Reżyserski popis
16 marca do Łodzi zawitał spektakl „Zmierzch bogów” z Teatru Wybrzeże. Reżyserem jest Grzegorz Wiśniewski, nie raz wymieniany w notkach na tym blogu. Sztuka oparta jest o scenariusz filmu Luchino Viscontiego pod tym samym tytułem. Spektakl pokazywany jest w ramach Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych, ale tym razem nie na deskach Teatru Powszechnego, lecz w Wytwórni. Swoistego smaczku dodaje, że sztuka teatralna na bazie scenariusza filmowego wystawiana jest w hali filmowej.
To co zapamiętam ze spektaklu, to imponująca scenografia Barbary Hanickiej. Dwie olbrzymie płyty – obite jakby blachą, co nawiązuje do stalowni posiadanej przez rodzinę Essenbecków, bohaterów sztuki - jednocześnie wsparte o siebie, ale i jakby upadające jedna na drugą niczym kolumny zrujnowanego starożytnego pałacu.
Na tle tej dominującej nad postaciami scenografii oglądamy smutne losy rozpadu rodziny, walki o władzę, wzajemnego wycinania się mimo coraz słabszych (ale jednak) więzów rodzinnych. Wiśniewski dostał za realizację tej sztuki nagrodę imienia Swinarskiego dla najlepszego reżysera sezonu 2009/2010. Należała się, bo to co zapamiętam, to popis sztuki reżyserskiej. Każda sytuacja pokazywała reżyserską inwencję. Chwilami łapałem się na tym, że nie sztuka mnie pochłania, a reżyseria. I w tym widzę mankament spektaklu. W pierwszym akcie aktorzy trochę nie mieli tempa i klepali dialogi. W drugim się rozruszali, ale ja już nie na nich skupiałem uwagę. W efekcie emocjonalnie wyszedłem ze spektaklu i spłynął po mnie. Cóż, bywa.
Jak będziecie mieli okazję zdecydowanie obejrzyjcie.
wtorek, 22 marca 2011
niedziela, 20 marca 2011
KSW – Konfrontacja Sztuk Walki
Schyłek cywilizacji?
Gejowski napisał mi, że wypadłem z obiegu. Trochę się zdziwiłem. Byłem w minionym tygodniu dwa razy w teatrze, w tym na jednej premierze. W sobotę odbyłem clubbing. Gejowskiego jako żywo (i nie żywo) nigdzie nie spotkałem. Nie wiem, gdzie on „bywa”. Najwyraźniej w jakichś bardzo offowych miejscach, ale pogratulować dobrego samopoczucia.
O teatrze będzie w tygodniu, dziś o wspomnianym clubbingu. Zaczęliśmy z Jakisiem w Art Caffe (al. Kościuszki 49/51, niedaleko Andrzeja Struga). Ciekawa lokalizacja w oddaleniu od Piotrkowskiej. Wewnątrz kilka mebli z dawnego Artu, ale nie wszystkie. Ten niedostatek uzupełniony jest o wyrafinowane meble hand-made z egzotycznego drewna, cudownie komponujące się zarówno ze starym pianinem, jak i industrialnym wnętrzem. Z trudem przecisnęliśmy się do baru. Tam swojski wybór alkoholi, w cenach niekoniecznie studenckich. Barman wspomniał o sporej imprez z poprzedniego dnia i też był trochę zdziwiony, że w ten sobotni wieczór, o godzinie 20:00, poza nim i nami nie było nikogo.
Wpadliśmy też na Piotrkowską 121, gdzie palić można, ale na własną odpowiedzialność. Niespecjalnie tym zachęceni wylądowaliśmy w Łodzi Kaliskiej, gdzie tłum się nie przelewał, ale za to jest salka do palenia. Post się zaczął i stąd te pustki? Czy też imprezowanie trzeba koniecznie zacząć o północy?
