niedziela, 30 grudnia 2012

Gejowski bolszewizm

Z religijnym zacietrzewieniem

Notka Philippe Ariño „Cóż, jestem zwykłą ciotą” wywołała niemal powołanie spełecznego ruchu przeciwko odŚwiętnej Teresie.

Z pewnościa jestem dokuczliwy, irytujący, wkurwiający, a nawet chamski, czasem też głupi i naiwny, ale zawsze zadziwia mnie oczekiwanie, że racja jest tylko jedna. Pomysł, że małżeństwa są społeczności LGBT zbędne nie jest mój, lecz należy do Philippe'a  Ariño. Ja się trochę jego koncepcją pobawiłem zbierając przy okazji kubeł pomyj.

Jakoś ostatnio ciągle ląduję w sytuacjach, że oczekiwane jest ode mnie zgadzanie się z innymi. Jakby to było obowiązkowe. Moja natura buntuje się przeciwko temu, czasem aż staję się agresywny.

Wyszło, że nawet próba zaprezentowania innych poglądów jest źle widziana. Bo przecież podważa to przyrodzone prawa.

Ariño nie zniechęca do walki o pełnię praw dla osób LGBT, ale z drugiej strony zauważa, że wszystkie strony są zmanipulowane i podlegają pewnej iluzji.

Kwestia związków dla osób LGBT stała się dla wielu osób swoistą religią ze świętymi, apostołami, kapłanami i gorliwymi wyznawcami. Szczególnie gorliwi wyznawcy są całkowicie zaślapieni. Kapłani, na przykład w rodzaju Roberta Biedronia, mają zapewnioną uwagę mediów i własnego środowiska. Żaś zwykli geje i lesbijki mają... nudny serial.

Jak każda religia, taki i ta związana ze związkami partnerskimi dla gejów i lesbijek, nie toleruje żadnych herezji. Istnieje tylko jedna słuszna linia, a wygrana wymaga, by wszyscy ją przyjęli. Kto jej nie chce podzielać najpierw jest szykanowany, a w końcu pewno trafi na stos.

Kochani, z Nowym Rokiem "Trzy razy tak" (to taka żaluzja dla wtajemniczonych). Lepiej?

piątek, 28 grudnia 2012

Philippe Ariño

„Cóż, jestem zwykłą ciotą”

Przypadkiem trafilem na artykuł zaczynający się od tytułowych słów na salon24.

I wbrew powszechnym chyba opiniom zgadzam się z omawianym dziennikarzem.

Chcesz homomałżeństw, bo...

1) heterycy mają taką mozliwość - i co? zazdrościsz im? większość twoich heteroseksualnych znajomych żyje w sformalizowanych związkach? czas od jednego związku do drugiego chcesz mieć uświetniony odpowiednim certyfikatem?

2) możnaby się było wspólnie rozliczać - jesteś tak małostkowy? chcesz oszczędzić na podatkach, żeby mieć kasę na wyjazdy na Teneryfę, czy do Tajlandii?

3) oficjalnie byś mógł mówić "mój mąż" - zamiast mój "misiu", "kotku", "kapibarko"?

4) po śmierci partnera wejdziesz w posiadanie jego nieruchomości - bo partnera się ma, żeby się na tym dorobić?

5) będziesz mógł swobodnie odwiedzać partnera w szpitalu - bo teraz, jeśli ma raka, to nie wiadomo, czy w 2020, kiedy wreszcie rozpocznie się jego leczenie, uda się w jego ostatnich dniach odwiedzić go w szpitalu?

6) listonosz nie poprosi cię o dowód, gdy będziesz odbierać korespondencję partnera - bo teraz jest z tym namolny?

7) teściowa cię pokocha - jak każda teściowa, prawda?

8) utrzesz nosa konserwatystom - a to zmieni ich nastawienie?

9) sąsiedzi spojrzą na was życzliwiej - zaraz po weselu?

10) chcesz żyć w zgodzie z tradycją - jak twoi ojcowie i ojcowie twoich ojców, którzy tylko o tym marzyli?

Więc jeszcze raz, twoje osobiste szczęście zależy od usankcjonowania homoseksualnych małżeństw? 

Rezolutnie zapytam:

SONDA
Chcę homoseksualnych małżeństw, bo...

partner mnie wtedy nie rzuci
pokażę wszystkim, że jestem normalny
otoczenie zmieni podej¶cie do mnie
dorobię się na partnerze
to się opłaca (finansowo)
partner będzie mi wierny, a ja jemu
chcę mieć wesele
jeste¶ tradycjonalist±
zrobię konserwatystom na zło¶ć
inne (dodaj w komentarzach)
pomyłka, nie zależy mi na małżenstwie

czwartek, 27 grudnia 2012

I po świętach 2012

Trenowanie paska

Jeszcze w niedzielę 23  grudnia wydawało się, że będziemy mieć white christmas, a już następnego dnia nadzieja rozpuściła się w kałuży. Jedni synptycy zapowiadali mrozy, inni odwilż. Jeszcze w wigilię wigilii, gdy było -8 stopni Celsjusza wydawało się, że ci pierwsi mieli rację. Ale już następnego dnia widać było, że święta będa na solidnym plusie. I były. Temperatury sięgały w ciągu dnia 8 stopni na plusie, więc bożenarodzenie przypominało raczej wielkanoc.

Ja święta spędziłem tradycyjnie: dwa dni ostrych przygotowań z krojeniem, gotowaniem, mieszaniem i kręceniem, a potem trzy dni popuszczania pasa, by dopasować się do gwałtownie puchnącego żołądka.

W każdym razie było rodzinnie. Część posiłków u mojej rodziny, część u Jakisia. Syto, słodko... aż do zmęczenia materiału.

W ostatni dzień świąt po prostu umarłem. Nie mogłem już patrzeć na jedzenie, a myśl o wyjściu z domu była ostatnią.

Jeszcze tylko sylwestrowe napięcie, trzech kropiwnickich króli i dłuuugie oczekiwanie na wiosenne przesilenie.

No i ten nowy rok, w który wchodzę z nadzieją (Z nadzieją, a nie PRZY nadziei). Może złudną, ale cóż pozostało.

piątek, 21 grudnia 2012

Bezplatne parkowanie w centrum Lodzi

Sztuka przetrwania

Podjechałem dziś do centrum Łodzi i dostałem wkurwu. Nie tylko nie ma gdzie parkować, ale jeszcze jest to absurdalnie drogie. Szczęśliwie nie jeżdżę do centrum na cały dzień, a tylko żeby coś załatwić. Ma to ten minus, że nigdy nie wiem ile mi zejdzie, więc nigdy nie wiem ile mam zapłacić w parkomacie. Zapłacę więcej: wąż mi umiera w kieszeni, zapłacę za mało: stresuję się, że rekieterzy w mundurkach wlepią mi mandat. Więc jak każdy normalny obywatel zacząłem kombinować.

Fot. zdit.uml.lodz.pl
Od 1 grudnia 2012 roku władze Łodzi postanowiły, że będą wysysać z mieszkańców więcej pieniędzy. Nie tylko powiększono obszar płatnego parkowania w godzinach 8:00 - 18:00 o jakieś 40%, ale też podniesiono opłaty o 50%.

Stawki opłat za parkowanie pojazdów samochodowych w Strefie Płatnego Parkowania:
• za pierwsze ½ godziny - 1,50 zł,
• za pierwszą godzinę - 3,00 zł,
• za drugą godzinę - 3,60 zł,
• za trzecią godzinę - 4,30 zł,
• za czwartą i każdą kolejną - 3,00 zł.
Opłaty za poszczególne godziny sumują się. Bilet parkingowy za jeden dzień - 25,00 zł

Opłaty nie dotyczą oczywiście miejskich urzędników i radnych. Mogą parkować bez żadnych opłat w samym centrum miasta przy urzędzie. Zwykli mieszkańcy zachęcani są do korzystania z komunikacji miejskiej.

Nie jest tak, że brzydzę się komunikacją miejską, ale gdy chcę pozałatwiać kilka spraw, w tym zrobić zakupy, wolę korzystać z samochodu. Bo w posiadaniu samochodu właśnie o to chodzi. I nie zmieni tego bzdurna polityka miejskich urzędników.

Przypuszczam, że nie jestem jedynym, który w misternej siatce pobierania haraczu przez miasto szuka dziur. Znalazłem jedną (czerwona kropka), a inni może podpowiedzą mi inne, w różnych rejonach miasta.

1) róg Mickiewicza i Wólczańskiej (wjazd od Wólczańskiej) - miejsc jest na minimum setkę samochodów i jest dosyć gęsto, ale szanse na zaparkowanie są,

2) ...

Z pewnością jest mnóstwo podwórek i zaułków, które też nadają się do parkowania. Trzeba tylko wiedzieć gdzie one są.


wtorek, 18 grudnia 2012

Dożywocie za homoseksualizm...

...w prezencie pod choinkę

Fot. www.sbs.com.au z retuszem
Nic tak nie uraduje Ojca Świętego jak troska o życie poczęte, czy celebrowanie małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny.

Kobiety powinny rodzić przyszłych żołnierzy Kościoła, a ich mężowie - poza gorliwym zapładnianiem swoich małżonek - nie poprzestawać w wysiłkach służenia jedynej wierze.

Zbliża się czas upamiętniający Boże Narodzenie. Jakże miły sercu Niemieckiego Papieża będzie prezent ugandyjskiego parlamentu karający więzieniem zboczeńców. W imię pokoju na świecie.


Papież Benedykt XVI błogosławi Rebeccę Kadaga (12 grudnia 2012) - przewodniczącą ugandyjskiego parlamentu - która jest pełna nadziei, że prawa skazujące homoseksualistów przynajmniej na więzienie, w tym dożywocie, zostaną wprowadzone w Ugandzie jeszcze przed końcem roku.

Fot. pinknews.co.uk
 Ja wprawdzie zdaję sobie sprawę z tego, że papież jest bezwolną kukłą spotykającą się, błogosławiącą i wykonującą inne czary-mary wobec każdego kogo podsunie mu jego otoczenie. Ale kim on się otoczył? SS-manami?

Katolicy wszystkich krajów... wstydźcie się!

Fot. jak wyżej

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Homoseksualizm - kolejny pomysl

Kiedy rozpoczną się badania genetyczne przyczyn katolicyzmu?

Zainteresowanych odsyłam do tokfm i artykułu źródłowego.

W skrócie tajemnica ma się kryć w epigenetyce - nauce zajmującej się badaniem dziedziczenia cech, które nie są zakodowane bezpośrednio w sekwencji DNA.

Chodzi o znaczniki epigenetyczne. Owe znaczniki decydują o tym, w jaki sposób konkretny gen jest wyrażany (czy się aktywuje, kiedy, gdzie i jak mocno podczas rozwoju płodu).

Najczęściej znaczniki są tworzone samoistnie przez płód, który "wie", że jest chłopcem lub dziewczynką. Mogą jednak być przenoszone między pokoleniami. Co więcej, na DNA chłopca mogą się przenieść znaczniki matki, a na DNA dziewczynki znaczniki ojca. Ma to wpływ na zmianę reakcji płodu na wahania hormonów matki. Może to - mamy do czynienia tylko z teorią - skutkować homoseksualizmem lub transseksualizmem.

Brzmi to sensownie, przynajmniej dla laika.

Jest tam jednak jeszcze wzmianka o tym, że ma to wpływ na feminizację płodu męskiego i maskulinizację płodu żeńskiego. I to jakoś mi nie gra. Stereotyp sugeruje wprawdzie zniewieścienie gejów i zmaskulinizowanie lesbijek, jednak nie wszystkie lesbijki są męskie i nie wszyscy geje są zniewieściali. Wręcz bywa tak, że są lesbijki bardzo kobiece i geje bardzo męscy. Co ich różni od heteronormatywu, to pociąg do swojej płci. Odbywa się to przecież niekoniecznie na zasadzie, że męski gej szuka zniewieściałego partnera. Powiedziałbym, że jest odwrotnie, męscy geje szukają sobie podobnych i to samo zniewieściali.

