piątek, 28 stycznia 2011

Zimowy zastój

 Bezruch

Jakiś wyjechał i nigdzie mnie nie zabiera, Metka ciągle w rozjazdach, Gejowski zajęty randkowaniem (podobno), Ego i Raand zajęci własnymi sprawami, Krowa Morska i Hiszpan pewno mają sporo zajęć ze swoim zwierzyńcem, Xell milczy... no to i nic się nie dzieje, i nie mam o czym pisać. Wszyscy się zahibernowali?

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Gra planszowa Monopoly, warianty

 Wchodzisz do gry? 

Nic nie piszę, bo nic specjalnego się nie dzieje. Metka i Gwiazda stali się szczęśliwymi posiadaczami gry planszowej "Monopoly" i w ten weekend uskuteczniliśmy trzy gry. Pierwszą partię wygrał Jakiś, mimo że nigdy w taką grę nie grał (może poza chińczykiem we wczesnym dzieciństwie, którego już nie wspomni). Nie pamiętam kto zdominował drugą rozgrywkę.
Trzecią, zwycięska dla Gwiazdy, graliśmy ze zmienionymi regułami. Zamiast po 1500 dolców rozdaliśmy sobie po 800. W efekcie każdemu brakowało kasy i nie dawało się kupić każdego pola na jakim się stanęło, przez co trzeba je było wystawiać na licytację dla innych graczy - licytacje były zażarte (jeden błąd jaki popełniliśmy, to pozwolenie na uczestnictwo w licytacji gracza, który z zakupu po cenie nominalnej zrezygnował). Ten element był fajny, bo zmniejszał wpływ łutu szczęścia i można było kupić ulicę, na której graczom zależy. Emocji było wiele. Kolejną zmianą w naszej następnej grze będzie też zakończenie gry po bankructwie jednego z graczy - bo o zabawę chodzi, a nie żeby ktoś siedział i się nudził.

Dodam, jakby ktoś nie wiedział, że gra ma długą historię. Powstała w czasach wielkiego kryzysu. Autorka chciała pokazać jak szybko można wykończyć przeciwników, gdy ma się monopol. I rzeczywiście, wystarczy, że komuś los da odpowiedni zestaw pól i pozostali nie mają szans, prędzej, czy później muszą zbankrutować. Tyle tylko, że gra opiera się nie na kalkulacji, lecz na przypadku. Winston Churchil podobno cenił sobie tę grę, bo pozwalała upokorzyć przyjaciół nie czyniąc im krzywdy. Nie podoba mi się takie podejście. W kontaktach towarzyskich nie o upokarzanie chodzi.

Innym wariantem jest wprowadzenie do gry podatku katastralnego. Trochę to skomplikuje grę, ale może dobrze na nią wpłynie.

środa, 19 stycznia 2011

Aida, Giuseppe Verdi, Teatr Wielki

Masz plany na wieczór? A idę na Aidę

Aida jest dosyć ponurą historią miłosnego trójkąta. Ona (Amneris, córka faraona) kocha jego (Radames, dowódca wojsk), a on z wzajemnością inną (Aida, córka króla Etiopii, niewolnica Amneris). Do tego dużo jest o miłości do ojczyzny, najlepiej własnej.

Teatr nie-Wielki nie daje wielu szans na obejrzenie tej opery, ale inscenizacja jest na bogato i to pewno stąd. Kilku solistów, duże chóry, idiotyczne baleciki. Bohaterką wieczoru była Jolanta Bibel, obchodząca XXX-lecie pracy artystycznej. Miła babka z niej musi być, skoro, po przedstawieniu przy opuszczonej kurtynie, chór odśpiewał jej sto lat wraz z dodatkami.

Zabawne było słyszeć dyrektora teatru, który gratuluje jubilatce występów w różnych operach w tym w „Rusałce” Dvořáka. Widzicie ten odwrócony daszek nad „r”? Przez ten daszek czyta się to „Dworzak”, dla DYREKTORA TEATRU WIELKIEGO BYŁ TO JEDNAK „DWORAK”. Gratulował też roli Adalgisy z „Normy” Belliniego nie wiedząc, że czyta się „adaldżizy”, a nie tak jak się pisze. Pan dyrektor-niewielki Marek Szyjko ma operowe obycie takie, jak ja nie przymierzając w neurochirurgii. Kilka osób wokół mnie podśmiewało się nielicho po tych wpadkach. Co to za dyletant?!

Niestety przedstawienie odebrałem bez emocji. Nie wiem, może miałem zły dzień. Żadnych emocji nie mogłem z siebie wyzwolić. Fabuła jest oczywiście banalna. Muzyka wspaniała. Może przesyt we mnie wszedł? Może zaczyna mnie nużyć ta operowa rutyna?

Niestety z racji późnego zakończenia spektaklu nie dałem rady dotrzeć do Xella na Pam Ann. Szkoda i przepraszam, że nie dotarłem.

niedziela, 16 stycznia 2011

Katarzyna Kozyra, skandal, Zachęta

Płeć jako kostium

Wystawa Katarzyny Kozyry w Zachęcie potrwa jeszcze do 13 lutego, ale cieszę się, że oglądanie jej mam już za sobą. Na wystawie są prace, które już znałem, ale też kilka takich, których nigdy nie widziałem. Pierwszy raz widziałem "na żywo" pracę dyplomową Kozyry z wypchanych zwierząt, ongiś uznaną za skandaliczną "Piramidę zwierząt".

Jakiś dał się na wystawę wyciągnąć, ale nie udało nam się podyskutować o tym, co zobaczyliśmy. To chwilę podyskutuję sam ze sobą. Prace Kozyry nie szokują mnie. Może dlatego, że jestem już tak zblazowany, że trudno mnie zaszokować. Autorka sama mówi, że nieprzekraczalną granicą jest dla niej własny wstręt. Dla mnie raczej też, więc póki wstrętu nie odczuwam jest OK. Kozyra zaczęła od instalacji, "Piramidy zwierząt", ale teraz już poświęciła się całkowicie sztuce wideo. Większość prezentowanych prac to po prostu filmy.

Wspólnym mianownikiem jej prac jest między innymi ciało i płeć. Jakżesz to jest względne. Ona zna swoje ciało od najboleśniejszej strony po przebytej chorobie nowotworowej. Jest niezbyt kobiecą kobietą, mam wrażenie opiewającą piękno męskiego ciała, aż do chęci przybrania takiego ciała i eksperymentowania z nim.
Gdy zdejmiemy ubrania i pozostaną tylko nasze gołe ciała jedyne, co nas odróżnia, to stopień ich rozkładu i płeć. Kozyra pokazuje transpłciowe transformacje mężczyzn. Kobiet też to przecież dotyczy, ale artystka jakoś to pomija. Czemu w niej taka fascynacja mężczyznami? Nie wiem. Przecież zarówno kobiety, jak i mężczyźni lubią się przebierać, zmieniać, przybierać pozy. Na ogół są to kostiumy zgodne z zewnętrznie odbieraną płcią, ale przecież nie zawsze i sama płeć staje się przez to li tylko kostiumem.