Umrzeć z miłości? Tylko po co?
Jakiś nie chciał mnie zabierać na ten spektakl w Teatrze Wielkim w Łodzi. Z góry uznał, że mi się nie spodoba, takie miałem w każdym razie wrażenie. Z braku innych atrakcji, na przekór też Jakisiowi, ale i z chęci zobaczenia opery barokowej Henry Purcella i opery współczesnej Béli Bartóka na spektakl poszedłem.
„Dydona i Eneasz” po raz pierwszy wystawiona w 1689 r. w Londynie, ma niby trzy akty, ale całość trwa raptem godzinę i przerw nie ma. Podobała mi się muzyka, bo barok trochę mnie kręci. Dźwięki klawesynu koją moje ucho. Jednak wolę barokowe tercety, czy kwartety. Libretto opery jest nudne aż do bólu. Dydona kocha Eneasza, wiedźmy chcą im zrobić kuku, a Eneasz jest rozdarty między miłością a patriotycznym obowiązkiem. Dydonie nie podoba się rozdarcie Eneasza i na tę okoliczność ad hoc umiera czyniąc mu uprzednio wyrzuty. Pierwszy raz słyszałem operę śpiewaną po angielsku, co nie zmienia faktu, że ani słowa nie można było zrozumieć. Reżyser zapomniał po co jest, balet był totalną porażką, a kostiumy były z niewiadomego powodu cyrkowe, żeby nie powiedzieć jarmarczne. Scenografia składała się z kolumienek i głowy a la Mitoraj, co mniej więcej tak się miało do treści opery, jak truskawki do octu.
W drugim akcie „Zamek Sinobrodego” z 1911 roku. Jakiś zapowiedział, że może się zdarzyć, że wyjdzie wcześniej, bo nie zdzierży muzyki. Tu libretto jest jeszcze bardziej wstrząsające. Judith kocha Sinobrodego, udaje się na jego zamek, a następnie ignorując jego prośby o pocałunki domaga się kluczy od wszystkich komnat – klucznica jedna. I tak w koło Macieju, on chce pocałunków, ona kluczy, aż się to o farsę zaczęło ocierać. Wyciska od niego kolejne klucze, ocenia wnętrza zauważając, że jej ukochanemu do wegetarianizmu daleko. Wreszcie otwiera ostatnie drzwi i okazuje się, że Sinobrody ma na nazwisko Friztl. W scenografii przybyła dodatkowa głowa... z zupełnie niepojętych powodów. Reżyser uznał, że najlepiej będzie jeśli Judith będzie się nieśpiesznie snuć po scenie, a Sinobrody zastygnie.
Ku zaskoczeniu nas obu muzyka, śpiew, a także poetycka treść dialogów bohaterów (pomijając resztę) budowały mroczną, niespokojną atmosferę. Pachniało nieco horrorem i było przejmujące. Polecam.
Obie opery łączy nieszczęśliwa miłość kobiet do mężczyzn. Niestety istotę tragizmu tych kobiet trudno w przedstawieniu znaleźć; gdzieś się to zagubiło.
poniedziałek, 14 marca 2011
piątek, 11 marca 2011
Japonia, tsunami, trzęsienie ziemi
Jak nie Godzilla, to trzęsienie ziemi i tsunami
Ci co mogą pewno śledzą co się dzieje teraz w Japonii. Filmy robią wrażenie.
Najefektowniej trzęsienie ziemi wygląda w sklepie spożywczym
Przy okazji czegoś się dowiedziałem o skali trzęsień ziemi. Otóż kiedy mówi się o trzęsieniu ziemi o sile 7 stopnie w skali Richtera i porównuje z trzęsieniem o sile 8 stopni w skali Richtera, to oznacza to, że trzęsienie ziemi o sile 8 stopni było 10 razy silniejsze od tego o stopień niższego. Automatycznie to trzęsienie ziemi, skoro miało siłę 8,9 w skali Richtera, to było blisko 100 razy silniejsze niż siedmiostopniowe trzęsienie ziemi.