Rozmówca TOK.FM profesor Jan Brzeski przyrównuje tę sytuację do genetycznie przenoszonego koloru włosów, który chorobą nie jest i mukowiscydozy, która jest uznawana za chorobę.

Nie podoba mi się to zestawienie.

Postawię sprawę mocniej: jednych pociągają osobnicy tej samej płci, a inni wierzą w krasnoludki i cuda Jezusa Chrystusa. Może należałoby rozpocząć badania genetyczne nad przyczynami, dla których są ludzie hołdujący różnym hokus-pokus?


czwartek, 13 grudnia 2012

Kurzęce mięso

Żyć za 1zł dziennie? Da się zrobić

Śniadanie
Śniadanie nie odbiegało od codziennych śniadań: jajko na miękko, żółty ser,  plasterek szynki i herbata z cytryną. Jako pieczywo wystąpiła ciabatta, a za smar posłużył Pyszny Duet.

Około 2 miesięcy temu zauważyłem u Gejowskiego maszynkę do pieczenia chleba. Nie chciał pożyczyć na testy, ale o zdarzeniu opowiedziałem Jakisiowi, który zaraz następnego dnia wrócił z Lidla z takim właśnie urządzeniem firmy Silvercrest. Kupionym zresztą okazyjnie, bo z 10% zniżką. Zamiast 200zł zapłacił 180zł.

Od tego czasu nie biegamy do piekarni tylko pieczemy chleb w domu. Przetestowaliśmy wszystkie Lidlowe mieszanki i do gustu przypadły nam jedynie dwie: chleb słonecznikowy (sonenblumen-kernbrot) i ciabatta. Pozostałe były zbyt gliniaste. Nawet sztuczki w rodzaju dodawania ugotowanego ziemniaka nie pomagały. Są też polskie mieszanki, do których trzeba dodawać drożdże, ale one też nie przeszły naszych testów pomyślnie.

Jeden 750g bochenek kosztuje 2,65zł (całe opakowanie kosztuje 5,30zł). To tyle co 15 bułek po 50g każda z Biedronki po 0,25zł za sztukę (razem 3,75zł). Wychodzi taniej, a do tego zapach pieczonego chleba wypełniający całe mieszkanie.

Najlepiej jest tak ustawić pieczenie, by chleb był gotowy na poranny posiłek. Pierwszy test nocnego wypieku był irytujący. Urządzenie zaczęło działać około 4 w nocy i niestety w panującej ciszy odgłosy mieszania i popiskiwania roznosiły się po całym mieszkaniu. Kolejne wypieki robiliśmy w łazience, która najlepiej wytłumia wszystkie odgłosy.

Inną wpadką było skromne spotkanie z Metką Boską, Gwiazdą, Raandem i jego lubym. Chleb wstawiłem zbyt późno i gotowy był, gdy goście już byli. Ledwo wyjąłem zaczęli chleb jeść. Poszedł cały bochenek. Niestety dało to przykre efekty następnego dnia. Wszyscy czterej mieli dolegliwości. Ja i Jakiś nie jedliśmy, żeby dla gości starczyło i nam się upiekło. Ale nauka z tego taka, że pieczony w domu chleb lepiej jeść po tym jak wystygnie.

Obiad
Krupniku ciąg dalszy. Zupa jest bardzo tania, a zimą ją ubóstwiam. Składniki banalne: zwłoki kurzęce, pietruszka, marchewka, seler, kasza jęczmienna. Jakiś wprowadził nowy sposób gotowania zwłok. Gotuje je w wodzie przez 4 godziny na minimalnym ogniu, tak by tylko pyrkało, ale nie wrzało. Dzięki temu wszystkie składniki z mięsa wygotowują się i przechodzą do wywaru. Nawet chrząstki się rozpuszczają. Dzięki temu zupa jest syta i rozgrzewająca.

Trochę o zwłokach.
Kiedyś kupowaliśmy gotowe zwłoki, czyli kurczę bez piersi, nóg i skrzydełek. Jednak bardziej opłacalne jest kupienie całej kury i dokonanie sekcji. Przy zwłokach pozostają jedynie skrzydełka, których nie uznajemy za warte przeznaczenia do innych dań. Piersi i nogi wędrują do zamrażarki z przeznaczeniem na kolejny obiad.

Wygotowane zwłoki nie idą do kosza, ale są podstawą dalszej obróbki. Dziś głównym daniem znowu były buraczki zasmażane oraz danie z mięsa ze zwłok, ze szpeclami w sosie pomidorowym. 0,15zł to buraczki, reszta warta była jakieś 0,50zł. Tym samym na osobę kosztowało to około 0,65zł. Gdybyśmy takie dania jedli codziennie przez miesiąc wyniosłyby to na jednego 19,50zł.

Próbowaliśmy się porównać ze słynnym studentem Kewinem Dąbrowskim żywiącym się w październiku 2012 roku za 1zł dziennie. Chyba jesteśmy w stanie mu dorównać przy jednocześnie dużo bardziej rozmaitych posiłkach.

Z czasem uda mi się do tych dań dodać wartości i wtedy się okaże.

Co to są szpecle? Ha, też nie wiedziałem. To moje odkrycie 2011 roku w restauracji w Niemczech. Później okazało się, że są dostępne w Lidlu w dwóch wersjach suszonej i świeżej. W sumie jest to rodzaj lanych klusek. Robienie ich samodzielnie jest kłopotliwe, a kupne są nie mniej dobre.

O jedzeniu można jak o zieleni ;)


środa, 12 grudnia 2012

Smacznie i tanio

Sztuka wyboru

Gdzieś przeczytałem, że osoby homoseksualne są bardzo rozważnymi konsumentami. Ja i Jakiś potwierdzamy to w całej pełni. Nasze wybory są zawsze przemyślane. Może to przeczyć jakiemuś stereotypowi o szlaeńczym konsumpcjonizmie osób nieheteronormatywnych. Wizyta w sklepie jest dla nas nie tylko okazją do podziwiania zdarzających się egzemplarzy płci najpiękniejszej, ale też do prowadzenia gry z usiłującymi nas oszukać sklepikarzami.

Do swojego bloga dołączę porady z cyklu "co warto kupić, a czego nie" oraz, co z tego można przyrządzić. W tagach będzie to pod "smacznie i tanio".

Na początek dwie stare historyjki.

Hipermarket Real obwieścił, że jak się znajdzie gdzieś towar w niższej cenie niż u nich, to zwrócą różnicę. Dzień wcześniej kupowałem Żołądkową gorzką w Biedronce. Rzuciłem okiem w Realu i cena była wyższa. Wzięliśmy butelkę i z innymi zakupami udaliśmy się do kasy. Butelka poszła na pierwszy rzut. Powiedziałem kasjerce, że wczoraj kupiłem ten alkohol taniej, więc chcę zwrotu różnicy. Kasjerka nie miała pojęcia, co zrobić. Zadzwoniła po pomoc. Pomoc przyszła i też nic nie wiedziała. Wspólnie uznaliśmy, że to reklamowy kant Reala i zrezygnowaliśmy z zakupu butelki.

Jednak Real uparł się na nas. Jakiś wyciąga gazetki hipermarketów ze skrzynki i patrzy, co się opłaca kupić. Real trwał w swojej obietnicy zwrotu różnicy, jesli coś jest dostępne taniej gdzie indziej. Zwykłe porównanie gazetek pokazało, że winogrona (o ile dobrze pamiętam) są tańsze w Carrefourze. Odpuściliśmy uznając, że nie ma co jechać do Reala, bo i tak nie będą wiedzieć, co z tym fantem zrobić.

Śniadanie
Po dwie kromki pieczonego w domu chleba słonecznikowego z Lidla, ser żółty i twarożek z Carrefoura. Herbata. Jakiś dostał kanapkę "do szkoły".

Obiad
Krupnik na kurzych zwłokach odartych z nóg i piersi, ziemniaki z kotletem schabowym (Grot: porcja za 3zł), buraczki zasmażane (na bazie surowych buraków z Carrefour [0,88zł/kg] i jednego jabłka - 0,15zł za porcję). Razem jakieś 4zł na osobę. Gdyby nie płodozmian naszego menu miesięcznie takie obiady kosztowałyby nas (pomijając prąd, dodatki i robociznę) 240zł. I byłoby to bardzo drogo, gdyż był to jeden z droższych obiadów.

Kolacja
Kolacji się nie je.






poniedziałek, 10 grudnia 2012

Glupota duchownych nie zna granic

Emerytalna zmiana płci kontra teoria wielkiego pierdu

"Gość Niedzielny" - takie pisemko dla pomyleńców - zamieściło bełkot Marka Dziewieckiego ( wg opisu tego katolickiego tabloidu: teologa i psychologa, autora licznych publikacji m.in. na temat psychologii zdrowia, profilaktyki i terapii uzależnień, pełniącego m.in. funkcję Krajowego Duszpasterza Powołań). W felietonie pt. "Ideologia 'gender' i… wcześniejsza emerytura" rzuca ów księżulo śmiałą tezę:
Skoro według ideologii „gender” każdy człowiek może sobie sam określić, jakiej chce być płci, to może też dowolną liczbę razy zmieniać swoje zdanie w tym względzie i w różnych fazach życia uznawać siebie za osobę innej płci. Według tej ideologii człowiek ma prawo zmieniać „płeć” wyłącznie w oparciu o swoje aktualne przekonanie, ze wszystkimi konsekwencjami takich działań, na przykład z opuszczeniem małżonka i porzuceniem swoich dzieci włącznie. Z kolei państwo” przyjmuje na siebie obowiązek za każdym razem respektować decyzję danego obywatela, wystawiać mu nowe dokumenty, przyznawać odmienne prawa. Może zatem być tak, że w krajach, w których kobiety przechodzą wcześniej na emeryturę, mężczyzna zadeklaruje w odpowiednim urzędzie, że oto odtąd jest kobietą i państwo będzie zmuszone wcześniej niż mężczyznom wypłacać mu emeryturę. Nie będzie potrzebna żadna operacja, zażywanie hormonów czy zmiana wyglądu zewnętrznego, gdyż według ideologii „gender” płeć biologiczna nie ma tu znaczenia. Ważne jest jedynie subiektywne przekonanie danej osoby co do tego, jakiej jest płci.
Cóż za troska! I jeszcze: i kto to mówi?! Wyznawca religii głoszącej, że pierwszym sputnikiem Ziemi był trup niejakiego Joszue, jako nekrocelebryta znany pod pseudonimem Jezus Chrystus, wyniesiony na orbitę mocą metanu, dwutlenku węgla, azotu, wodoru i siarkowodoru gwałtownie wydostających się z gnijącego ciała w momencie utraty jędrności zwieraczy osiągając w ten sposób pierwszą prędkość kosmiczną (tzw. teoria wielkiego pierdu). 

NB. brak odpowiedniej wentylacji trumny może doprowadzić do jej rozsadzenia w wyniku działania gazów powstających w gnijącym ciele.

Zupełnie kuriozalne jest, że to indywiduum uczestniczyło w przeszłości w pracach Ministerstwa Edukacji Narodowej nad programem przedmiotu "Wychowanie do życia w rodzinie".

"Myśl" kaznodziei można rozwinąć. Na przykład: kobiety masowo będą deklarować zmianę płci, by móc sikać na stojąco przy pisuarze zamiast trenować cierpliwość zwieraczy w kolejce do damskiej toalety. Inne podobnie absurdalne w klimacie wzmiankowanego klechy? Piszcie śmiało.

Naprawdę staram się nie być antyklerykałem, ale tępota kato-queens jest, jak to się ładnie mówi, porażająca.

sobota, 8 grudnia 2012

Z pamiętnika młodej lekarki

Pamięć peselowa

Ostatnio w telewizji pewien pan wyglądający młodo, ale bez przesady, powiedział, że nie pamięta stanu wojennego, ale czytał o nim.

