czwartek, 22 grudnia 2011

Kuchenne rewolucje, Magda Gessler

Uwaga! Wtacza się nowe


Fot. http://forum.cdaction.pl/Kuchenne-Rewolucje-t154316.html
Zaczynam od złośliwości, ale “Kuchenne rewolucje” z lokowaniem produktów w roli głównej i Magdą Gessler jako restauracyjnym Jerrym Springerem oglądamy z Jakisiem regularnie i z zaangażowaniem.
Stan polskich restauracji przedstawia się dramatycznie i módlmy się, żeby ten program oglądali ich właściciele i wyciągali wnioski. Nie wiem jak jest na restauracyjnym rynku obecnie, bo Jakiś gotuje tak świetnie, że nie ma potrzeby byśmy chodzili konsumować czyjeś nieudane specjały.

Irytująca w programie jest pretensjonalna do bólu wstawka o Gessler jako kreatorce smaku. Jeszcze nie byliśmy w jej łódzkich lokalach, ale niech się przygotują na smakową krytykę. Salonowiec był i się zachwycał. Ale on ma w kuchni szklany stół i nigdy nie zanieczyścił swojego piekarnika jakąkolwiek potrawą.

Nawet naturalne jest, że Gesslerowa sprawnie się posługuje kuchenną łaciną i piki lecą gęsto. Wreszcie trochę normalnego języka w TV. Szkoda, że “kreatorka smaku” jest często na bakier z polszczyzną (“podeszew”, “upiec steka”!), ale nie można oczekiwać zbyt wiele od lady “midjum rer”. Bo słowa “mocno”, “średnio” i “słabo” wysmażony są widocznie passé, bo polskie.

Każdy program jest robiony na jedno kopyto, ale Gessler zgarnia pewno taką gażę, że na redaktora brakuje.

Czy nie ma tam wpadek? Mnóstwo. Z tego jednego odcinka, dzisiejszego, kardynalny, sypanie mielonego pieprzu z torebki! Żaden dobry kucharz by sobie na to nie pozwolił.

Gessler niestety nie proponuje w programie niczego lekkiego. Dominują jakieś ciężkie potrawy o wiejskiej, bądź mainstreamowej proweniencji.

Program ma blisko czteromilionową widownię. Choćbym się skichał, to gdybym pisał o kulturze i własnych podbojach seksualnych naraz, Metkowe niepowodzenia uwzględniając, to takiej widowni nie zbiorę. To może zacznę te programy recenzować? Gessler ma to w dupie, mnie się jakieś fajniejsze reklamy pojawią, w które może klikniecie, a ja na ćwiartkę wódy rocznie zbiorę.

wtorek, 20 grudnia 2011

Facebook zabija

Czy mogę liczyć na zmartwychwstanie?

Wejście na Facebook kończy się dla mnie informacją, że “Konto tymczasowo niedostępne”. Wygląda to tak:
image
Zaś przy próbie wejścia na mój profil jest informacja, że profil jest niedostępny.

Czy ja jeszcze żyję?

Wielka Gala Operowa, Teatr Wielki w Lodzi

Wielki Artystyczny Popis

Fot. Teatr Wielki w Łodzi
Na gali siedzieliśmy z Jakisiem na miejscach po prostu wymarzonych jak na tego typu spektakl. Ludzi tłum, choć czemu kilkanaście osób wyszło po pierwszej części pojąć nie mogę. Może dostali obstrukcji i nie chcieli zanieczyścić siedzeń. Innych powodów, by stracić szansę na obejrzenie całości nie znajduję.

Owszem, nie pasowały mi światła. Jakieś kolorystyczne landrynki rzucane bez ładu i składu, a z dramaturgią śpiewanych arii mające tyle wspólnego, co kameleon ze śniegiem. Prowadzący galę byli sztywni i sprawiali wrażenie czytających bez zrozumienia treści, ale ujmowali młodością. Nie chcę się naśmiewać, ale publiczności niewiele brakowało, by wpaść w doskonały nastrój, gdy się przedstawili: Michalina Sosna i Karol Puciaty.

Dobór repertuaru trzeba przyznać niebanalny, a zakończenie arią z “Anny Boleyn” (Joanna Woś), która na scenie Teatru Wielkiego nigdy nie zagościła, niosące nadzieję.

Pierwsza część miała trochę charakter prezentacyjny. Można było poznać nieco dłużące się fragmenty z CV łódzkich solistów oraz ich kondycję wokalną. Niestety “popisy” Krzysztofa Marciniaka, który zastąpił wymienianego na afiszach Krzysztofa Bednarka i nowych nabytków opery sopranów Aleksandry Novina-Chacińskiej i Anny Wiśniewskiej-Schoppa nie wzbudziły entuzjazmu publiczności. Marciniak śpiewał rozkołysanym głosem, Novina-Chacińska histerycznym i ordynarnym, a Wiśniewska-Schoppa za nisko.  Do tego Ruben Silva popisał się tempem żółwia z Galapagos, a nie południowo-amerykańskiej Boliwii.

