Te suki kalorie
Poświęciliśmy się wczoraj z Jakisiem sztuce teatralnej i nawiedziliśmy małą scenę Teatru Nowego, gdzie Norbert Rakowski zaprezentował "Mord" Hanocha Levina. Ciężkie to, więc na odtrutkę jeden z fragmentów z "Jak się pozbyć cellulitu" na tej stronie.
niedziela, 6 lutego 2011
sobota, 5 lutego 2011
Lucja z Lammermooru, Gaetano Donizetti, Joanna Woś
Wciśnięty w fotel
Wczoraj Jakiś zabrał mnie na „Łucję z Lammermooru” Gaetano Donizettiego. Nie zabrał bez powodu: partię Łucji śpiewała Joanna Woś. Ba, śpiewa już od swojego debiutu po studiach.
Dyrygent Piotr Wujtewicz grał niezbyt muzykalnie i zbyt głośno. Ireneusz Jakubowski w partii Edgara kompromitował się aż przykro było słuchać (czuć „stary” głos, pomyłki, fałszowanie). Borys Ławreniw (Artur) jak zawsze byle jak. Z tym gremium musiał się wokalnie zespolić świetny Zenon Kowalski (Edgar) i poznany wcześniej przeze mnie w „Aidzie” (Faraon) Grzegorz Szostak - tu (Rajmund). Bernadetta Grabias (Alicja) nie miała zbyt wiele do śpiewania… niestety. No i Joanna Woś (Łucja)… jej 15-minutowa „scena obłędu” wbiła mnie w fotel. Widownia całkowicie ucichła, wszyscy wstrzymali oddech – udało mi się to dostrzec. Wbrew temu, co pisze o mnie Metka (Teresa wrażliwa? Chyba na światło po przepiciu) mam zmysły, odbieram nimi i przeżywam. Czułem dreszcze, odpłynąłem, a gdy Joanna Woś skończyła miałem pot na czole. Jakiś płakał. Czy może być lepsza rekomendacja?
Joanna Woś dostała owację na stojąco. Klaskałem aż do bólu rąk. Dla takich przeżyć warto żyć... jakkolwiek egzaltowanie to brzmi.
Posłuchajcie kontrowersyjnej Sumi Jo w części z fletem 2:20 do 4:50. Joanna Woś jest znacznie lepsza, a na żywo zniewalająca. To tylko byście mieli wyobrażenie.
Wczoraj Jakiś zabrał mnie na „Łucję z Lammermooru” Gaetano Donizettiego. Nie zabrał bez powodu: partię Łucji śpiewała Joanna Woś. Ba, śpiewa już od swojego debiutu po studiach.
Dyrygent Piotr Wujtewicz grał niezbyt muzykalnie i zbyt głośno. Ireneusz Jakubowski w partii Edgara kompromitował się aż przykro było słuchać (czuć „stary” głos, pomyłki, fałszowanie). Borys Ławreniw (Artur) jak zawsze byle jak. Z tym gremium musiał się wokalnie zespolić świetny Zenon Kowalski (Edgar) i poznany wcześniej przeze mnie w „Aidzie” (Faraon) Grzegorz Szostak - tu (Rajmund). Bernadetta Grabias (Alicja) nie miała zbyt wiele do śpiewania… niestety. No i Joanna Woś (Łucja)… jej 15-minutowa „scena obłędu” wbiła mnie w fotel. Widownia całkowicie ucichła, wszyscy wstrzymali oddech – udało mi się to dostrzec. Wbrew temu, co pisze o mnie Metka (Teresa wrażliwa? Chyba na światło po przepiciu) mam zmysły, odbieram nimi i przeżywam. Czułem dreszcze, odpłynąłem, a gdy Joanna Woś skończyła miałem pot na czole. Jakiś płakał. Czy może być lepsza rekomendacja?
Joanna Woś dostała owację na stojąco. Klaskałem aż do bólu rąk. Dla takich przeżyć warto żyć... jakkolwiek egzaltowanie to brzmi.