Skoro nie pamięta stanu wojennego, to pewno nie słyszał też o programie radiowej trójki "60 minut na godzinę", w którym leciało "Z pamiętnika młodej lekarki", ani nawet o "Powtórce z rozrywki", w której felietono-skecze Ewy Szumańskiej były powtarzane.

I najwyraźniej większość zaglądających na mój blog w ogóle nie zdaje sobie sprawy, że przed ich narodzinami świat też istniał. Stąd takie totalne niezrozumienie mojej notki "1 grudnia Światowy Dzień Walki z AIDS".

Czy humor z tamtych czasów już przebrzmiał? Moim zdaniem nie. Na pewno jednak trzeba się nań otworzyć i niestety znać odniesienia. Bez tego, to jak rozmowa ze ślepym o kolorach.

Wypada więc zapytać was moi drodzy, ile właściwie macie lat?! Proszę podajcie przedział lat w jakim się urodziliście.


SONDA
Ustaw się w przedziale wiekowym

urodzony przed 1972
urodzony między 1972 - 1980
urodzony między 1981 - 1990
urodzony między 1991 - 2000
urodzony po 2000

9 grudnia 2012, godz. 00:05: Chwilowo 17 osób ujawniło z jakiego są przedziału wiekowego.

35% jest w wieku 40+
29% jest w wieku między 32, a 40
29% jest w wieku między 22, a 31
6%   jest w wieku między 12, a 21
0%   ma poniżej 12 lat

Muszę przyznać, że jestem zaskoczony, ale za to przyjemnie. Fajnie, że zaglądają do mnie głównie starsi i nie jestem jakimś tam "kominkiem". Co znajdują młodsi? Pewno nie to, czego szukali. Ale sonda nadal zbiera dane więc zobaczymy, jak wyglądają proporcje.

9 grudnia 2012, godz. 18:00 Czas mija, proporcje się zmieniają.

22% jest w wieku 40+
48% jest w wieku między 32, a 40
19% jest w wieku między 22, a 31
11% jest w wieku między 12, a 21
0%   ma poniżej 12 lat

Teraz dominują trzydziestolatkowie, a osoby 32+ to blisko 2/3 odwiedzających. Ta ostatnia grupa powinna słyszeć o "60 minut na godzinę", "Powtórce z rozrywki" i "Z pamiętnika młodej lekarki".

środa, 5 grudnia 2012

Last Christmas - Gangnam style

Chyba nadążam

To kompletnie chore, ale skoro Xell to lansuje, to może coś w tym jest.

Po półlitrze daje się to nawet słuchać, a na zakrapianej imprezie może zadziałać równie pobudzająco, co "Majteczki w kropeczki".


poniedziałek, 3 grudnia 2012

Afghanistan U.S. Troops

Call me maybe

Dla wszystkich, którzy dostrzegli mój całkiem udany tekst 1 grudnia Światowy dzień Walki z AIDS.

Wersja oryginalna


Wersja z oryginalnym teledyskiem


piątek, 30 listopada 2012

1 grudnia Światowy Dzień Walki z AIDS

Z pamiętnika młodej lekarki

Niewtajemniczeni niech najpierw posłuchają tego:



żeby mieć lepsze wyobrażenie.

A co to takiego "Z pamiętnika młodej lekarki"? Wszystko na wiki.


- Będąc młodą lekarką na wysuniętej placówce... na rubieży, stawiana jestem przed szerokim wachlarzem zjawisk [pukanie] Oto jedno z nich.

- Dzień dobry Pani Doktór.
- Dzię dobry. Na coż się pan uskarża?
- Na wstępie zaznaczam, że jeśli jeżdżę na rowerze, to tylko na tandemie.
- Rozumię pana nomęklaturę, ale w czym rzecz?
- Otóż zdarzyło mi się wsiąść na cudzy tandem bez błotnika i obawiam się, że się uświniłem na tyle.
- Do siebie: Przychodnia jest czasem jak konf..., konfensjonał. Głośno: Proszę nie wyprzedzać, diangnoza jest moją de..., demeną. Bardzo dobrze pan zrobił przychodząc.
- Ale czy ja może niepotrzebnie Panią Doktór kłopoczę? Żadnego uświnienia nie zauważyłem.
- To normalne, gdyż uświnienie pańskie znajduje się od tylu i nie może go pan sam zobaczyć. A kiedy pan zesiadł z tego obcego tandemu?
- Już ze trzy miesiące temu.
- To dobrze, gdyż błoto już mocno przyschło i będę mogła śmiało diangnozować.
- Ale wszyscy mówią, że jak się będę dobrze odżywiać, to błoto samo odpadnie.
- Do siebie: niewiedza lokalnej społeczności jest czasem zatrważająca. Głośno: Dobrze, że pan nie wierzy w gusła, które są wsze..., wszte..., wsteczne.
- I Pani Doktór by mi to błoto usunęła?
- Niestety choćby mię przeszyły wszystkie błyskawice wiedzy zawodowej naraz, to jeśli ma pan błoto, to już się go nie da usunąć.
- Więc co wtedy?
- Gdyby pan miał błoto, a byśmy o tym nie wiedzieli, to chodziłby pan z nim, brudził innych, aż w końcu wżarłoby się tak, że by przodem wyszło. I wtedy cała moja wiedza medyczna nie zdałaby się na nic. Gdy jednak wykryjemy błoto wcześnie medycyna zna spencyfiki dzięki którym będzie pan mógł żyć jak dotychczas i błoto się głębiej nie weżre. Proszę się położyć na leżance na brzuchu.
- Zręcznym ruchem ostro zakończonej szpatułki pobrałam nieczystość umniejscowioną na tyle pacjęta [drapanie] i poddałam analizie [ping, ping].
- Już po wszystkiem. Rokowania są pomyślne. Znalazłam jedynie zanieczyszczenia od dżdżu, zaś ani śladu błota.
- Dziękuję Pani Doktór stukrotnie.
- Proszę jednak pamiętać, że gdy znowu pan wsiądzie na obcy tandem, niech pan sprawdzi, czy ma błotniki.
- Jakże jestem wdzięczny Pani Doktór, oto koperta.
- W każdej innej sytuacji mój parapet jest do pana dyspozycji, ale dziś jego powierzchnia może być  nietkniętą.

- Pozostawiona sama sobie w mym gabinecie zadumałam się. Tylu tandemiarzy widać koło przychodni, a wszedł do mnię tylko ten jeden pacjęt. Toż to grozi globalną pan..., pantandemią! Do usłyszenia.

środa, 28 listopada 2012

Polska: homoseksualny partner jak konkubina

Osoba tej samej płci

A to stąd, a to stamtąd nadchodzą wiadomości o kolejnych uprawnieniach nabywanych przez homoseksualne pary. Polska rzadko jest przywoływana jako miejsce, gdzie coś się zmieniło pod tym względem. A jednak.

Nie można powiedzieć, że to efekt woli politycznej całej klasy politycznej, czy chociaż jej części. Nawet społeczeństwo specjalnie się nie zmieniło i problemy swoich mniejszości nadal traktuje po macoszemu. Ba, sami zainteresowani w czasie parad i innych form prezentowania swojego stanowiska niespecjalnie skupiali się na załatwianiu spraw trywialnych, ale jakże życiowych i potrzebnych.

Tym razem sojusznikiem okazało się prawo, a konkretnie instytucja Sądu Najwyższego.

Sąd ten na pytanie z jednego z sądów okręgowych odpowiedział. Zgodnie z artykułem 691 par. 1 kodeksu cywilnego osoby bliskie najemcy, które stale z nim mieszkały, stają się - w chwili jego śmierci - najemcami  mieszkania. Wśród uprawnionych jest wymieniona "osoba, która pozostawała faktycznie we wspólnym pożyciu z najemcą". W uchwale (sygn. III CZP 68/12) Sąd Najwyższy orzekł, że osobą pozostającą we wspólnym pożyciu z najemcą jest osoba połączona z najemcą więzią uczuciową, fizyczną i gospodarczą; także osoba tej samej płci.

Niby tak niewiele, a jak cieszy.

Kubuś Puchatek

Literatura faktu

Fot. www.plejada.pl
Pewnego razu Kubuś, Prosiaczek i Królik wybrali się do dziupli Sowy na skraju Stumilowego lasu. Kubuś przyniósł ze sobą miód i napar z liści, a Prosiaczek pyszny wywar z ziemniaczków. Królik niczego nie przyniósł, ale Sowa raczyła go swoimi zapasami. Radosna zabawa trwała w najlepsze. Jednak czy to miód, czy napar z liści mocno uderzył Puchatkowi do głowy. Nie pierwszy to już raz Puchatkowi od nadmiaru miodu jego mały rozumek stawał się jeszcze mniejszy. Ociężały Prosiaczek i Królik nawet nie zauważyli, gdy Puchatek wystawił głowę z dziupli i na cały las zaczął krzyczeć do mieszkającego obok Dzięcioła, żeby przeczytał mu dwadzieścia cztery bajki.

Zbudził się Wróbel z sąsiedztwa, a nawet mieszkający daleko Dzik. Zbudził się nawet Krzyś i postanowił uciszyć rozbawione towarzystwo. Powitali go Sowa i Tygrysek. Krzyś upomniał Sowę, że noc już późna i mieszkańcy lasu chcą spać. Tygrysek, który zawsze czuwa nad swoimi przyjaciółmi zapewnił, że uciszy Puchatka i hałasy więcej się nie powtórzą. Uspokojony Krzyś poszedł spać.

Gdy miód był już wypity Puchatek, Prosiaczek i Królik pożegnali się z Sową. Noc była rześka, a niebo gwiaździste. Rozochocony Puchatek zachęcił Prosiaczka i Królika do wizyty u Krecika, który zawsze trzymał trochę miodu na wypadek wizyty Puchatka. Krętymi leśnymi duktami szybko dotarli do środka lasu, gdzie Krecik ma swoją norkę. Norka Krecika wprawdzie ostatnimi czasy nie cieszyła się dobrą sławą, ale Puchatek zwabiony miodem zdawał się o tym nie pamiętać.

Myślenie nie jest łatwe, ale można się do niego przyzwyczaić.
Kubuś Puchatek

W tym czasie środek lasu przemierzała wraz ze swymi młodymi Kangurzyca. Nigdy nie była w tych okolicach. Wszędzie cicho i pusto więc ciekawie wsunęła pyszczek do pełnej gwaru norki Krecika. Jednak wejście do norki była dla niej zbyt małe. Posmutniała Kangurzyca tym bardziej, że jej młode znudziły się już wędrówką przez las i chciały trochę odpocząć, a tu taki niefart. Przycupnęła więc Kangurzyca opodal kreciej norki, najmłodszego kangurka schowała do torby i zapadli w drzemkę.

Kiedy zawołasz do króliczej norki: "Hej, jest tam kto?", a glos z wnętrza odpowie: "Nie!", to znaczy chyba, że nie jesteś mile widziany.
Kłapouchy

Opuszczający krecią norkę Puchatek, Prosiaczek i Królik w pierwszym momencie nawet nie zauważyli drzemiącej obok Kangurzycy i jej młodych. Podśpiewujący Puchatek jednak niemal na nią wpadł. Przeciągnął łapką po długiej nodze Kangurzycy i zdziwił się, że jest taka fajnie włochata. Pomrukiwał przy tym z przyjemności, bo misie lubią takie miłe włochatości. Zaciekawiony już chciał sięgnąć łapką do kangurzej torby, gdy znienacka Kangurzyca się zbudziła.