A po trzęsieniu ziemi pojawiło się tsunami. Poniższy film jest najbardziej przerażający z tych jakie widziałem. Fala mknie z prędkością dochodzącą do 50 km/h. Nawet samochodem ciężko przed nią uciec, na filmie widać takich nieszczęśników. Niesamowite są płynące z nurtem płonące budynki. Duże wrażenie robi płynący bezwładnie i obijający się o budynki mały statek (łódź rybacka?). Mówi się o świetnym przygotowaniu Japończyków do takich zdarzeń. Na tym filmie widać, że kierowcy nie bardzo wiedzieli jak się zachować.
Jak uciec przed taką falą?!
fot. sankei.jp.msn.com
Film jak dotąd najlepiej ze znalezionych przeze mnie pokazujący potęgę i grozę tsunami na poziomie ulicy.
Ci co mogą pewno śledzą co się dzieje teraz w Japonii. Filmy robią wrażenie.
Najefektowniej trzęsienie ziemi wygląda w sklepie spożywczym
Przy okazji czegoś się dowiedziałem o skali trzęsień ziemi. Otóż kiedy mówi się o trzęsieniu ziemi o sile 7 stopnie w skali Richtera i porównuje z trzęsieniem o sile 8 stopni w skali Richtera, to oznacza to, że trzęsienie ziemi o sile 8 stopni było 10 razy silniejsze od tego o stopień niższego. Automatycznie to trzęsienie ziemi, skoro miało siłę 8,9 w skali Richtera, to było blisko 100 razy silniejsze niż siedmiostopniowe trzęsienie ziemi.
A po trzęsieniu ziemi pojawiło się tsunami. Poniższy film jest najbardziej przerażający z tych jakie widziałem. Fala mknie z prędkością dochodzącą do 50 km/h. Nawet samochodem ciężko przed nią uciec, na filmie widać takich nieszczęśników. Niesamowite są płynące z nurtem płonące budynki. Duże wrażenie robi płynący bezwładnie i obijający się o budynki mały statek (łódź rybacka?). Mówi się o świetnym przygotowaniu Japończyków do takich zdarzeń. Na tym filmie widać, że kierowcy nie bardzo wiedzieli jak się zachować.
Jak uciec przed taką falą?!
fot. sankei.jp.msn.com
Film jak dotąd najlepiej ze znalezionych przeze mnie pokazujący potęgę i grozę tsunami na poziomie ulicy.
czwartek, 10 marca 2011
Kochanek Czerwonej Gwiazdy, Witold Jabloński
Mit „Lubiewa” obalony
Książka Witolda Jabłońskiego trafiła do moich rąk już kilka dni temu. Potrzebowałem czasu na przeczytanie, a jak wiadomo o czas najtrudniej.
Zwraca uwagę już sama okładka. Świetnie dobrana czcionka tytułowa i rysunek. Widać, że wydawca bardzo dużo uwagi (i zapewne pieniędzy) przeznaczył na wizualną oprawę książki.
Nie jest to opowiadanie, ale też nie powieść, więc najlepiej określić tę pozycję jako nowelę. Rzecz dzieje się w Legnicy, gdzie rozwija się miłość młodego kleryka i rosyjskiego żołnierza z tamtejszego garnizonu. Tłem są przeobrażenia Polski odchodzącej od komunizmu i wchodzącej w… klerykalizm. Z deszczu pod rynnę można by powiedzieć.
Miłość Andrzeja i Siergieja jest jest trochę przesłodzona, jakbym czytał Titanica, ale czyż nie o takiej miłości wszyscy marzymy. Temu cukierkowemu romansowi Jabłoński przeciwstawia sadomasochistyczną relację Aleksa i Jarka. Dwa krańce tęczy.