Z racji zobowiązań clubbing przerwaliśmy i zasiedliśmy przed telewizyjnym ekranem. Poskakałem trochę po kanałach i zatrzymałem się na dwóch muskularnych facetach z zapałem obijających sobie twarze. Nie był to boks. Panowie używali do obtłukiwania się i rąk i nóg. Wyglądało to jak połączenie boksu, zapasów, elementów wschodnich sztuk walki i ulicznej bijatyki. W tle widniał napis KSW. W Internecie znaleźliśmy, ze to Konfrontacja Sztuk Walki. Słowo „sztuk” w połączeniu z widokiem facetów z połamanymi nosami, spłaszczonymi od urazów uszami, sinymi od uderzeń łydkami, krwawymi podbiegnięciami na ciele i krwią lejącą się z pękniętych łuków brwiowych brzmiało cokolwiek niestosownie. Inna sprawa, że ci faceci magnetyzowali. Każdy po ok. 187 cm wzrostu i ok. 106 kg wagi, a jednocześnie wcale nie masywni i sprawni jak baletnice. Facet o takich parametrach uderzający drugiego stopą w szyję jednak robi wrażenie. Spróbowałem w domowych warunkach i mało zwieracza sobie nie naderwałem. (haha) Kiedyś "otarłem się" o takiego. Robiło wrażenie, że ciało ma jak skała, pod skórą same twarde mięśnie. Niestety czułości z kimś na kształt dużego, twardego głazu kończą się tylko poobijaniem.
Te walki przed żądną krwi publicznością przypominały zmagania zniewolonych gladiatorów w czasie rzymskich igrzysk. Bezmózga tłuszcza popadała w ekstazę po każdym bluźnięciu krwią na ring. Co za dno. Może mi się wydawało, ale miałem wrażenie, że widziałem tam Ge. I dziwić się, że jestem poza „obiegiem”.
Gejowski napisał mi, że wypadłem z obiegu. Trochę się zdziwiłem. Byłem w minionym tygodniu dwa razy w teatrze, w tym na jednej premierze. W sobotę odbyłem clubbing. Gejowskiego jako żywo (i nie żywo) nigdzie nie spotkałem. Nie wiem, gdzie on „bywa”. Najwyraźniej w jakichś bardzo offowych miejscach, ale pogratulować dobrego samopoczucia.
O teatrze będzie w tygodniu, dziś o wspomnianym clubbingu. Zaczęliśmy z Jakisiem w Art Caffe (al. Kościuszki 49/51, niedaleko Andrzeja Struga). Ciekawa lokalizacja w oddaleniu od Piotrkowskiej. Wewnątrz kilka mebli z dawnego Artu, ale nie wszystkie. Ten niedostatek uzupełniony jest o wyrafinowane meble hand-made z egzotycznego drewna, cudownie komponujące się zarówno ze starym pianinem, jak i industrialnym wnętrzem. Z trudem przecisnęliśmy się do baru. Tam swojski wybór alkoholi, w cenach niekoniecznie studenckich. Barman wspomniał o sporej imprez z poprzedniego dnia i też był trochę zdziwiony, że w ten sobotni wieczór, o godzinie 20:00, poza nim i nami nie było nikogo.
Wpadliśmy też na Piotrkowską 121, gdzie palić można, ale na własną odpowiedzialność. Niespecjalnie tym zachęceni wylądowaliśmy w Łodzi Kaliskiej, gdzie tłum się nie przelewał, ale za to jest salka do palenia. Post się zaczął i stąd te pustki? Czy też imprezowanie trzeba koniecznie zacząć o północy?