Nikt do końca nie wie, co się stało dalej. Krzyki Puchatka, Prosiaczka i Królika zbudziły Krzysia. Krzyś przetarł oczy i zobaczył leżących na ściółce przyjaciół. Trochę nieprzytomny z niewyspania wysłuchał ich skarg. Prosiaczkowi wcisnął naderwane oczko, Puchatka przytulił, a Królikowe naderwane ucho zostawił do przyszycia na rano. Po czym odstawił nieszczęśliwych przyjaciół do ich legowisk. Zrozumiał, że w okolicy pojawiła się Kangurzyca. Bez trudu ją znalazł i do wyjaśnienia sprawy zamknął wraz z młodymi w pudełku od butów.

Bo wypadek to dziwna rzecz. Nigdy go nie ma, dopóki się nie wydarzy... 
 Kłapouchy

Rano następnego dnia Prosiaczek raźno wziął pióro i papier i opisał co się przyjaciołom w nocy wydarzyło. Puchatek przepisał list Prosiaczka w wielu egzemplarzach i rozwiesił w całym lesie. Wieść o nocnych wydarzeniach szybko dotarła do Leśnego Bractwa, do którego należą i Puchatek i Prosiaczek. Leśne Bractwo bardzo się zdziwiło, że w lesie są też kangury, bo o kangurach dotąd nie słyszało. Postanowiło się ująć za Puchatkiem i Prosiaczkiem, tak jak zawsze się ujmuje za swoimi braćmi, a nawet siostrami. Leśne Bractwo zaprosiło do swojej siedziby w sąsiednim lesie wszystkie kukułki, po jednej z każdego lasu, i pokazało urwane oczko Prosiaczka i wyrwane futerko Puchatka. Kukułki rozleciały się po lasach i łąkach wszędzie kukając "Kangurzym skrytowłochaczom mówimy stanowcze nie!".

Puchatka nadal bolało miejsce po wyrwanym futerku, a Prosiaczka oczko, ale cieszyli się, że kukukułki o nich kukają, a dzięcioły niemal na każdym drzewie zgrabnie w korze wykuły ich obolałe pyszczki.

Lepszy niewielki aplauz niż żaden, choćby był z lekka pozbawiony zapału.
Kłapouchy

Krzyś nie miał tego dnia czasu dla przyjaciół. Słyszał kukułki i pomyślał sobie, że na drugi raz Puchatek i Prosiaczek nie będą się już wałęsać po lesie w nocy zaczepiając wszystko, co włochate.

Leśne Bractwo nie zasypywało jednak gruszek w popiele. Sprawą ma się zająć sam A.A. Milne. I nie ma przebacz. Atak Kangurzycy i jej młodych na Puchatka i Prosiaczka jest jak atak na całe Leśne Bractwo. Oczko za oczko, futerko za futerko. Leśne Bractwo już nawet planuje leśną kampanię z obolałymi pyszczkami Puchatka i Prosiaczka i hasłem "Bo chciałem tylko pogłaskać jej futerko".

Krzyś wezwał Puchatka, Prosiaczka i Królika do siebie. Kazał spojrzeć w pudełko od butów i rozpoznać Kangurzycę i jej potomstwo. Puchatek trochę się wahał i zapytał, czy może przejechać łapką po kangurzej nodze. Krzyś się nie zgodził. Ale i tak przyjaciele nie mieli wątpliwości i kiwając głowkami potwierdzili, że to ta Kangurzyca i jej młode. Rozpoznali nawet najmłodszego synka Kangurzycy, który strachliwie wychylał główkę z jej torby. "Tak, to maleństwo też" - potwierdził stanowczo Puchatek.

Wszystkie leśne zwierzątka bardzo współczują Puchatkowi, Prosiaczkowi i Królikowi. Kukułki już cichną, ale i tak wszyscy są ciekawi dalszego ciągu.

niedziela, 25 listopada 2012

Fu klub - Lódź atak na gości

A nie mówiłem

13 listopada zamieściłem notkę o nowootwartym łódzkim klubie branżowym. Nie minęły dwa tygodnie, a moje przewidywania już się sprawdziły.

Tamtą notkę zakończyłem ostrzeżeniem związanym z bezpieczeństwem w tym klubie. Ponieważ jednak zabrzmiało to zbyt mocno, a swojego czarnowidztwa nie miałem jak uzasadnić, więc ostrzeżenie przed zbliżaniem się do tego klubu usunąłem.

W sobotę - a raczej dziś około 1 w nocy - w bezpośrednim sąsiedztwie doszło do dotkliwego pobicia kilku gości klubu opuszczających ten przybytek. Działo się to na tyle blisko, że całe zdarzenie zostało zarejestrowane przez monitoring. "Ochrona" klubu zajęta była własnym szatniarskim interesem i nie udzieliła pobitym żadnej pomocy. Biorąc pod uwagę, że owa szatniarska ochrona liczy około siedmiu rosłych mężczyzn, a napastników było tylko czterech śmiało można domniemywać, że samym swoim pojawieniem się przepłoszyliby zbirów. Nie zrobili tego jednak.

Pewno akurat zajęci byli liczeniem wpływów z szatniarskiej kasy. Nota bene są to dochody całkowicie nielegalne, bo kasy fiskalnej oczywiście w szatni nie ma.

A może napastnicy byli ich znajomymi? Wcale bym się nie zdziwił. Na pierwszy rzut oka widać, że to szemrane towarzystwo. "Ochrona" - jak opisałem w poprzedniej notce - bardzo gorliwie reagowała na "niezgodne z zasadami klubu" przebywanie na jego terenie w okryciach wierzchnich (nawet na zewnętrznym tarasie). W sytuacji ataku na gości klubu schowali się w swojej szatni, jak tchórzliwe szczury.

Poszkodowani sami wezwali policję, która szybko schwytała czterech napastników.

Tym razem więc śmiało i bez ogródek ostrzegam przed wizytami w Fu klubie. Pamiętajcie, że jesteście obserwowani, gdy tam wchodzicie oraz na miejscu przez tzw. "ochronę", która mozliwe, że jest w stałym kontakcie z okoliczną żulią gotową na wezwanie przybyć i okraść lub pobić wychodzących.

piątek, 23 listopada 2012

Nieoczekiwana wymiana zdań

Zauważony zauważ

Jakiś zajęty, więc do lokalnego sklepu, w którym robimy często zakupy pojechałem samotnie. Powrzucałem do torby wszystko, co było zaplanowane i raz dwa do kasy. Przede mną dwie osoby. Kasjerka każdemu mówi dzień dobry... wiem, że to wymuszona uprzejmość wymagana przez pracodawcę, ale zawsze to miłe. Niestety niewiele osób zaszczyca kasjerkę swoją uwagą. Takie ludzie.

Kasjerka i mnie mówi dzień dobry, Jako człowiek kulturalny, choć gej, zawsze odpowiadam i staram się to robić z uśmiechem, żeby choć w ten sposób ubarwić monotonię pracy osób siedzących za kasą.

Wszystkie pip przebrzmiały, wyciągnąłem kartę i przytknąłem do czytnika.

- Czy już? - spytałem niepewny wyniku operacji.
- Jeszcze się łączy - odpowiedziała kasjerka razem ze mną obserwując terminal. - Dziś pan sam na zakupach? - zagaiła.

Nieco mnie to zaskoczyło, bo za cholerę nie kojarzyłem dziewczyny. Nieco onieśmielony odrzekłem:
- Tak, sam.
- To kolega pewno zajęty gotowaniem? - padło jako ni to stwierdzenie, ni to pytanie.
- Tak. - uprzejmie potwierdziłem, choć zaskoczenie malujące się na mojej twarzy było porównywalne z szokiem jakiego doznała Maryja, gdy okazało się, że jest zapylona. - Do widzenia - rzekłem z uśmiechem i wyszedłem ze sklepu.

W drodze do domu wyglądałem jak idiota zaśmiewając się sam do siebie.

Metka wprawdzie podał mi dziś przykład ludzkiej głupoty, ale jednak ludzie normalnieją. Na jedno i drugie powinniśmy reagować. Na głupotę - korygująco, na uprzejmość - docenieniem.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Paryż protestuje

Małżeństwa kontra PACS

Jedni protestują tak:
fot. wiadomosci.wp.pl
Takie to słodkie, że aż nie mogłem się powstrzymać przed zamieszczeniem.

Drudzy protestują tak:
Fot. tv5.org
Hasło z transparentu: "Potrzebuję jednego taty i jednej mamy!", w Polsce byłoby uzupełnione o: "i jednej beczki/ kocyka/ okienka życia".

czwartek, 15 listopada 2012

Konopnicka, Gmyz, Wiedeń

W oparach absurdu

Fot. twojewiadomosci.com.pl
Konopnicka
Narodowcy śpiewają Rotę napisaną przez Marię Konopnicką mimo jej niemoralnego prowadzenia się według ich standardów - o standardach z czasów jej życia nawet nie wspominając. Więcej, mają ją za ikonę, a to że porzuciła męża, wdawała się w romanse z młodszymi mężczyznami, porzuciła dzieci, mieszkała z "przyjaciółką", o której wyrażała się per "Pietrek" i z nią (nim?) została pochowana, to akceptowalna Norma (przez duże "N"). A mówi się o nich, że to tacy konserwatyści!

Gmyz
Przeczytałem o spotkaniu pana Gmyza Cezarego ze słuchaczami w TOK FM. Dziennikarze to najczęściej dyletanci, ale pan Gmyz, to jaskrawy przypadek piszącego, który z powodu swojej totalnej i najbardziej podstawowej niewiedzy śmiało wprowadza wszystkich w błąd i nie ma nawet skrupułów. Ba, nawet nie rozumie o co kaman. W kolejnych swoich enuncjacjach obwieści pewno, że w szczątkach trupolewa wykryto także: amfetaminę, kokainę, LSD, ecstasy, marihuanę, a także minerały księżycowe i marsjańskie, co może sugerować spisek o charakterze międzygalaktycznym.

Wiedeń
W Wiedniu zaś Leopold Museum reklamuje się zdjęciem nagich piłkarzy (powyżej), co podobno wzbudziło kontrowersje. Oni to mają problemy!


Elektroniczna śmierć

Kamień

Jakoś zupełnie przypadkiem na TVP Kultura trafiłem na program o umieraniu, eutanazji i śmierci. Dyskusja była ciekawa, ale mnie tknęło coś innego.

Wszystkie zdjęcia z ostatnich paru lat mam na kompie. Odbitek nie robię. Nawet na Facebooka nie wrzucam. Testamentu nie napisałem, haseł nikt nie zna. To wszystko szlag trafi razem ze mną.

Konta na Facebooku podobno nie ma jak usunąć. Będę więc tam tkwił niczym elektroniczny zombie dopóki jakiś litościwy administrator nie usunie mojego konta.

Konta mailowe po jakimś czasie zostaną usunięte. Ale moja epistolografia światowej literatury nie zasili... przepadnie razem z kontem.

Bank, choć internetowy, będzie się musiał podzielić z moimi spadkobiercami swą niepewną zawartością. A potem zapomni o mnie, czyniąc mnie elektronicznym zerem.

Brak kolejnych notek na blogu wyzwoli reakcję programu. Ale zapytanie skierowane na moje zarejestrowane konto mailowe nigdy nie zostanie odpowiedziane. Tym samym ja, autor bloga, przejdę w elektroniczny niebyt.

Wszystko fajnie, jeśli będę miał czas na porządkowanie mojej elektronicznej bytności na tym padole. Jeśli jednak wyłącznik przeskoczy z "on" na "off" bez mojego udziału, to EEG mojego mózgu zamieni się w linię ciągłą równolegle z internetową bezpamięcią (w roku 2012 słowo jeszcze nieznane przez Google).

Mogę się utrwalić na pendrivach, dyskach miękkich i twardych. Mogę zachować swój wygląd i głos, a nawet sposób myślenia, konstruowania zdań, poglądy i wrażenia. Jednak zapach, dotyk, uczucia zwiędną niczym przepalona żarówka. A reszta długo nie przetrwa. Każdy fizyczny nośnik z czasem utraci swe elektromagnetyczne właściwości. Potwierdzi mój niebyt własną fizyczną niedoskonałością.