Szczęście, że wciąż w świetnej kondycji są Bernadetta Grabias, Joanna Woś, Monika Cichocka, Agnieszka Makówka i Dorota Wójcik. Ta ostatnia wciąż kojarzy mi się ze śpiewem peronowym niestety – jak można było sobie tak wizerunek zszargać!  Makówka szokowała fryzurą na pankówę. Zastanawiające, że wyglądała na 10 lat młodszą od Grabias, której głowę zdobił fryz na babcię, choć jako żywo proporcje wiekowe między solistkami są odwrotne. Aktorsko najwyraźniej zaprezentowała się Cichocka. Aż przyjemnie było popatrzeć. A największe owacje jak zwykle zebrała doskonała Woś.

Z panów ujął mnie w pasie i nie tylko Patryk Rymanowski. Ileż aktorskiej swady w partii Leporella z Don Giovanniego! Grzegorz Szostak wyciskał swym śpiewem łzy, a Zenon Kowalski ujmował talentem.

Panowie ubrani bez szału, ale panie wspaniale. Jedność stylu, dopasowanie do osobowości postaci, a jednocześnie uwzględnienie, że to “tylko” koncert. Cichocka (na niebiesko) i Makówka (w dziwnym spodnium) świetnie wykorzystały kostiumy w swoich ariach.  Chapeau bas za kostiumy dla Marii Balcerek. 

Dodam jeszcze, że wprowadzona do formuły koncertu lekka reżyseria występów (lekka, ale na tyle wyraźna, że nie siedzi się jak na castingu śpiewaków) oraz ciekawa, jakby nawiązująca do zbliżających się przeobrażeń teatru scenografia (nity; też dzieło Balcerek) dopełniały całości.

Kto nie był i być nie może niech żałuje.

Gay Santa

Od ptaka do Witkowskiego

Ja już zarzuciłem masowe spędy jajeczkowe na rzecz spotkań bardziej kameralnych. Jednak Gejowski, jak co roku, sprosił gości bez umiaru, było ze 30 osób, w tym płci i orientacji odmiennej.
Spóźniłem się mocno z racji innych zobowiązań i zjawiłem w stroju całkowicie nieprzystającym do okoliczności. A i tak nie byłem najbardziej spóźniony! 

Byłem raptem 2 godziny, całkiem zresztą na trzeżwo i właściwie byłem uczestnikiem tylko jednego wydarzenia – rozdawania prezentów. Sam nie miałem niestety żadnego prezentu dla nikogo, tak się w tym roku złożyło. A dostałem prezenty tyleż cenne, co intrygujące.

Pierwszy w moje ręce wpadł ptak… ale niestety porcelitowy, więc mało użyteczny. Pojęcia nie mam, komu zawdzięczam to niebywałej urody cacko.

Kolejny był flakon z oliwą, która po bliższej inspekcji okazała się być octem. Nie wiem jak zaprawiony ziołami ocet będzie smakował, ale flakon wykorzystam. Darczyńca nieznany.

Podobnie jak wyżej wymieniona oliwa vel ocet przemyślanym prezentem kogoś, kto czyta mój blog, bądź mnie zna był zestaw nasion ziół: bazylii, oregano i szczypiorku (po angielsku "chives", na co w życiu bym nie wpadł), w zgrabnych metalowych opakowaniach wprost do postawienia na parapecie. Może to ktoś, kto dzieli moją ziołową pasję, ale kto to, nie wiem.

Häxa zaskoczyła mnie książką o Teatrze Nowym. Nie ma wyjścia, przeczytam i stanę się znanym w mieście specem od historii tego teatru.

Salonowiec uraczył mnie książką, którą jak przyznał sam powinien przeczytać, ale gdy zobaczył ją w księgarni, to chwilowo tylko ja mu przyszedłem na myśl. Taki mój los w tym młodocianym gronie. Inna sprawa, że wszyscy mnie komplementowali, że “jak na swój wiek” świetnie wyglądam.

Ostatnią książkę przygotował dla mnie Gejowski. I mnie zaskoczył. Często podkreślał, że najwartościowsze prezenty, to te według własnego pomysłu i przemysłu (NB. to ja wymyśliłem ten koncept). Kupno książki nie jest z tej kategorii, ale już zaopatrzenie jej we własnoręczną dedykację autora dla mnie, to pomysł przedni. Tylko, co będzie myślała o tym wpisie rodzina, gdy książkę po mnie odziedziczy?


Gdy wychodziłem podłoga już była pokryta kleistą mazią z porozlewanych napojów. Rano przypominała pewno zaniedbane klepisko. Kolejnego dnia Gejowski wciąż zbierał siły do wzięcia się za sprzątanie.

Mam rok na szukanie pomysłów na przyszłoroczne  Gay Santa.