Posłuchajcie kontrowersyjnej Sumi Jo w części z fletem 2:20 do 4:50. Joanna Woś jest znacznie lepsza, a na żywo zniewalająca. To tylko byście mieli wyobrażenie.
piątek, 4 lutego 2011
Dominika Kluźniak w „Jak pozbyć się cellulitu?” Andrzeja Saramonowicza
Spacerek z trzema peniskami
Rankiem mieliśmy iść na „Jak zostać królem”, ale Jakiś pomylił godziny. Najbliższym seansem był „Jak pozbyć się cellulitu?”. Komedia… polska… reżysera „Testosteronu”… wszystko przemawiało za tym, żeby na ten film nie iść. Ale uległem i poszedłem (torba?).
Już na początku seansu powiedziałem Jakisiowi, że mam nadzieję, że choć raz się uśmiechnę.
Ów początek był absurdalny, a potem absurd rósł. Trzy bohaterki filmu zachowują się irracjonalnie. Pozornie nic się nie trzyma kupy. I zabawa jest taka, że łzy ciekły mi z oczu. Teksty są takie, że nawet „Seksmisja” wysiada. Wizja uwięzionych i skutych kilku przystojniaków w opaskach na biodrach jest bardzo nęcąca. Upalone ziołem albo skórkami bananowymi (?!) bohaterki są przezabawne. Dominika Kluźniak ma niesamowity vis comica, a w teatrze gra role Dostojewskiego! Jej mina plus kwestia i zwijałem się ze śmiechu w fotelu. Niestety tak mniej więcej po ¾ filmu dowcip gaśnie, fabuła się rozjeżdża i film kończy się banalnym happy endem z tajemniczym, acz niezrozumiałym elementem.
Metka powinien pójść, pokocha Dominikę Kluźniak i teksty. Pozostałych też zachęcam, bo śmiechu jest po pachy.
Rankiem mieliśmy iść na „Jak zostać królem”, ale Jakiś pomylił godziny. Najbliższym seansem był „Jak pozbyć się cellulitu?”. Komedia… polska… reżysera „Testosteronu”… wszystko przemawiało za tym, żeby na ten film nie iść. Ale uległem i poszedłem (torba?).
Już na początku seansu powiedziałem Jakisiowi, że mam nadzieję, że choć raz się uśmiechnę.
Ów początek był absurdalny, a potem absurd rósł. Trzy bohaterki filmu zachowują się irracjonalnie. Pozornie nic się nie trzyma kupy. I zabawa jest taka, że łzy ciekły mi z oczu. Teksty są takie, że nawet „Seksmisja” wysiada. Wizja uwięzionych i skutych kilku przystojniaków w opaskach na biodrach jest bardzo nęcąca. Upalone ziołem albo skórkami bananowymi (?!) bohaterki są przezabawne. Dominika Kluźniak ma niesamowity vis comica, a w teatrze gra role Dostojewskiego! Jej mina plus kwestia i zwijałem się ze śmiechu w fotelu. Niestety tak mniej więcej po ¾ filmu dowcip gaśnie, fabuła się rozjeżdża i film kończy się banalnym happy endem z tajemniczym, acz niezrozumiałym elementem.
Metka powinien pójść, pokocha Dominikę Kluźniak i teksty. Pozostałych też zachęcam, bo śmiechu jest po pachy.
wtorek, 1 lutego 2011
Pierwszy raz...
Potentat warzywny
Zawsze jest ten pierwszy raz... prawda? No to i ja miałem dziś ten swój pierwszy raz.
Poproszony pojechałem rano-raniusieńko na ulicę Zjazdową w Łodzi, gdzie dokonuje się hurtowych zakupów. Tam odszukałem właściwy szpaler, wypatrzyłem pana z potrzebnymi mi warzywami, podjąłem pertraktacje cenowe i zakupiłem.
W ten oto zacny sposób na parę godzin stałem się szczęśliwym posiadaczem 300 kilogramów marchwi w cenie 0,53zł za kilogram.
Zawsze jest ten pierwszy raz... prawda? No to i ja miałem dziś ten swój pierwszy raz.
Poproszony pojechałem rano-raniusieńko na ulicę Zjazdową w Łodzi, gdzie dokonuje się hurtowych zakupów. Tam odszukałem właściwy szpaler, wypatrzyłem pana z potrzebnymi mi warzywami, podjąłem pertraktacje cenowe i zakupiłem.
W ten oto zacny sposób na parę godzin stałem się szczęśliwym posiadaczem 300 kilogramów marchwi w cenie 0,53zł za kilogram.
Subskrybuj:
Posty (Atom)