Zwykły kamień jest doskonalszy.

wtorek, 13 listopada 2012

Ruch Sojuszników LGBT

Jestem nietolerancyjny

Na Darius blog widzę:

Czy w Polsce powstanie ruch Sojuszników LGBT? – debata
W debacie udział wezmą:
- Jody Huckaby (PFLAG USA)
- prof. Ireneusz Krzemiński (Instytut Socjologii UW)
- Zofia Jabłońska (Kampania Przeciw Homofobii)
prowadzenie: Jej Perfekcyjność (Queer UW)

Czytam i się dziwię. Jody Huckaby - super, profesor Ireneusz Krzemiński - bomba, Zofia Jabłońska - nie znam, ale cudownie... Jej Perfekcyjność?! WTF is Jej Perfekcyjność?

Ja owszem słyszałem o Jej Perfekcyjności, choć skojarzeń żadnych nie mam. To mężczyzna? Kobieta? Transseksualista/transksualistka? Celebryta/celebrytka?

Czy ten ktoś ma jakieś imię i nazwisko, ale musi występować incognito?

Ja przepraszam, ale dla mnie to brzmi tak:

Czy w Polsce powstanie ruch Sojuszników LGBT? – debata
W debacie udział wezmą:
- Jody Huckaby (PFLAG USA)
- prof. Ireneusz Krzemiński (Instytut Socjologii UW)
- Zofia Jabłońska (Kampania Przeciw Homofobii)
 prowadzenie: Myszka Miki (Queer UW)

A może odwróćmy sytuację:

Czy w Polsce powstanie ruch Sojuszników LGBT? – debata
W debacie udział wezmą:
 - Wiosenna Lolitka (PFLAG USA)
 - prof. Ciacho Krzemowe (Instytut Socjologii UW)
 - Gruba Zocha (Kampania Przeciw Homofobii)
 prowadzenie: Józef Nowak (Queer UW)

Miej proporcjum Mocium Panie!

Fu klub–Lódź

Skucha na starcie

Skucha zakończona tragedią - patrz notka z 25 listopada 2012.

Na Facebooku kampania nowego łódzkiego klubu branżowego – choć chyba bardziej dla pań, niż dla panów – była imponująca. Ludzie się zwoływali jakby chodziło o wyprzedaż brylantów za pół ceny.

Z Metką Boską i Gwiazdą dotarliśmy do klubu przed 11 wieczorem. Przy wejściu kolejka do szatni. Po paru minutach stania  darowaliśmy sobie i weszliśmy w okryciach. W piwnicznej izbie – nazwijmy to po imieniu – tłok, ścisk, kolejki do baru, kolejki do toalet. Od miłej barmanki udało mi się kupić piwo i przycupnąć przy znajomych. Nie na długo, bo ruszyliśmy na zewnętrzny taras, gdzie wolno było palić. W środku jak w saunie, na zewnątrz krioterapia.

Kolejka do szatni niezmienna niczym jakaś stała matematyczna. W sumie zadowolony byłem, że kurtki nie oddałem, bo raz, że nie po to idzie się do klubu, żeby spędzić czas w kolejce do szatni, dwa: chyba za każdym razem przy wyjściu na zewnątrz musiałbym płacić dwa złote za skorzystanie z niej – szatnia to do cholery nie kasyno, żeby w niej całą gotówkę przepuścić.

Fu klub zajął miejsce po “Deja Vu”, który się najwyraźniej klienteli przejadł. Właściciele nie mieli pomysłu, a nowa menadżerka postawiła na mniejszości seksualne. “Fu” nawiązuje pewno do “La Foufoune” – zwanego popularnie “fufu” - miejsca kultowego dla Łodzi-LGBT, które całkowicie zeszło na psy, by wreszcie paść.

W sumie klimat podobny: piwnica, raczej zużyte wyposażenie, ograniczony wybór alkoholi zarówno co do asortymentu, jak i ilości. Muza? Powiedzmy, że mi nie przeszkadzała. Atmosfera? Powiedzmy, że dekadencka, ale w stylu “mieszkam w squacie i w takich klimatach najlepiej się czuję”.

Pamiętam pierwszą odsłonę Art Cafe. Było i ładnie, i elegancko, i przyjemnie, i pachnąco - jeśli już mam ruszać na miasto, to jednak wolę miejsca zadbane, a nie w stanie rozkładu. Art Cafe wprawdzie padło, czy squaterski Fu klub przetrwa?

Możliwe, że przetrwa… ale nie za moje pieniądze. Nie po to idę na miasto ładnie ubrany, żeby się ubrudzić. Nie po to idę do lokalu gay-les friendly, czy nawet aż branżowego, żeby oglądać nieokrzesanych heteryków.

A SZCZYTEM BYŁO…

Gwoździem do trumny było dla mnie zdarzenie z zewnętrznego tarasu – jedynego miejsca, gdzie można palić i jedynego, gdzie temperatura WYMAGAŁA ciepłych okryć. Właśnie tam podszedł do mnie, Metki i Gwiazdy pan w brązowej marynarce ze skaju. Zażądał byśmy oddali okrycia do szatni. Spojrzałem na indywiduum i spytałem: “Czy pan zdaje sobie sprawę jaka TU jest temperatura?”. Od słowa do słowa pan “brązowa marynarka ze skaju” zażądał byśmy opuścili lokal, skoro nie reflektujemy na szybką ścieżkę do zapalenia płuc. Co też  uczyniliśmy.

Parę osób wyszło za nami i mieliśmy okazję wymienić poglądy oraz omówić szokujące zdarzenie.

Pan “brązowa marynarka ze skaju” okazał się capo di tutti szatniarzy. Szatnia należy do niego i jemu podobnych i z niej pozyskują środki na zakup marynarek ze skaju, tudzież strojów podobnej proweniencji. Prawdopodobnie są swoistą “ochroną” lokalu. Choć najważniejsza jest dla nich ochrona źródła swojego dochodu, choćby kosztem zdrowia “ochranianych”.

Nie mam ochoty zbliżać się do pitawalu spod znaku brązowych marynarek ze skaju.

Z innej perspektywy u Gejowskiego.

Skucha zakończona tragedią - patrz notka z 25 listopada 2012.

piątek, 9 listopada 2012

Melancholia, Lars von Trier

Pobożne życzenie

Na “Loopera” nie poszedłem zrażony słabymi recenzjami, które zresztą potwierdziły się w opiniach znajomych, którzy nie oparli się pokusie obejrzenia.

Za to zaproszony obejrzałem niegdyś pominiętą “Melancholię” Larsa von Triera.

Z “Looperem” “Melancholia” łączy się konwencją science-fiction. Jednak “Melancholia” bardziej jest filmem katastroficznym. Choć jest pewna różnica. Filmy katastroficzne mają zwyczaj rozważania dróg kończących się przeżyciem i tych zakończonych śmiertelną porażką. W przypadku “Melancholii” nie ma takiej opcji; zagłada jest nieunikniona i nie ma przed nią ucieczki.

Co więcej kres widz poznaje już na początku filmu. Reszta, to dochodzenie do tego momentu. Bohaterkami są dwie siostry. Jedna z mężem i synem, druga z nieuporządkowanym jeszcze życiem, ale z przeczuciem nieuniknionego.

Całość rozgrywa się w kameralnej, sielskiej scenerii wiejskiej rezydencji.

Większość filmów tego typu pokazuje sceny zbiorowe, pustoszejące miasta, sceny gwałtów. Tu tego nie ma. Wszystko odbywa się w zamierzonej i – wybranej przez reżysera – romantycznej scenerii.

Nawet źródło zagłady poraża swą urodą, nadchodzi ona uwodząc swym pięknem.

Szukałem porównania do innego filmu o podobnej atmosferze. Do głowy przyszedł mi jedynie “On the beach” (“Ostatni brzeg”) z 1959 roku. Tam też tragedia rozgrywała się kameralnie. Jednak romantyzmu nie było w tamtym filmie za grosz.

Młodsza z sióstr – Justine - jakimś cudem dużo wcześniej zdaje sobie sprawę z nadchodzącej zagłady. Niezależnie od tego zgadza się na uczestniczenie w rytuałach, do których zobowiązali ją najbliżsi. Jest to OK do momentu, gdy nowopoślubiony mąż z zupełnie zaskakujących powodów akceptuje odrzucenie przez swą wybrankę w noc poślubną.

Reżyser widzi w bohaterkach odbicie własnych stanów depresyjnych. Stąd Justine przechodzi od egocentrycznego odrzucenia rzeczywistości, wręcz wpędzenia się w chorobę psychiczną, do odpowiedzialności za innych. Na drugim biegunie jest jej zamężna siostra - Claire - troszcząca się o swoje dziecko. Wierzy ona we wszystkie zapewnienia gwarantujące przetrwanie jej i potomkowi. Ignoruje niepewne informacje, wierzy otoczeniu zapewniającemu o szczęśliwym przebiegu zdarzeń. Gdy jednak fakty staną się bezlitosne wpada w panikę.

Przypomina to sytuację żydów z okresu II wojny światowej. Niepokojące informacje były ignorowane. “Niemcy to kulturalny naród, nie są zdolni do takich okropności” pamiętam z jakiegoś filmu. Zetknięcie z rzeczywistością rodziło niewiarę, jej zaprzeczenie. Koniec wyglądał różnie.

Sprawiająca wcześniej kłopoty Justine w momencie zagłady jest oparciem dla swej spanikowanej siostry. Dla dziecka budowana jest alternatywna rzeczywistość niczym z “Życie jest piękne” (“La Vita è bella”).

Tytułowa "Melancholia" niosąca zagładę, jest jako nazwa odlotowa.  Koniec jest przedstawiony jako bezbolesny.

Pobożne życzenie.

środa, 7 listopada 2012

Malżeństwa zamiast PACS we Francji

Działanie na instynktach

Proszę, co za tempo. Całkiem niedawno Francja przyjęła PACS, ale już się ta formuła zużyła i rząd przyjął projekt ustawy umożliwiającej parom homoseksualnym małżeństwo i adopcję dzieci. Ma być rozpatrywany przez francuski parlament na początku 2013 roku.
Projekt zawiera możliwość adopcji dzieci – na wypadek jakby ktoś nie zauważył. Ale odmawia parom homoseksualnym dofinansowania in vitro.
Pójdzie łatwo, bo francuski lewicowy rząd ma większość. Polski lewicowy rząd, nawet gdy miał większość (gdy miał), był zbyt konserwatywny w swym stalinowskim myśleniu, by wyjść naprzeciw wyzwaniom przyszłości.
Intrygująca jest reakcja francuskiego kościoła tzw. katolickiego. Andre XXIII, chwilowo arcybiskup Paryża (po rodzicach nazywa się Vingt-Trois) zaapelował do parlamentarzystów, by sprzeciwili się projektowi: Wizja człowieka nieuznająca różnicy płci jest oszustwem, które naruszyłoby jeden z fundamentów naszego społeczeństwa i wprowadziłoby dyskryminację między dziećmi.
Jak z tego widać, nie tylko w Polsce duchowni są idiotami.
“Wizja człowieka”? - Czyja wizja? Pedofilnych czarnych?
“nieuznająca różnicy płci” – że niby heteroseksualiści nie uznają różnicy płci? a może homoseksualiści?
“naruszyłoby jeden z fundamentów naszego społeczeństwa” – który?
“wprowadziłoby dyskryminację między dziećmi” – nie wiem jak we Francji, ale polscy katecheci i inni bigoci z radością wykorzystują dzieci do swoich celów.

Kościól kat od wewnątrz

Szok

Dyrektor Rydzyk naciskając na przyznanie Telewizji Trwam miejsca na multipleksie rzucił się na Krzysztofa Lufta (prywatnie katolika-rozwodnika, a służbowo dzięki swojej pracy przy kampanii prezydenckiej Bronisława Komorowskiego - miłościwie i intelektualnie nam panującego – mianowanego na członka KRRiT), a konkretnie na jego ojca profesora Stanisława Lufta – człowieka mocno osadzonego w kościele tzw. katolickim.

