środa, 24 października 2012

In vitro

Racja leży po jednej stronie

"Niedopuszczalnym jest, by posłowie w głosowaniu nad sprawami światopoglądowymi kierowali się wskazaniami szefa partii"
uważa rzecznik Konferencji Episkopatu Polski, ks. Józef Kloch.

Racja! Nie po to istnieje KEP, jako jedyny wyznacznik tego co słuszne, a co nie, żeby posłowie słuchali kogoś innego.


wtorek, 23 października 2012

Anna Grodzka do Parlamentu Europejskiego?

Ma tylko zasiadać?

Fot. gazeta.pl
Klub parlamentarny Ruchu Palikota zrobił sobie głosowanie i wyszło, że Anna Grodzka jest liderem pośród kandydatów RP na posła do Parlamentu Europejskiego.

Trochę się zdziwiłem, że kolejnymi pod względem liczby głosów byli Andrzej Olechowski,  Aleksander Kwaśniewski i Magdalena Środa. Ale z drugiej strony w RP jakoś specjalnie osobowości nie widać.

Ja mam wprawdzie może mylne wrażenie, ale nie widzę jakiegoś większego zaangażowania posłanki Grodzkiej w bieżącą politykę. Nie widziałem jej wypowiedzi z Sejmu, nie widać jej w mediach. To oczywiście byłoby miłe, że osoba transseksualna reprezentowałaby właśnie Polskę. Jednak poza byciem transseksualną wolałbym, żeby posłanka Grodzka nieco bardziej się udzielała.

Ostatni wpis na blogu Anny Grodzkiej ma datę 7 grudnia 2011 roku (!!!). Wcześniej jest o zachwytach związanych ze zwycięską kampanią wyborczą. Ostatnie informacje znalazłem z września z Kongresu Kobiet, gdzie opowiadała o swoim życiu. A co dzieje się z Anną Grodzką - posłanką?

Ja wiem. Powinienem być cały za. Jednak mam wrażenie, że Polska bardziej potrzebuje sprawnych i mądrych polityków, i w Sejmie, i w europarlamencie, a nie "kobiety z brodą".

Posłankę Grodzką (i wszystkich oburzonych) bardzo przepraszam za użyte porównanie, ale próbuję być obiektywny, co w moim przypadku oznacza bycie wrednym. Należy się zdecydować, czy jest się politykiem, czy jedynie widowiskiem.


poniedziałek, 22 października 2012

Piotr Jarecki - biskup na gazie

Nie pouczaj, bo na latarni wylądujesz

fot. kosciol.wiara.pl
Najciekawsze w sobotnim wypadku pana biskupa jest to, że w latarnię wjechał o godzinie 14 i że miał 2,6 promila w wydychanym powietrzu.

2,6 promila niewiele mówi. Zaledwie 0,5 promila jest już uznawane za stan nietrzeźwości. Gdy zawartość przekracza 2 promile delikwent zatacza się, jest senny i bełkocze.

Przyjąłem, że pan biskup waży 85kg (nie wygląda na opasłego jak koledzy po fachu), a to by oznaczało, że wypił ok. 154,7g czystego alkoholu etylowego. W przeliczeniu na wódkę równałoby się to niemal połowie litra 40% wódki i to pod warunkiem, że pan biskup wypił tę wódę około godziny przed wjechaniem w latarnię, a żołądek miał całkiem pusty.

Czy komuś z was zdarzyło się tak nałoić tuż po południu?

Zabawne jest też, że pan biskup często nawoływał swoje owieczki do abstynencji.

Pamiętamy ciągle obowiązujące hasło, że dobrowolna, całkowita abstynencja wielu powinna prowadzić do trzeźwości wszystkich - napominał bp Jarecki. [fakt.pl]

Smutne, że oświadczenie jakie przekazał mediom świadczy o tym, że pan biskup najwyraźniej jest alkoholikiem.

I tak oto znowu pouczający maluczkich okazują się być zwykłymi ludźmi, którzy sami nie wyrabiają na krętych ścieżkach życia.

Mamy już karę dla nawalonego biskupa - czekającą na zaakceptowanie przez sąd: 8 miesięcy prac społecznych po 20 godzin miesięcznie i zakaz prowadzenia wszelkich pojazdów przez 4 lata.

