Kandydaci widma
Prawie Żonaty zapytał mnie niedawno na kogo głosować w najbliższych wyborach. Nie potrafiłem mu nic doradzić, bo byłem w trakcie własnych poszukiwań i analiz.
Gejowski pokazał mi wyniki sondaży: blisko 50% zgarnie Platforma Obywatelska. Sugerowałoby to, że wynik wyborów jest przesądzony.
Metka Boska tradycyjnie wyklina wszystkie ciotki głosujące na bogobojne PO, a ekskomunikuje te ściery, które głosują na PISdę. Nie może pojąć, że ciotki nie wybierają SLD, które przynajmniej w deklaracjach wspiera ludzi LGBT.
Jakiś rzucił mi dziś, że w wyborach do łódzkiej Rady Miasta odda głos na kogoś środkowego z listy SLD, ale na kandydata tej partii w wyborach prezydenta miasta głosu nie odda – w ogóle nie odda głosu na żadnego ze zgłoszonych kandydatów.
Mamy misz-masz. Uporządkujmy to trochę. W dniu wyborów oddajemy swoje głosy na jednego z kandydatów na prezydenta miasta (lub burmistrza, czy wójta), na jednego (powtarzam: jednego!) kandydata na radnego Rady Miasta, na jednego (znowu powtarzam: jednego!) kandydata na radnego sejmiku wojewódzkiego i na jednego (powtarzam po raz trzeci: jednego!) kandydata na radnego Rady Osiedlowej.
Większość kandydatów jest związanych z jakąś partią polityczną. W Radach Osiedla wielu jest kandydatów indywidualnych, nie reprezentujących żadnej opcji politycznej.
Zacznijmy od Rad Osiedla. Szukałem w Internecie jakichś śladów ich działalności. Kicha. Automatycznie nic nie wiadomo o działających w nich ludziach. Rady Osiedla nie mają dużych kompetencji, ale są najbliżej nas i mają wpływ np. na to gdzie będzie sprzedawany alkohol na osiedlu, czy zainterweniują w jakiejś sprawie dotyczącej mieszkańców. Sugeruję głosowanie na ludzi, których znacie, i którzy się sprawdzili. Jeśli takich nie ma i w ogóle nic nie wiecie o działalności tej Rady, to wybierzcie młodych. Młodzi są na ogół skłonni do aktywnego działania. I nie zapomnijcie przyjść na dyżur tego radnego. Głosowanie według klucza partyjnego wydaje mi się tu nieporozumieniem. Omijajcie z daleka PISdę i inne konserwatywne ugrupowania, bo będą wam kościoły pod nosem stawiać.
Wybory do Rady Miasta to już poważniejsza sprawa. Ja zagłosuję na najmłodszych z listy SLD płci męskiej. W Łodzi wygra PO, chcę by mieli przeciwwagę i by było to SLD, a nie PISda. Czemu płci męskiej? A czy ja bronię lesbijkom głosowania na kobiety? Jest jednak duże ALE. Możliwe, że w waszych okręgach startują geje (lub lesbijki). Wtedy obowiązkowo głosujcie na nich.
Co wy na to? O wyborach prezydenta miasta i radnych sejmiku wojewódzkiego w kolejnej notce.
wtorek, 16 listopada 2010
niedziela, 14 listopada 2010
Teatr Jaracza, "Stara kobieta wysiaduje", autor: Tadeusz Różewicz, reżyseria: Marek Fiedor
Byłem na premierze, widziałem i... wysiadłem. Różewicz jest dla mnie trudny. Z Jakisiem obgadałem spektakl, ale czuję, że powinienem przetrawić go sam. MUSZĘ na ten spektakl pójść jeszcze raz, kto chętny? Może w większej grupie łatwiej będzie rozgryźć tekst Różewicza i interpretację Fiedora. To może chore, żeby na spektakl iść dwa razy, ale uważam, że w tym przypadku warto.