Szefuńcio Rydzyk rzekł: "Zwróciłbym się do tatusia pana Lufta. Proszę zwrócić się do syna i powiedzieć: 'Synu, co wyprawiasz?'".

Poruszony, blisko dziewięćdziesięcioletni ‘tatuś’ napisał list otwarty do tzw. episkopatu w osobie Józefa Michalika zwanego arcybiskupem, do którego lektury zachęcam (dalej podaję tylko skrót).
Ja jestem ateistą i może nie antyklerykałem, ale prześmiewcą. Profesor Luft jest głęboko religijny, uhonorowany przez “swojego” papieża. Jego wiek, może dystans, trzeźwe spojrzenie mimo wieku, a może dzięki niemu zaszokowały mnie. Jeśli ktoś listu nie chce przeczytać, to może wytrzyma kilka fragmentów (z moimi nielicznymi skrótami i uwypukleniami oraz komentarzem poniżej):

“piszę do Księdza Arcybiskupa powodowany troską o Kościół Boży w Polsce, o jego integralność i oblicze.”
“zostałem sprowokowany publiczną zaczepką pod moim adresem  (…) ze strony o. Tadeusza Rydzyka (…). To nieszczęsne zdarzenie oceniam jako nieprzyzwoite, ale jest (…), za to pretekstem do przywołania bardzo groźnych zjawisk w polskim Kościele, związanych m.in. z działalnością części mediów katolickich, którym o. Rydzyk patronuje.”
“Polscy katolicy są dzieleni na „prawdziwych” i tych, którzy na to określenie nie zasługują. Tak samo również dzieli się Polaków.“
“(…) Kościół polski stoi w obliczu poważnego kryzysu – grozi mu rozłam i masowe odchodzenie wiernych (…). Zamiast „Kościoła Otwartego”, (…) dziś w Polsce proponuje się zamykanie Kościoła w „oblężonej twierdzy”, niechętnej otaczającej go rzeczywistości. Zamiast Kościoła miłości i tolerancji, proponuje się nam Kościół walki, a nawet wojny. Soborowa zasada rozdziału religii od polityki, sięgająca zresztą wprost do źródła chrześcijaństwa, jakim było nauczanie Chrystusa, jest dziś w Polsce łamana bez najmniejszych skrupułów.”
“Media nazywające siebie „katolickim głosem w twoim domu” nie tylko angażują się we wspieranie konkretnych nurtów politycznych, ale wręcz organizują wspólnie z partiami akcje i demonstracje polityczne. Jest to niezgodne z nauczaniem Kościoła, zawartym w Konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym (art. 76), a także z postanowieniami Konkordatu. Podziały polityczne, naturalne w każdym demokratycznym społeczeństwie, a w Polsce wyjątkowo głębokie, są w tych mediach dodatkowo podsycane. Uruchamiane są złe emocje i wzbudzana nienawiść, którą od czasu do czasu ujawnia się publicznie w formie gorszących incydentów np. w trakcie uroczystości i świąt państwowych.”
“To wszystko odbywa się przy milczącej zgodzie oficjalnych organów Kościoła hierarchicznego(…).”

Znajomi nieheteronormatywni od religii już dawno odeszli. Choć są nawiedzone wyjątki – młode i niedojrzałe - potrzebujące zatopienia się w egzaltacji i z potrzebą zlizania bitej śmietany z kapłańskich kolan zastępujących im te matczyne, czy ojczyste. Znajomi heteronormatywni, nawet jeśli pozostali wierzący, odeszli od instytucji pośredniczącej zwanej kościołem katolickim.

W efekcie nie mam z tą instytucją nic wspólnego i nie znam najświeższych ploteczek.

List profesora Lufta zadziwił mnie. Wreszcie ktoś się odezwał w sprawie tej organizacji, jej celów, błędów i wypaczeń. I to nie ktoś z zewnątrz, czy z wewnątrz, ale w zawoalowanej formie, lecz prosto między oczy.

wtorek, 6 listopada 2012

Halloween na mieście

Siostry Samarytanki

31 października Metka wyciągnął mnie z domu. Zasadniczo w ten wieczór powinniśmy się udać na targi antyków i osobliwości, i to w charakterze eksponatów, a nie w miejsca uczęszczane przez ludzi. Jednak Gejowski zwołał liczną kompanię w nowym, podobno branżowym lokalu, Granda (czy też może La Granda) na Rewolucji 1905 roku.

Lokal nie jest od frontu, tylko w głębi podwórza. Penetrację umila sala bokserska w widocznymi sportowcami w zapale obijającymi sobie twarze. Metka aż się rozpędził, żeby ich wachlować w narożniku.
Doszliśmy do klubokawiarni – nawet przypadło nam do gustu to określenie na lokal. Metka zajrzał, ale wycofał się z dziwną miną. “Tam jacyś ludzie siedzą w kółku na krzesłach!”. Czyżby odbywało się tam jakieś spotkanie anonimowych kogoś tam? I co? Mamy wejść, dosiąść się i… “Jestem Teresa, nie spałem jeszcze dziś z nikim”. Oklaski, powitania. “Jestem Metka, kupiłem marynarkę na Ptaku”. Wszyscy zbulwersowani, patrzą z niesmakiem. Wyobraźnia podsuwała nam najgorsze scenariusze.

Nasze wejście najwyraźniej przerwało odbywającą się sesję terapeutyczną. Trochę mnie nawet zmroziło, bo usłyszałem coś, co brzmiało jak śpiewy kościelne… ale może się przesłyszałem. Wystrój przypomina ofertę aukcyjną komornika, który wyprzedaje majątek pary wieloletnich alkoholików.

Dziewczę, które próbowało swoich sił w roli barmanki, troskliwie mnie zapytało, czy piwo ma być ciepłe, czy zimne. Aż mnie zatkało. Z poprzedniej pracy pewno ją wywalili, bo proponowała francuskiego szampana z bąbelkami lub bez. 

Na Gejowskiego przyszło nam czekać dłuższą chwilę, a spośród pozostałych, którzy jakże licznie mieli się stawić dotarł jedynie Xell. Piszę o tym, że nawiedził lokal i zaszczycił nas swą osobą całkowicie bez złośliwości i nie ma to nic wspólnego z tym, że na mój blog w ogóle ostatnio nie zagląda.

Omówiliśmy wydarzenia i nie-wydarzenia, a że poza nami i barmanką już nikogo nie było od dłuższego czasu więc udaliśmy się do Biblioteki. Tam Xell się zniesmaczył, że mu włosy łonowe dymem tytoniowym przejdą i wydalił się do Narragansetu. Nasza trójka cmokała i wdzięczyła się do tunezyjskoprzystojnych ciach z sąsiedniego stolika. Całkowicie uszło to ich uwadze, więc na pocieszenie ewakuowaliśmy się do Narra, śladem Xella.

Gejowski upijał mnie kolejnymi wódkami. Dobrze, że innych chętnych nie było. Na scenie brylowała Marylin. Zblazowani wyszliśmy pozostawiając Xella w naturalnym dla niego otoczeniu. 30 metrów od Narra bystre oczy Gejowskiego wypatrzyły leżące zwłoki. W sumie to zwłoki na ogół leżą, ale te leżały jakoś tak szczególnie. Gejowski ma nosa do zwłok, szczególnie około dwudziestoletnich, co natychmiast docenił Metka. Pozycja zwłok uwypuklała to, co każdy mężczyzna chciałby mieć naturalnie uwypuklone na maxa, a musi używać protezy w  postaci skarpetki.

Kontakt ze zwłokami był utrudniony. Otwarte oczy i sącząca się z ust ślina sugerowały stan upojenia. Czym? Tego nie wiedzieliśmy i na pewno nie wywołał tego nasz widok. Było zbyt zimno, by zwłoki zostawić samym sobie, a Gejowski mimo okazywanej zwłokom czułości nie dałby rady ich rozgrzać. Wezwaliśmy pogotowie. Przypadkowo przejeżdżającą straż miejską poinformowaliśmy o naszym spontanicznym odruchu, nie wnikając w to, co nas do tego nakłoniło. Strażnicy okazali się mało czuli na wdzięki zwłok i odjechali. Przybyłe pogotowie bez pardonu zataszczyło zwłoki do ambulansu.

Kolejną godzinę spędziliśmy u Gejowskiego ze wzruszeniem wspominając zdarzenie. Czas umilało nam słuchanie Steni Kozłowskiej.

sobota, 3 listopada 2012

Światopogląd

Gdy rozum śpi, budzą się demony

W wywiadzie dla wPolityce poseł John Godson powiedział:

(…) nie mamy aż tak dużo kwestii światopoglądowych, bo to jest: aborcja, in vitro i związki partnerskie.

Poseł Godson stał się bohaterem mojej notki, a dla mediów stał się antybohaterem z racji swej chorągiewkowej postawy. To smutne, bo jest człowiekiem wielu zalet. Jest łodzianinem i wydaje się, że lokalnym patriotą, nie opuszcza posiedzeń Sejmu, może być wzorem kontaktu z wyborcami, angażuje się społecznie. Na tle innych posłów jawi się jako niedościgniony ideał.

Niestety jego chrześcijańskie zaopatrywania czynią z niego nie dość, że hipokrytę, to jeszcze idiotę, który w gusła wierzy i nie myśli. A przez swą idealność na innych polach staje się z jednej strony łatwym celem, a z drugiej reprezentantem tych jeszcze głupszych od siebie, z którymi dzieli swoje chore zaopatrywania.

Pominę kwestię aborcji i in vitro. Pominę, bo już dwie notki na ten temat napisałem… i żadnej nie opublikowałem. Temat mnie przerósł i nie potrafiłem znaleźć argumentów, które mogłyby – moim zdaniem – jakoś trafić do strony przeciwnej. Przepaść jest zbyt wielka, a ja mimo starań nie potrafiłem zbudować żadnego mostu.

Przypadek związków partnerskich jest łatwiejszy. Poseł Godson twierdzi, że to kwestia światopoglądowa. Poseł Godson jest skrajnym hipokrytą. Jedyny argument jaki on i jemu podobni podają to ten, że wprowadzenie związków partnerskich obniży rangę małżeństw. W swych pustych umysłach niczego więcej nie wymyślili. Dodają jeszcze , że “społeczeństwo nie jest gotowe”. Jest to argument czysto polityczny, za którym kryje się rozumowanie posłów a la Godson “jak będę za czymś, czego większość wyborców nie akceptuje, to mnie na kolejną kadencję nie wybiorą i z czego ja będę żył (do tego stanę się zwykłym obywatelem)”.

Jakoś poseł Godson (i jemu podobni, których pominę, czyniąc z Abrahama reprezentanta) zaniedbał w swej ustawodawczej karierze zakazania rozwodów. Czy rozwody, to nie jest kwestia światopoglądowa?  Czy chrześcijańska głupota dopuszcza rozwody i nie uznaje ich za zagrożenie dla instytucji małżeństwa? Zakłamanie posła Godsona jest totalne właśnie, gdy poruszy się kwestie światopoglądowe, które obłudnie (w sensie: w swej głupocie) deklaruje jako tak ważne dla siebie. A jeśli nie jest zakłamany, to OK, jest po prostu idiotą (czytaj: politykiem), wygłaszającym swoje nieprzemyślane poglądy.

Pójdźmy dalej, a cudzołóstwo? Czy to nie jest kwestia światopoglądowa (vide odpowiednie przykazanie)? Czy cudzołóstwo nie powinno być tępione, a tym samym karalne?

Nie słyszałem też o wystąpieniach posła Godsona przeciwko eksmisjom. Eksmisje są światopoglądowo cool?

