Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Coca-cola. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Coca-cola. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 lutego 2010

Beforek w Art Caffe

Piątkowy wieczór i noc można zaliczyć do udanych. Przynajmniej z tego, co pamiętam, bo wersji może być kilka. Wspomnienia tego wieczora podzielę na kilka notek, każdy przeczyta, co go zainteresuje.
Art Caffe 
Krowa Morska i Hiszpan zachęcili mnie, by wieczór rozpocząć w Art Caffe (Piotrkowska 83). Lokal miał być kolejną wersją Hokus Pokus z leżącej zaraz obok piwnicy. Pogrzebałem w necie i okazało się, że lokal o tej nazwie istniał już w tym miejscu wcześniej i słynął z kawy. Zaprawdę historia to już, bo jako żywo nikogo pijącego kawę wczoraj nie widziałem. Art Caffe ma przyjemny, kameralny wystrój. Wybór alkoholi i napojów obszerny. Obsługa jeszcze się dociera, ale nie jest źle. Małe stoliki sprzyjają konwersacji. W ogóle właściciel musiał się nieźle wzbogacić na Hokus Pokus, albo mocno zapożyczyć, że stać go było na takie wyposażenie wnętrza. Świetnej jakości sprzęt do karaoke dopełnia całości. W porównaniu z ofertą Ganimedesa pod tym względem jest niebiańsko (dobre głośniki, świetni prowadzący, i banalna rzecz a jakże pożyteczna - na każdym stoliku zeszyt z dużą liczbą utworów posortowanych na polskie i zagraniczne oraz po nazwie wykonawcy, szacun). Mankamentem jest toaleta - jedna to ciut mało jak na spory tłumek gości.

Klientela jakaś dziwna, bo w Hokus Pokus tych ludzi nie widziałem. Może to ludzie, którzy przychodzili do wcześniejszego Art Caffe. W każdym razie nasz ciotoland czuł się tam dobrze i swobodnie. Dodam, że cenowo też jest atrakcyjnie w zestawieniu z innymi miejscami na Piotrkowskiej.

Towarzysko było gęsto, bo poza Krową Morską i Hiszpanem była Coca-Cola, Xell, doszedł Kaczka chyba ze swoim facetem, Metka Boska i Gejowski z Lucy. W sumie z 10 osób. Były śmichy-chichy i ogólne radośnie podpite pierdu-pierdu. Miałem okazję być profesjonalnie zapowiedzianym przez Xell'a i wystąpiłem ze swoim żelaznym repertuarem, czyli Katie Melua" Nine Million Bicycles". Nawet miałem trzy tancerki ze spontanicznym układem choreograficznym. Biedne tańcowały nie zdając sobie sprawy, że nieco zmieniłem słowa piosenki czyniąc ich występ dwuznacznym.

Następnie zmyliśmy się do Narraganset. I od tego momentu moje wersje zdarzeń mogą się różnić od pozostałych.

sobota, 2 stycznia 2010

Sylwestrowo

Domówka sylwestrowa u Ego i Raanda była miła i sympatyczna. Zaczęła się z hukiem od zalania drinkiem Raandowego laptopa, co nie wprawiło go w szampański nastrój. Szczęśliwie następnego dnia laptop ożył, mimo że zmartwychwstanie przypada na inny okres. Miało być sporo ludzi, których nie znam, ale jednak większość znałem. Nie wiem, jakie feromony wydzielałem, ale najpierw odbiło Raandowi i chciał mnie gwałcić niemal publicznie, a potem jeszcze jednemu gościowi odbiło podobnie. Pozostali zapewne z trudem się powstrzymywali ;) Mam też ładne zdjęcie, na którym Lucy ssie mi sutka - poczułem się jak Matka Polka. Udało mi się pogmerać w futerku Marcysi i poprzytulać do Sylwii. Niestety nie zatańczyłem z Ego, za to Metka jakieś straszne figury ze mną wyczyniał. aRRo był z przyległością więc nie wypadało z nim grzeszyć, ale popodziwiałem jego garnitur. Pozostali jakoś mi nie zapadli w pamięć.
Metka i Gwiazda zabrali mnie z tego gniazda rozpusty, ale i tak wylądowałem w innym łóżku, niż to było planowane. Nie sam rzecz jasna.

Kaca nie miałem, choć 14 godzin po imprezie wydychałem 0,1 czegoś - nie przeszkodziło mi to w jeździe samochodem nic a nic. Jednak pod wieczór padłem z wyczerpania.
Wybudził mnie Blondie i zaproponował wyjście na miasto. Już wie, jak mnie wyciągnąć, bo zaznaczył, że Hiszpan też będzie. Transport zapewniła Coca-cola. W Garnku tańczyłem z Blondie, którego upodobanie do disco-polo nieco mnie zaskoczyło. Do Hiszpana jak zwykle się kleiłem, a z Coca-colą rozmawiałem. Wygnali nas z lokalu o 2 w nocy rozprowadzając po podłodze maź jebiącą (inne słowo nie byłoby adekwatne) lizolem. Tanecznym, acz nieco rozchwianym krokiem - ja przyklejony do Hiszpana - poszliśmy żreć do Gyrosa, Ramzesa, czy jak mu tam. W trakcie posiłku najchętniej karmiłbym Hiszpana dzióbek w dzióbek, co nie uszło uwadze zalegających tam ABSów. Jednak tipsiary żegnały nas czule, by nie powiedzieć wylewnie. I hops do łóżka - sam.