Może kogoś podniecę wspominając, że występuje Hubert Jarczak (ten z lewej) i jest jedna goła męska dupa.Foto: Teatr im. S. Jaracza
niedziela, 7 listopada 2010
„Chrzest” reżyseria: Marcin Wrona
„Przyjaciele”
Zapowiedziałem na blogu Xella i u siebie, że w miniony wtorek idę na film „Chrzest” w Cinema City o 22:15. Rozesłałem też kilkanaście esów w rzeczonym dniu. Miał iść ze mną Metka, ale wykpił się pracą zawodową. Gejowski jest zajęty sobą i unika polskich filmów. Z zaproszonych esem odezwała się tylko jedna (!) osoba, że… musi się wcześniej położyć. Moje szczęście, że dopisali Raand z Ego. Ale co sądzić o pozostałych? Wychodzi na to, że inni mają dla mnie czas tylko pod warunkiem, że jestem dyspozycyjny i zgłaszam się na każde wezwanie. Niniejszym oświadczam, że tamte czasy się skończyły. Nie masz czasu dla mnie, to nie oczekuj, że znajdę czas dla Ciebie. I proszę bez obgadywania mnie, że się nie udzielam. Proszę bardzo, udzielam się i to nie ja mam problem.
P.S. Zacytuję Krowę Morską „uprzejmie informuję szanowną autorkę, że media owe [w tym telefon] posiadają tę cudowną właściwość, iż działają w obydwie strony” – właśnie się przekonałem, że jednak nie i dotyczy to również Ciebie, kisses sweety.
Xellowi i Radixowi film się bardzo podobał. Jakiś powiedział mi, że film jest bardzo dobry. Po takich rekomendacjach nie sposób było nie wyrobić sobie własnej opinii. Pisząc o „Naszej klasie” zacytowałem Jakisia, który uznał dramat za antyantyczny. Film Marcina Wrony jest dla odmiany antyczny do bólu.
Marcin Wrona jest dużym facetem, o niskim, męskim głosie i ewidentnie pochłaniają go relacje męsko-męskie. Z szowinistycznym zacięciem traktuje kobiety jak rekwizyty istotne dla akcji, ale pozbawione głębszych emocji, przemyśleń i znaczenia. Blaskiem biją twardzi mężczyźni o wytatuowanych, pokrytych bliznami ciałach. Nie są to faceci o głębszym pofałdowaniu kory mózgowej. Potrafią zaspokajać tylko najniższe z potrzeb. Życie stawia ich przed trudnymi wyborami i radzą sobie z nimi najlepiej jak potrafią. W ich brutalnym świecie istnieją jednak zjawiska wspólne dla ludzi cywilizowanych. Jest tam na przykład miejsce na przyjaźń. Przyjaźń bardzo głęboką.
Michał (Wojciech Zieliński) prosi swojego przyjaciela Janka (Tomasz Schuchardt) o zastąpienie go w roli męża i ojca. Ma ku temu powody.
Nie chrzest syna Michała, lecz chrzest Janka właśnie jest zakończeniem filmu. W całym swoim zezwierzęceniu Janek postępuje wzniośle. Jego „gest” wobec przyjaciela pieczętuje jego relację z Michałem. Zdobyć się na to, co zrobił Janek chciałoby się oczekiwać od każdego przyjaciela… mimo przewrotności jego działań. Na ile zmieniło to Janka życie może dowiemy się w kolejnym filmie Marcina Wrony.
Film oceniam jako dobry.
Zapowiedziałem na blogu Xella i u siebie, że w miniony wtorek idę na film „Chrzest” w Cinema City o 22:15. Rozesłałem też kilkanaście esów w rzeczonym dniu. Miał iść ze mną Metka, ale wykpił się pracą zawodową. Gejowski jest zajęty sobą i unika polskich filmów. Z zaproszonych esem odezwała się tylko jedna (!) osoba, że… musi się wcześniej położyć. Moje szczęście, że dopisali Raand z Ego. Ale co sądzić o pozostałych? Wychodzi na to, że inni mają dla mnie czas tylko pod warunkiem, że jestem dyspozycyjny i zgłaszam się na każde wezwanie. Niniejszym oświadczam, że tamte czasy się skończyły. Nie masz czasu dla mnie, to nie oczekuj, że znajdę czas dla Ciebie. I proszę bez obgadywania mnie, że się nie udzielam. Proszę bardzo, udzielam się i to nie ja mam problem.
P.S. Zacytuję Krowę Morską „uprzejmie informuję szanowną autorkę, że media owe [w tym telefon] posiadają tę cudowną właściwość, iż działają w obydwie strony” – właśnie się przekonałem, że jednak nie i dotyczy to również Ciebie, kisses sweety.
Xellowi i Radixowi film się bardzo podobał. Jakiś powiedział mi, że film jest bardzo dobry. Po takich rekomendacjach nie sposób było nie wyrobić sobie własnej opinii. Pisząc o „Naszej klasie” zacytowałem Jakisia, który uznał dramat za antyantyczny. Film Marcina Wrony jest dla odmiany antyczny do bólu.