Zauważono wprawdzie, że w stanie upojenia jeździł po centrum miasta przy dużym natężeniu ruchu, ale wzięto pod uwagę, że nie był dotąd karany.
O terapii odwykowej ani słowa. Zakaz prowadzenia też raczej mało dolegliwy, bo i tak powinien jeździć z kierowcą. 20 godzin miesięcznie prac społecznych, to godzina dziennie z wolnymi weekendami. Jakie prace społeczne ma wykonywać nie zostało określone, więc wystarczy jakiś papierek z podległej kościołowi instytucji. Prawo jazdy jak rozumiem zachowuje - uciążliwy będzie więc jedynie stres, gdy będzie się chciał gdzieś wyrwać incognito.

Ech, biskup to ma klawe życie!


piątek, 19 października 2012

Konkurs na stanowisko

Fikcja

Czy ktoś z Was brał kiedyś udział w jakimś tzw. konkursie na jakieś stanowisko? Pewno niewielu/niewiele.
Instytucja konkursu została wprowadzona jakiś czas temu i miała na celu wyłanianie kandydatów o najlepszych kwalifikacjach.

Kiedy słyszymy słowo konkurs, każdy wyobraża sobie, że wszyscy kandydaci startują na równych prawach, a wygrywa najlepszy z nich wedle ściśle określonych reguł.

Jaka jest rzeczywistość? Chyba nikt nie ma złudzeń. Polska spod znaku Platformy Obywatelskiej to kraj, w którym chyba jeszcze tylko wyniki lotto nie są znane przed losowaniem. W każdym innym przypadku wynik tzw. “konkursu” jest z góry ustalony.

Nieco zmieniając fakty, by ukryć swoją tożsamość przedstawię własne doświadczenia w tym względzie.
Znalazłem ogłoszenie instytucji samorządowej – rządzonej przez Platformę Obywatelską rzecz jasna – dotyczącą stanowiska zgodnego z moim wykształceniem, doświadczeniem i zainteresowaniami. Ruszyłem więc. Złożyłem wymagane dokumenty. Przeszedłem w licznym gronie odpowiednie testy z wiedzy. Dostąpiłem zaszczytu rozmowy z komisją konkursową. Ba, nawet poznałem kontrkandydatów w liczbie nieprzekraczającej liczby palców u jednej dłoni.

Mijały miesiące. Okazało się, że mimo poświęconego czasu instytucja odstąpiła od wytypowania kandydata na stanowisko. Ale czujnie trzymałem rękę na pulsie. Więcej, pojawiałem się we wszystkich miejscach, gdzie teoretycznie, a nawet z obowiązku, powinni pojawiać się członkowie komisji konkursowej. Nie pojawiali się niestety.

Aż pewnego dnia jeden, a konkretnie jedna z kontrakandydatur została uznana za najwłaściwszą. Nieskromnie powiem, że z pobieżnego oglądu pozostałych byłem kandydatem idealnym. Jednak poległem. Zainteresowałem się więc zwycięzcą. Imię i nazwisko nie było tajemnicą, a Internet przechowuje aż nadmiar informacji.

Nie wdając się w szczegóły, przedstawię to obrazowo. Ja dokładnie wiedziałem, że 2 razy 2 równa się cztery. Konkurentka miała w tym zakresie wiedzę na poziomie: “a co to jest mnożenie?” Ja miałem za sobą wieloletnie doświadczenie w dziedzinie wymaganej od kandydatów na stanowisko. Konkurentka, mogła się pochwalić doświadczeniem z dziedzin nie mających nic wspólnego ze stanowiskiem na jakie aplikowała. Poza wiedzą i doświadczeniem wykazałem się również znajomością bieżących zagadnień. Konkurentka nie mogła się wykazać, ponieważ jej zainteresowania oscylowały wokół tipsów własnych, bądź cudzych.
Ale to ja odpadłem, a zwycięska konkurentka stanowisko objęła.

Posprawdzałem i sprawa stała się jasna. Ja mogłem się pochwalić swoimi imponującymi dokonaniami, konkurentka zaś, jest pierworodną działacza Platformy Obywatelskiej.

W ten oto sposób “selekcja negatywna” zaaplikowana przez Platformę Obywatelską ma wpływ na to jak rządzony jest nasz kraj.

Słyszysz “konkurs”, miej świadomość, że wynik jest znany jeszcze przed jego ogłoszeniem.