Młody czytelnik dowie się trochę o rzeczywistości tamtego czasu. Wbrew pozorom ówczesnym „pedałom” wcale się źle nie żyło. Społeczeństwo i władze po prostu ich ignorowali. To dlatego wielu starszych homoseksualistów narzeka czasem na to upublicznienie nas, nie widząc w tym żadnej dodanej wartości, a jedynie strach przed upokorzeniem.
Uprzedzony byłem, że książka operuje ostrzejszym językiem…hm, albo ja się zwulgaryzowałem ostatnio, albo słowa „sperma”, „kutas”, „ruchać”, przestały na mnie robić wrażenie. W każdym razie język książki nie robił na mnie wrażenia, że jest pornograficzny.
Późne wydanie książki sprawia, że to „Lubiewo” Witkowskiego budowało dotąd mity o tamtych latach. Mity bardzo jednostronne. Mam nadzieję, że nowela Witolda Jabłońskiego zmieni ten mit.
Kupić można w Internecie:
Gildia 35,10zł
Bearbook 38,00zł
fot. http://www.sklep.gildia.pl/
Książka Witolda Jabłońskiego trafiła do moich rąk już kilka dni temu. Potrzebowałem czasu na przeczytanie, a jak wiadomo o czas najtrudniej.
Zwraca uwagę już sama okładka. Świetnie dobrana czcionka tytułowa i rysunek. Widać, że wydawca bardzo dużo uwagi (i zapewne pieniędzy) przeznaczył na wizualną oprawę książki.
Nie jest to opowiadanie, ale też nie powieść, więc najlepiej określić tę pozycję jako nowelę. Rzecz dzieje się w Legnicy, gdzie rozwija się miłość młodego kleryka i rosyjskiego żołnierza z tamtejszego garnizonu. Tłem są przeobrażenia Polski odchodzącej od komunizmu i wchodzącej w… klerykalizm. Z deszczu pod rynnę można by powiedzieć.
Miłość Andrzeja i Siergieja jest jest trochę przesłodzona, jakbym czytał Titanica, ale czyż nie o takiej miłości wszyscy marzymy. Temu cukierkowemu romansowi Jabłoński przeciwstawia sadomasochistyczną relację Aleksa i Jarka. Dwa krańce tęczy.
Młody czytelnik dowie się trochę o rzeczywistości tamtego czasu. Wbrew pozorom ówczesnym „pedałom” wcale się źle nie żyło. Społeczeństwo i władze po prostu ich ignorowali. To dlatego wielu starszych homoseksualistów narzeka czasem na to upublicznienie nas, nie widząc w tym żadnej dodanej wartości, a jedynie strach przed upokorzeniem.
Uprzedzony byłem, że książka operuje ostrzejszym językiem…hm, albo ja się zwulgaryzowałem ostatnio, albo słowa „sperma”, „kutas”, „ruchać”, przestały na mnie robić wrażenie. W każdym razie język książki nie robił na mnie wrażenia, że jest pornograficzny.
Późne wydanie książki sprawia, że to „Lubiewo” Witkowskiego budowało dotąd mity o tamtych latach. Mity bardzo jednostronne. Mam nadzieję, że nowela Witolda Jabłońskiego zmieni ten mit.
Kupić można w Internecie:
Gildia 35,10zł
Bearbook 38,00zł
wtorek, 8 marca 2011
W kozim rogu
Życie publiczne
Zapędziłem się w kozi róg. Nie mogę pisać o coraz większej liczbie zdarzeń, bo blog i owe zdarzenia są zbyt publiczne, buuu.
To przynajmniej wszystkiego najlepszego dla zaglądających na blog Pań w dniu ich święta.
Zapędziłem się w kozi róg. Nie mogę pisać o coraz większej liczbie zdarzeń, bo blog i owe zdarzenia są zbyt publiczne, buuu.
To przynajmniej wszystkiego najlepszego dla zaglądających na blog Pań w dniu ich święta.
Subskrybuj:
Posty (Atom)