Marcin Wrona jest dużym facetem, o niskim, męskim głosie i ewidentnie pochłaniają go relacje męsko-męskie. Z szowinistycznym zacięciem traktuje kobiety jak rekwizyty istotne dla akcji, ale pozbawione głębszych emocji, przemyśleń i znaczenia. Blaskiem biją twardzi mężczyźni o wytatuowanych, pokrytych bliznami ciałach. Nie są to faceci o głębszym pofałdowaniu kory mózgowej. Potrafią zaspokajać tylko najniższe z potrzeb. Życie stawia ich przed trudnymi wyborami i radzą sobie z nimi najlepiej jak potrafią. W ich brutalnym świecie istnieją jednak zjawiska wspólne dla ludzi cywilizowanych. Jest tam na przykład miejsce na przyjaźń. Przyjaźń bardzo głęboką.
Michał (Wojciech Zieliński) prosi swojego przyjaciela Janka (Tomasz Schuchardt) o zastąpienie go w roli męża i ojca. Ma ku temu powody.
Nie chrzest syna Michała, lecz chrzest Janka właśnie jest zakończeniem filmu. W całym swoim zezwierzęceniu Janek postępuje wzniośle. Jego „gest” wobec przyjaciela pieczętuje jego relację z Michałem. Zdobyć się na to, co zrobił Janek chciałoby się oczekiwać od każdego przyjaciela… mimo przewrotności jego działań. Na ile zmieniło to Janka życie może dowiemy się w kolejnym filmie Marcina Wrony.
Film oceniam jako dobry.
poniedziałek, 1 listopada 2010
„Nasza klasa” Tadeusz Słobodzianek, reżyseria: Ondrej Spišák, scenografia: František Liptak, Teatr na Woli
Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie
„Essential Killing” zupełnie mnie nie poruszyło, za to wczorajszy spektakl bardzo. Świetny dramat, świetna reżyseria, świetna scenografia, świetnie dobrani aktorzy i świetna gra aktorska. Po prostu cymes. Uwielbiam takie wizyty w teatrze. Kiedy wracaliśmy z Jakisiem do domu gęba mi się nie zamykała, całą drogę i jeszcze później obgadywaliśmy przedstawienie.
Słobodzianek, to podobno raczej okropny dziad. Słuchałem raz wywiadu z nim w radiu po tym jak dostał nagrodę Nike. Współczułem dziennikarzowi, bo rozmówcą Słobodzianek jest makabrycznym. Zadufany w sobie, pełen jakiejś wyższości, odstręczający. A jednak napisał fantastyczny dramat. Tekst jest bardzo spójny, pełen smaczków, zaskakujący odniesieniami i spojrzeniem na bohaterów. Pierwszy akt kończy się w 1941 roku tragedią w miejscowości Jedwabne. Spytałem Jakisia, który dramat czytał, na jakim roku sztuka się kończy. Nie powiedział mi, a ja zgadując zupełnie nie trafiłem.
Dziwne jest, że reżyserował Słowak, ale OK., sztuka nie zna granic. I może dobrze, bo Ondrej Spišák podszedł do naszych polskich przywar i win bez sentymentów i usprawiedliwień. František Liptak stworzył minimalistyczną, ale pełną wyrazu scenografię. Szkolne ławki i krzesła poza podstawową funkcją grają wszystko: stodołę, kołyskę, stół weselny. Bohaterowie, a widzowie wraz z nimi, przeżywają kolejne lekcje, lekcje życia. Zaczynamy niewinnie sielanką klasową. Szybko pojawia się zgrzyt w postaci dekretu o obowiązkowej modlitwie katolickiej. Wyznanie bohaterów miało istotne znaczenie dla ich losów, jednak to oni sami kierują swoim życiem. Jakiś określił to jako teatr antyantyczny. Nie ma żadnego fatum ciążącego nad bohaterami. Edyp w „Naszej klasie” w pełni świadomie zabija ojca i żeni się z matką.
Niemało w sztuce momentów tragikomicznych i zabawnych w odniesieniach. Publiczność żywo zareagowała na wspomnienie pochówku Piłsudskiego na Wawelu. Żydówka Dora po zbiorowym gwałcie na niej jest całkiem zadowolona i żałuje, że oprawcy wyszli bez pożegnania. Komediowa aktorka Izabela Dąbrowska genialnie oddała tragikomiczność swojej postaci - Zochy. W pamięć zapada scena wręczania prezentów ślubnych, które okazują się zrabowanym mieniem żydowskim. Genialnej puenty tej sceny nie zdradzę.