Polska jest tak dziwnym krajem, że rodzina zastępcza dostaje 1000zł miesięcznie na dziecko jakie przyjmie pod swój dach. Rodzina naturalna, której dziecko odebrano, bo jest zbyt biedna, zostanie najwyżej potępiona. Tu też poseł Godson nie widzi światopoglądowego  konfliktu z własnym pseudo-sumieniem.

Jestem ciekaw Waszych przykładów na światopoglądowy bełkot?

Zdjęcie rodzinki posła Godsona podesłane prezez Metkę Boską

Fot, www.se.pl

wtorek, 30 października 2012

Biedroń u Wojewódzkiego

Cioty sobą zachwycone

Tak, nie lubię Biedronia. Sam jestem ciotą, pedałem, homoseksualistą, gejem, cwelem, itd. i nadal go nie lubię. Litości, jak ja mam się z nim utożsamiać?! Choćby po takim tekście:

Wojewódzki: Spałeś ze mną?
Biedroń: Jeszcze nie.

Mam wrażenie, że do Sejmu się dostał, bo przespał się z całą resztą.

Biedroń czuje się w Sejmie sobą. Nie tylko w Sejmie, akceptuje swoje sciotowanie wszędzie.

Ale OK, sciotowanie to pryszczyk, każda cooleżanka czasem się w branżowym gronie przegnie. Jednak ta pustka wyzierająca z każdego słowa posła Biedronia po prostu mnie dobija. Ja nie przebywam w gronie takich pustaków, jestem ciotką z grona wyższych pierdolencji, a przynajmniej za takową pierdolencję się mam. Obrażę pewno kogoś, ale nie jest to grono z salonu fryzjerskiego.

Biedroń: Geje są różni.

Ooooo tak, bardzo różni.

Biedroń: Uważam, że stereotypy są bardzo ważne.

Freudowska pomyłka? I stąd to upowszechnianie stereotypu głupkowatej ciotki?

Wojewódzki: Nie trzymasz nasienia w lodówce?
Biedroń: Ojej, a ja ostatnio jadłem u ciebie jogurt.

Rozmowa inteligentnych ludzi? Jerry Springer by pochwalił.

Piotr Rogucki: Większość polityków to kompletne cioty.
Biedroń: Zgadzam się.

Ja też, a na czele z chorągwią idzie Biedroń i stereotyp upowszechnia multiorientacyjnie.

Piotr Rogucki uważa, że wszystkie talk-show są gówniane.

Tylko po co wystąpił w najbardziej gównianym z nich?

Wojewódzki: Czuć, że my jesteśmy hetero?
Piotr Rogucki: Raczej wieśniaki.

C'est ca.

Wojewódzki: Jestem jednym z najgłupszych programów w Polsce.

C.b.d.u.

Odpowiadając na poszukiwania Czytelników: tak, tak, partnerem Roberta Biedronia (ur. 13 kwietnia 1976r.) jest Krzysztof Śmiszek (ur. 25 sierpnia 1979r.) i są ze sobą od dziesięciu lat - a przynajmniej Biedroń tak deklaruje.

sobota, 27 października 2012

Pierwszy śnieg w Lodzi

Drobiazgi

Złota-polska się skończyła. Dziś ostatni dzień czasu letniego i pierwszy śnieżno-zimowy. Za oknem biała, mokra breja przemieszczająca się z silnym wiatrem nie z góry w dół, lecz poziomo. Temperatura w okolicy zera.

Wyskoczyłem na chwilę po papierosy. Dobrze, że założyłem szalik i miałem czapkę. Żałowałem, że nie wyciągnąłem rękawiczek. Zaczęło mi w głowie kołatać, że nie bardzo pamiętam, gdzie upchnąłem buty zimowe. A i opony czas już chyba zmienić.

Jakiś wymyślił zakupy, ale po mojej relacji z zewnęki postanowił je zrobić przez Internet w Almie. Potrzebne nam produkty okazały się być w przystępnej cenie. Liczyliśmy na bezpłatny dowóz. I tu niespodzianka. Nie dość, że bezpłatnie jest tylko przy zamówieniu o określonych porach, to jeszcze dowieźliby w godzinach, które akurat dziś kompletnie nam nie pasują. Szkoda, ale przy najbliższej okazji i przy podobnej pogodzie na pewno wybierzemy tę formę zakupów.

Komentujących zmuszam ostatnio do używania weryfikacji obrazkowej. Wiem, że to niedogodność, sam tego nie lubię. Przez tydzień to potrzymam i może spamerzy odpuszczą. Blogspot wprawdzie świetnie filtruje, ale i tak wpada sporo śmieci.

Wiem, że ta notka jest tak trochę o niczym. To pozałatwiam drobiazgi.

Po letniej ospałości czytelnictwo bloga podskoczyło mi. Nie dziwne, zacząłem coś pisać. Ba, Gejowski mnie nawet skomplementował, że mój blog znowu daje się czytać. Nie bardzo rozumiem, co takiego się zmieniło. Że kultury nie ma? Tego mi akurat najbardziej żal.

Pod każdą notką można ją ocenić - "Co sądzisz o notce?" - w skali "Nuda", "OK" i "Wow!". Dziwnie to niestety działa, bo moja Opera w ogóle tych ocen nie pokazuje. Żeby je sprawdzić muszę blog otworzyć pod Internet Explorerem. Jest w każdym razie pewien postęp w tych ocenach. Wolałbym oczywiście, żeby było ich dużo więcej. Dawałoby mi to  jakąś orientację, co czytelników interesuje w mojej pisaninie, a czym ich zanudzam. W każdym razie oceny "OK" i "Wow!" są dominujące. Ocen "Nuda" ostatnio nie ma, co wiążę z aplauzem Gejowskiego. Jestem niemal pewny, że to on uporczywie źle oceniał notki.

piątek, 26 października 2012

Pięść geja i pupa geja

Lądowania na czterech literach - kwestia klasy

Fot. fakt.pl
Jakoś nieszczególnie przepadam za posłem Biedroniem, choć właściwie powinienem mu być wdzięczny. Poświęcił swoją prywalność, żeby reprezentować w Sejmie między innymi mnie.

Szczególnie nie podoba mi się jednak upodobanie posła Biedronia do dwuznacznych bon motów. Biedroń wziął udział w jakimś telewizyjnym show "Kilerskie karaoke" i swój żywiołowy występ nieoczekiwanie zakończył lądując na czterech literach.

Wstrząs najwyraźniej wywołał tsunami, które niszczącą falą sięgnęło mózgu wywołując następującą, rezolutną reakcję posła:
Najbardziej po tym występie boli mnie pupa, nie wiem dlaczego.W moim przypadku boląca pupa to znaczy, że było dobrze.

 Aż strach pomyśleć jakich porównań użyłby pan poseł, gdyby zabolały go usta.

Dla równowagi człowiek, któremu zdarzało się na pewno wielokrotnie lądować na czterech literach, a po każdym występie ma obolałe całe ciało.

Fot. latina.com
Orlando Cruz - 31 lat, Portorykańczyk, olimpijczyk,  bokser wagi koguciej i piórkowej, stoczył 22 walki, z których 19 wygrał, w jednej zremisował, a 2 przegrał.

5 października 2012 oświadczył "Jestem dumnym Portorykańczykiem i dumnym gejem". Jest pierwszym bokserem otwarcie mówiącym o swoim homoseksualizmie i pierwszym, wciąż aktywnym sportowcem, który nie ukrywa swojej orientacji seksualnej.

Więcej można znaleźć na stronie dailymail.co.uk. Pozwolę sobie zacytować parę stwierdzeń z tego artykułu.

Cruz powiedział, że poczuł ulgę po swojej decyzji, ale początkowo miał obiekcje.

"Dojrzewałem fizycznie i psychicznie do podjęcia takiego dużego kroku w moim życiu, w moim zawodzie, którym jest boks, wiedząc, że w tym tak macho sporcie będzie to miało plusy i minusy, może przynieść wzloty i upadki", powiedział. "Trzymałem to w ukryciu przez wiele, wiele lat."

Cruz powiedział, że spotkał się z psychologami i innymi osobami przed wystąpieniem ze swoim oświadczeniem, dodając, że ma pełne poparcie swojej rodziny, trenera i menedżera.

Podziękował swojej matce i siostrze za ich bezwarunkową miłość i powiedział, że jego ojciec zawsze go popierał.

"Jak każdy ojciec, chciał on, by jego syn był pełnokrwistym mężczyzną," powiedział Cruz. "Ale zdaje sobie sprawę z moich preferencji, gustu. "

Cruz powiedział, że jest przygotowany na efekty swojego oświadczenia, stwierdzając, że wielu bokserów już wcześniej podejrzewało go, że jest gejem, ale chronili jego prywatność.

"Walczyłem na ringu przez ponad 24 lata i kontynuując swoją wznoszącą się karierę, chcę być wierny sobie", powiedział. "Zawsze byłem i zawsze będę dumnym gejem".

środa, 24 października 2012

In vitro

Racja leży po jednej stronie

"Niedopuszczalnym jest, by posłowie w głosowaniu nad sprawami światopoglądowymi kierowali się wskazaniami szefa partii"
uważa rzecznik Konferencji Episkopatu Polski, ks. Józef Kloch.

Racja! Nie po to istnieje KEP, jako jedyny wyznacznik tego co słuszne, a co nie, żeby posłowie słuchali kogoś innego.


wtorek, 23 października 2012

Anna Grodzka do Parlamentu Europejskiego?

Ma tylko zasiadać?

Fot. gazeta.pl
Klub parlamentarny Ruchu Palikota zrobił sobie głosowanie i wyszło, że Anna Grodzka jest liderem pośród kandydatów RP na posła do Parlamentu Europejskiego.

Trochę się zdziwiłem, że kolejnymi pod względem liczby głosów byli Andrzej Olechowski,  Aleksander Kwaśniewski i Magdalena Środa. Ale z drugiej strony w RP jakoś specjalnie osobowości nie widać.

Ja mam wprawdzie może mylne wrażenie, ale nie widzę jakiegoś większego zaangażowania posłanki Grodzkiej w bieżącą politykę. Nie widziałem jej wypowiedzi z Sejmu, nie widać jej w mediach. To oczywiście byłoby miłe, że osoba transseksualna reprezentowałaby właśnie Polskę. Jednak poza byciem transseksualną wolałbym, żeby posłanka Grodzka nieco bardziej się udzielała.

Ostatni wpis na blogu Anny Grodzkiej ma datę 7 grudnia 2011 roku (!!!). Wcześniej jest o zachwytach związanych ze zwycięską kampanią wyborczą. Ostatnie informacje znalazłem z września z Kongresu Kobiet, gdzie opowiadała o swoim życiu. A co dzieje się z Anną Grodzką - posłanką?

Ja wiem. Powinienem być cały za. Jednak mam wrażenie, że Polska bardziej potrzebuje sprawnych i mądrych polityków, i w Sejmie, i w europarlamencie, a nie "kobiety z brodą".

Posłankę Grodzką (i wszystkich oburzonych) bardzo przepraszam za użyte porównanie, ale próbuję być obiektywny, co w moim przypadku oznacza bycie wrednym. Należy się zdecydować, czy jest się politykiem, czy jedynie widowiskiem.


poniedziałek, 22 października 2012

Piotr Jarecki - biskup na gazie

Nie pouczaj, bo na latarni wylądujesz

fot. kosciol.wiara.pl
Najciekawsze w sobotnim wypadku pana biskupa jest to, że w latarnię wjechał o godzinie 14 i że miał 2,6 promila w wydychanym powietrzu.

2,6 promila niewiele mówi. Zaledwie 0,5 promila jest już uznawane za stan nietrzeźwości. Gdy zawartość przekracza 2 promile delikwent zatacza się, jest senny i bełkocze.