Z racji zobowiązań clubbing przerwaliśmy i zasiedliśmy przed telewizyjnym ekranem. Poskakałem trochę po kanałach i zatrzymałem się na dwóch muskularnych facetach z zapałem obijających sobie twarze. Nie był to boks. Panowie używali do obtłukiwania się i rąk i nóg. Wyglądało to jak połączenie boksu, zapasów, elementów wschodnich sztuk walki i ulicznej bijatyki. W tle widniał napis KSW. W Internecie znaleźliśmy, ze to Konfrontacja Sztuk Walki. Słowo „sztuk” w połączeniu z widokiem facetów z połamanymi nosami, spłaszczonymi od urazów uszami, sinymi od uderzeń łydkami, krwawymi podbiegnięciami na ciele i krwią lejącą się z pękniętych łuków brwiowych brzmiało cokolwiek niestosownie. Inna sprawa, że ci faceci magnetyzowali. Każdy po ok. 187 cm wzrostu i ok. 106 kg wagi, a jednocześnie wcale nie masywni i sprawni jak baletnice. Facet o takich parametrach uderzający drugiego stopą w szyję jednak robi wrażenie. Spróbowałem w domowych warunkach i mało zwieracza sobie nie naderwałem. (haha) Kiedyś "otarłem się" o takiego. Robiło wrażenie, że ciało ma jak skała, pod skórą same twarde mięśnie. Niestety czułości z kimś na kształt dużego, twardego głazu kończą się tylko poobijaniem.
Te walki przed żądną krwi publicznością przypominały zmagania zniewolonych gladiatorów w czasie rzymskich igrzysk. Bezmózga tłuszcza popadała w ekstazę po każdym bluźnięciu krwią na ring. Co za dno. Może mi się wydawało, ale miałem wrażenie, że widziałem tam Ge. I dziwić się, że jestem poza „obiegiem”.
czwartek, 17 marca 2011
Krzysztof Jackowski, jasnowidz z Czluchowa
Proroctwa
Niejaki Krzysztof Jackowski – jasnowidz z Człuchowa – już w grudniu 2010 na łamach Super Expressu przewidział że „Gdzieś na świecie zatrzęsie się ziemia. Ale to będzie trzęsienie największe z opisanych dotychczas. Zginie mnóstwo ludzi.” I rzeczywiście trzęsienie ziemi i tsunami w Japonii 11 marca 2011 pochłonęły jak dotąd życie 5200 ludzi, a dalszych 9000 uznaje się za zaginione.
Co dalej prorokuje pan Jackowski?
Świat:
- kolejne trzęsienie ziemi, ale w innej części świata; słabsze, ale jeszcze bardziej tragiczne w skutkach,
- w 2011 roku dojdzie do poważnego konfliktu zbrojnego na tle wpływów ekonomicznych (?),
- Unia Europejska rozpadnie się w 2011 roku,
- euro będzie spadać,
- nastąpi krach na światowych giełdach, również w Polsce w ciągu 2-3 miesięcy,
Polska:
- polska giełda przeżyje krach,
- PO będzie mieć niskie notowania w czasie jesiennych wyborów,
- prawdopodobna jest koalicja SLD z PiSdą, a Jarosław Kaczyński stanie na czele rządu.
I pomyśleć, że to wszystko mu się przyśniło. Jednego nie rozumiem. Czemu on nie ma żadnych miłych wizji?
To może ja na 2011:
- wiosna i lato będą w Polsce ciepłe i przyjemne,
- Raand nie straci organów, za to zyska nowych, skórzanych znajomych,
- Gejowski znajdzie sobie chłopaka swoich marzeń (nawet jeśli sielanka potrwa tylko do 2012 roku),
- Krowa Morska dostanie kotka (nie kota!) i dołączy go do stada,
- Jakiś dostanie ciekawą i popłatną ofertę pracy, potem kolejną,
- Metka odziedziczy posiadłość w Prowansji i nas zaprosi na wakacje,
- Xell zastąpi swoich prześladowców na ich stanowiskach.
poniedziałek, 14 marca 2011
Tomasz Lis na żywo
Profesjonalista
W swoim poniedziałkowym programie Tomasz Lis toczy dialog, rozmówcą jest niewidomy ojciec, któremu była żona uniemożliwia kontakt z dzieckiem:
- Kiedy ostatnio widział pan córkę?
Żałosne.
W swoim poniedziałkowym programie Tomasz Lis toczy dialog, rozmówcą jest niewidomy ojciec, któremu była żona uniemożliwia kontakt z dzieckiem:
- Kiedy ostatnio widział pan córkę?
Żałosne.
Subskrybuj:
Posty (Atom)