Słobodzianek pojechał równo po wszystkich. Zofia Nałkowska twierdziła, że to „Ludzie ludziom zgotowali ten los”. W „Naszej klasie” także oprawcy stają się ofiarami. Dręczeni stają się dręczycielami i odwrotnie. A z lekcji jakie daje nam życie nie wyciągamy żadnych wniosków.
Akcent gejowski
Z dużą przyjemnością patrzyłem na Przemysława Sadowskiego (35 l.) w roli Menachema. Facet duży, męski, przystojny, choć nie piękniś, wyrazisty, niestety hetero, żonaty, dzieciaty. Poniżej zdjęcie. Niestety Sadowski jest zupełnie nie fotogeniczny, na żywo wygląda znacznie lepiej.
„Essential Killing” zupełnie mnie nie poruszyło, za to wczorajszy spektakl bardzo. Świetny dramat, świetna reżyseria, świetna scenografia, świetnie dobrani aktorzy i świetna gra aktorska. Po prostu cymes. Uwielbiam takie wizyty w teatrze. Kiedy wracaliśmy z Jakisiem do domu gęba mi się nie zamykała, całą drogę i jeszcze później obgadywaliśmy przedstawienie.
Słobodzianek, to podobno raczej okropny dziad. Słuchałem raz wywiadu z nim w radiu po tym jak dostał nagrodę Nike. Współczułem dziennikarzowi, bo rozmówcą Słobodzianek jest makabrycznym. Zadufany w sobie, pełen jakiejś wyższości, odstręczający. A jednak napisał fantastyczny dramat. Tekst jest bardzo spójny, pełen smaczków, zaskakujący odniesieniami i spojrzeniem na bohaterów. Pierwszy akt kończy się w 1941 roku tragedią w miejscowości Jedwabne. Spytałem Jakisia, który dramat czytał, na jakim roku sztuka się kończy. Nie powiedział mi, a ja zgadując zupełnie nie trafiłem.
Dziwne jest, że reżyserował Słowak, ale OK., sztuka nie zna granic. I może dobrze, bo Ondrej Spišák podszedł do naszych polskich przywar i win bez sentymentów i usprawiedliwień. František Liptak stworzył minimalistyczną, ale pełną wyrazu scenografię. Szkolne ławki i krzesła poza podstawową funkcją grają wszystko: stodołę, kołyskę, stół weselny. Bohaterowie, a widzowie wraz z nimi, przeżywają kolejne lekcje, lekcje życia. Zaczynamy niewinnie sielanką klasową. Szybko pojawia się zgrzyt w postaci dekretu o obowiązkowej modlitwie katolickiej. Wyznanie bohaterów miało istotne znaczenie dla ich losów, jednak to oni sami kierują swoim życiem. Jakiś określił to jako teatr antyantyczny. Nie ma żadnego fatum ciążącego nad bohaterami. Edyp w „Naszej klasie” w pełni świadomie zabija ojca i żeni się z matką.
Niemało w sztuce momentów tragikomicznych i zabawnych w odniesieniach. Publiczność żywo zareagowała na wspomnienie pochówku Piłsudskiego na Wawelu. Żydówka Dora po zbiorowym gwałcie na niej jest całkiem zadowolona i żałuje, że oprawcy wyszli bez pożegnania. Komediowa aktorka Izabela Dąbrowska genialnie oddała tragikomiczność swojej postaci - Zochy. W pamięć zapada scena wręczania prezentów ślubnych, które okazują się zrabowanym mieniem żydowskim. Genialnej puenty tej sceny nie zdradzę.
Słobodzianek pojechał równo po wszystkich. Zofia Nałkowska twierdziła, że to „Ludzie ludziom zgotowali ten los”. W „Naszej klasie” także oprawcy stają się ofiarami. Dręczeni stają się dręczycielami i odwrotnie. A z lekcji jakie daje nam życie nie wyciągamy żadnych wniosków.
Akcent gejowski
Z dużą przyjemnością patrzyłem na Przemysława Sadowskiego (35 l.) w roli Menachema. Facet duży, męski, przystojny, choć nie piękniś, wyrazisty, niestety hetero, żonaty, dzieciaty. Poniżej zdjęcie. Niestety Sadowski jest zupełnie nie fotogeniczny, na żywo wygląda znacznie lepiej.
fot. DQFilms.com
Subskrybuj:
Posty (Atom)