do tego w łeb wzięły moje żywieniowe ambicje. Dla siebie samego zupełnie nie chce mi się gotować.

czwartek, 22 marca 2012

Idealiści wszystkich krajów lączcie się

Kulturalna prywata

Zachęcam do odwiedzenia niewymienianego z nazwy bloga kulturalnego - link u góry po prawej. Notkę pisałem prawie tydzień i jestem z niej niezwykle zadowolony. Olbrzymi udział miał w jej powstaniu Jakiś, któremu jestem niezwykle wdzięczny, że mnie zachęcił do obejrzenia spektaklu.

środa, 1 lutego 2012

Wisława Szymborska nie żyje

Trening pamięci

Jedyna poetka której wierszy uczyłem się na pamięć przez nikogo nie zmuszany.

Śmierć po której żałoby narodowej nikt nie ogłosi.

A do ostatnio pochowanych na Wawelu pewno nie chciałaby dołączyć.

Onet "zażartował", a niby TVN.

A w TVN24 chyba czytują mój blog, bo o Szymborskiej jest już ze dwie godziny non stop.

Razem z Jakisiem czytamy znane strofy i usuwamy natrętną wilgoć.

środa, 25 stycznia 2012

Jaźń jedna

Blog rozdzielony

Ostatnie komentarze do notki Rzeź, Roman Polański sygnalizującej podzielenie bloga na dwa:
Po co? Masz dwie jaźnie? - Użytkownik: Anonimowy, o 17:12
Teresa chyba faktycznie ma dwie... - Użytkownik: Jakiś, o 18:25
Czyli że nie będzie niczego??? - Użytkownik: s., o 18:38

Już pierwszy wpis spowodował, ze postanowiłem przemyśleć sprawę, a kolejne komentarze oraz prace nad drugim blogiem tylko to postanowienie wzmocniły.

Dwóch jaźni nie mam, ale funkcjonuję w co najmniej dwóch sferach. Jedną jest moja egzystencja związana z seksualnością i tzw. “środowiskiem”, zaś druga z moimi kulturalnymi zainteresowaniami. Mam jedną jaźń i dlatego obie te sfery przeplatałem na blogu. Ostatnio dominowała ta kulturalna. Podliczyłem i okazało się, że notki “kulturalne” stanowią 1/3 wszystkich… tylko i aż. Skonfrontowałem to z komentarzami i wyszło, że ta 1/3 notek wygenerowała zaledwie 1/10 komentarzy. Czyli trafiałem kulą w płot. To nie były notki dla tej widowni, choć wiem, że są też czytelnicy, którzy chętnie przeczytają o moich i Jakisiowych kulturalnych peregrynacjach.

Notki kulturalne zaczęły wielu drażnić. Nawet to rozumiem. Udzielam się kulturalnie, mam taką możliwość i rozumiem, że ciężko za mną nadążyć. To może rodzić frustracje.

Ponadto wiem, że tych zainteresowanych kulturalnymi notkami odstraszały gejowskie (żeby nie powiedzieć ciotowskie) odniesienia. Niewielu jest takich, którzy umieszczą link do notki na ścianie swojego Facebooka spodziewając się, że poniżej notki niejaka Metka Boska napisze rezolutnie o autorze “Kuffana, piczki chyba sobie dziś nie dopieściłaś…”.

s. pyta “Czyli że nie będzie niczego???” Jeszcze nie wiem. Trochę by mi było szkoda. Mam nadal kontakt ze środowiskiem (Gejowski pewno zaprzeczy i powoła się na moją nieznajomość memów, które to pojęcie niedawno poznał i szafuje nim bez opamiętania). Nie wiem też, czy nie dokonać obyczajowej wolty i zacząć pisać o rzeczach skrywanych pod domową pościelą, pod która każdy chętnie zajrzy. Zobaczymy.

wtorek, 24 stycznia 2012

Gejowski uśmierca Teresę i “Teresę”

Dobra rada?

Gejowski zarzucił pisanie bloga, ale czasem ma jakieś nawroty więc sprawdzam. 19 stycznia wziął i mnie ubił, a przynajmniej przyprawił o stan agonalny.

Notka jest strasznie długa, ale że między innymi mnie dotyczy, więc przeczytałem całą: “Gdy postać umiera”

Koleje losu sprawiły, ze odsunąłem się od towarzyskiego otoczenia, a przez to zabrakło mi pożywki wynikającej z obserwacji. Nie mnie oceniać na ile celnym obserwatorem byłem, mnie to bawiło, a że pisałem o żywych ludziach, to ich to angażowało. Swawolne życie przeszło jednak w życie codzienno-domowe. Wcześniejszą tematykę zastąpiłem opisem życia kulturalnego w którym mam możliwość uczestniczyć i relacjami z życia jak najbardziej prawdziwego.

I tu z Gejowskim się zgadzam. Zarzuciłem kreację. Powiem więcej, Jakiś już dawno namawiał mnie, żebym dla kultury uruchomił nowy blog, żeby po pierwsze “nie rzucać… itd.”, a po drugie nie ośmieszać swoich kulturalnych relacji tekstami o gejowskim światku.  

Może więc z początkiem roku skorzystam z tych rad.