Przyjąłem, że pan biskup waży 85kg (nie wygląda na opasłego jak koledzy po fachu), a to by oznaczało, że wypił ok. 154,7g czystego alkoholu etylowego. W przeliczeniu na wódkę równałoby się to niemal połowie litra 40% wódki i to pod warunkiem, że pan biskup wypił tę wódę około godziny przed wjechaniem w latarnię, a żołądek miał całkiem pusty.

Czy komuś z was zdarzyło się tak nałoić tuż po południu?

Zabawne jest też, że pan biskup często nawoływał swoje owieczki do abstynencji.

Pamiętamy ciągle obowiązujące hasło, że dobrowolna, całkowita abstynencja wielu powinna prowadzić do trzeźwości wszystkich - napominał bp Jarecki. [fakt.pl]

Smutne, że oświadczenie jakie przekazał mediom świadczy o tym, że pan biskup najwyraźniej jest alkoholikiem.

I tak oto znowu pouczający maluczkich okazują się być zwykłymi ludźmi, którzy sami nie wyrabiają na krętych ścieżkach życia.

Mamy już karę dla nawalonego biskupa - czekającą na zaakceptowanie przez sąd: 8 miesięcy prac społecznych po 20 godzin miesięcznie i zakaz prowadzenia wszelkich pojazdów przez 4 lata.

Zauważono wprawdzie, że w stanie upojenia jeździł po centrum miasta przy dużym natężeniu ruchu, ale wzięto pod uwagę, że nie był dotąd karany.
O terapii odwykowej ani słowa. Zakaz prowadzenia też raczej mało dolegliwy, bo i tak powinien jeździć z kierowcą. 20 godzin miesięcznie prac społecznych, to godzina dziennie z wolnymi weekendami. Jakie prace społeczne ma wykonywać nie zostało określone, więc wystarczy jakiś papierek z podległej kościołowi instytucji. Prawo jazdy jak rozumiem zachowuje - uciążliwy będzie więc jedynie stres, gdy będzie się chciał gdzieś wyrwać incognito.

Ech, biskup to ma klawe życie!


piątek, 19 października 2012

Konkurs na stanowisko

Fikcja

Czy ktoś z Was brał kiedyś udział w jakimś tzw. konkursie na jakieś stanowisko? Pewno niewielu/niewiele.
Instytucja konkursu została wprowadzona jakiś czas temu i miała na celu wyłanianie kandydatów o najlepszych kwalifikacjach.

Kiedy słyszymy słowo konkurs, każdy wyobraża sobie, że wszyscy kandydaci startują na równych prawach, a wygrywa najlepszy z nich wedle ściśle określonych reguł.

Jaka jest rzeczywistość? Chyba nikt nie ma złudzeń. Polska spod znaku Platformy Obywatelskiej to kraj, w którym chyba jeszcze tylko wyniki lotto nie są znane przed losowaniem. W każdym innym przypadku wynik tzw. “konkursu” jest z góry ustalony.

Nieco zmieniając fakty, by ukryć swoją tożsamość przedstawię własne doświadczenia w tym względzie.
Znalazłem ogłoszenie instytucji samorządowej – rządzonej przez Platformę Obywatelską rzecz jasna – dotyczącą stanowiska zgodnego z moim wykształceniem, doświadczeniem i zainteresowaniami. Ruszyłem więc. Złożyłem wymagane dokumenty. Przeszedłem w licznym gronie odpowiednie testy z wiedzy. Dostąpiłem zaszczytu rozmowy z komisją konkursową. Ba, nawet poznałem kontrkandydatów w liczbie nieprzekraczającej liczby palców u jednej dłoni.

Mijały miesiące. Okazało się, że mimo poświęconego czasu instytucja odstąpiła od wytypowania kandydata na stanowisko. Ale czujnie trzymałem rękę na pulsie. Więcej, pojawiałem się we wszystkich miejscach, gdzie teoretycznie, a nawet z obowiązku, powinni pojawiać się członkowie komisji konkursowej. Nie pojawiali się niestety.

Aż pewnego dnia jeden, a konkretnie jedna z kontrakandydatur została uznana za najwłaściwszą. Nieskromnie powiem, że z pobieżnego oglądu pozostałych byłem kandydatem idealnym. Jednak poległem. Zainteresowałem się więc zwycięzcą. Imię i nazwisko nie było tajemnicą, a Internet przechowuje aż nadmiar informacji.

Nie wdając się w szczegóły, przedstawię to obrazowo. Ja dokładnie wiedziałem, że 2 razy 2 równa się cztery. Konkurentka miała w tym zakresie wiedzę na poziomie: “a co to jest mnożenie?” Ja miałem za sobą wieloletnie doświadczenie w dziedzinie wymaganej od kandydatów na stanowisko. Konkurentka, mogła się pochwalić doświadczeniem z dziedzin nie mających nic wspólnego ze stanowiskiem na jakie aplikowała. Poza wiedzą i doświadczeniem wykazałem się również znajomością bieżących zagadnień. Konkurentka nie mogła się wykazać, ponieważ jej zainteresowania oscylowały wokół tipsów własnych, bądź cudzych.
Ale to ja odpadłem, a zwycięska konkurentka stanowisko objęła.

Posprawdzałem i sprawa stała się jasna. Ja mogłem się pochwalić swoimi imponującymi dokonaniami, konkurentka zaś, jest pierworodną działacza Platformy Obywatelskiej.

W ten oto sposób “selekcja negatywna” zaaplikowana przez Platformę Obywatelską ma wpływ na to jak rządzony jest nasz kraj.

Słyszysz “konkurs”, miej świadomość, że wynik jest znany jeszcze przed jego ogłoszeniem.

wtorek, 16 października 2012

Polska–Anglia

Albion zatopiony

Nikt mnie chyba nie podejrzewa o emocjonowanie się piłką nożną. Ale telewizor jest włączony.

Wybudowany za miliardy złotych stadion jest całkowicie zalany wodą. Rzekomo nikt nie przewidział ulewy. Stadion posiada dach, ale jakoś nikt nie wpadł na to, żeby go użyć.

Chwilę wcześniej słuchałem radia TOK FM. Ktoś opowiadał o tym, że Platforma Obywatelska okopała się na wszystkich możliwych stanowiskach i jest jedynie zainteresowana utrzymaniem status quo. Jest to partia niezdolna do jakiejkolwiek zmiany. Wszystkim platformersom żyje się tak dobrze, że nie zamierzają niczego zmieniać.

Najwyraźniej platformersi bez mózgu trafili do zarządu stadionu zwanego narodowym. Bo nie podejrzewam, żeby to była strategia Fornalika, by zamiast meczu piłki nożnej rozegrać mecz waterpolo i przeciwników najzwyczajniej zatopić.

To się po prostu w pale nie mieści.

Beznadziejni, tchórzliwi dziennikarze nie zapytają "A jaki debil jest za to odpowiedzialny?"

Ta głupia kobieta, rzeczniczka PZPN, twierdzi, że pogody nie można było przewidzieć. Jasne, pada przecież od wielu godzin. Liczyli, że odparuje?!


poniedziałek, 15 października 2012

John Godson - utrzymanek Polaków

Nigeryjskie zwierciadło

Polityką się nie zajmuję, ale się nią interesuję. I pewno nie zacząłbym stukać w klawiaturę gdyby nie to zainteresowanie oraz impuls w postaci piątkowego głosowania nad wotum zaufania dla rządu Donalda Tuska. Głosowanie już przebrzmiało, ale dopiero teraz poczułem opary absurdu w jakich tkwię.

Wiem, że wszyscy Polacy na polityce się znają. No prawie wszyscy, bo jest też spora rzesza takich, których polityka obchodzi tyle, co zeszłoroczny śnieg. Ważniejsze są dla nich informacje o tym, czy Doda miała na jakiejś imprezie majtki, czy też się jej zsunęły. Tacy nawet nie zajrzą na ten blog, bo podobnych treści tu nie znajdą i wykracza to poza ich percepcję otaczającego świata.

Są jednak też tacy, których świat jest od majtek Dody odległy, ale i tak na wybory nie chodzą. Rzekomo ich to nie dotyczy. Zawsze mnie to zadziwia. Płacą oni wiele danin na państwo, korzystają z usług świadczonych na ich rzecz przez to państwo, a i tak udają jakby byli z Księżyca. Truizmem jest, że tylko poprzez udział w głosowaniu mamy wpływ na to jak Polska jest rządzona. Nie żebym miał jakieś złudzenia co do tego, że jak wybiorę inną partię niż ta, która aktualnie rządzi, to mi się natychmiast polepszy. Aż tak naiwny, to nie jestem.

Nie jestem i dlatego z wiekiem nabrałem do polityki dystansu. Nie ma już we mnie zacietrzewienia politycznego, nie ma chęci przekonywania innych do moich racji. Nadal jednak jest zdziwienie.

Takim zdziwieniem jest liczba różnych indywiduów, które w wyborach uzyskały mandat posła.

Ciekawym przypadkiem jest w tym gronie poseł John Godson. Posłem jest wprawdzie second-handowym, bo mandat najpierw uzyskał dzięki rezygnacji Hanny Zdanowskiej, a w kolejnej kadencji jakoś się najwyraźniej przyjął. Nie zmienia to faktu, że głosów musiał otrzymać dużo. To miłe, bo świadczy o tym, że łodzianie są nad wyraz otwarci, liberalni, idący z duchem czasu i gotowi oddawać swoje głosy nawet na Murzyna. Ojej, napisałem Murzyna! Nie wiem, czy to poprawne politycznie. Może on jest Afro-Polakiem?

W każdym razie ów ciemnoskóry parlamentarzysta zakomunikował wszystkim Polakom, że MUSIAŁ w Sejmie głosować przeciwko odrzuceniu projektu ustawy Solidarnej Polski, który ma na celu zaostrzenie przepisów dotyczących aborcji. Jego decyzja o takim wyborze, jak sam obwieścił w mediach, wynikała z obawy, że "nie będzie mógł spojrzeć na lustro". Decyzja była jak najbardziej światopoglądowa, ale nie spodziewałem się, że inspiracją do wyborów światopoglądowych może być lustro. Mam nadzieję, że po swoim heroicznym wyczynie Pan Poseł może już teraz spoglądać "na lustro" bez obaw. Co w jego przypadku charakterystyczne, widzi tam dosyć ciemną postać... oby bez rogów i ogona.

Że się wyzłośliwiam? Ależ oczywiście! Przeciez Pana Posła Godsona, ani pozostałych bladolicych posłów, którzy głosowali podobnie jak on, nie przekonam, że lepszy już jest ten zgniły kompromis, który mamy, niż zmiany na gorsze. Oni mają lustra o innym światopoglądzie; to zamyka wszelką dyskusję.

Co ciekawe, większość z nich nie posiada ani pochwy, ani macicy, których ewentualną zawartością tak ochoczo się zajęli. Posłowie zaopatrzeni w gonady o zupełnie innych atrybutach będą teraz debatować, co też tym kobietom wolno nosić w ich organach i czego absolutnie nie wolno im usuwać. Wszystko to w imię swojego dobrego samopoczucia w kontaktach z lustrem.

W każdym razie wspomniane głosowanie stało się kością niezgody, a może od dziś powinno się mówić lustrem niezgody, wewnątrz klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. Z tego powodu Pan Premier wyciągnął własne lustereczko i zapytał dokładnie jak w bajce "Lustereczko powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy na świecie". Rzecz jasna nie zapytał bez sprawdzenia najpierw, że odpowiedź będzie dokładnie taka, jakiej oczekiwał. Lustereczko też dokładnie zdawało sobie sprawę z losu jaki je czeka przy nietrafionej odpowiedzi.

Przed głosowaniem odbyła się wielogodzninna parada w gwarze sejmowej zwana debatą. 60 posłów, w 60 sekund każdy, usiłowało się intelektualnie zewrzeć i zadać premierowi pytanie. Udało się nielicznym, a czas miał najmniejszy wpływ na poziom ich wynurzeń. Gwoli sprawiedliwości nadmienię, że barwy klubowe nie miały wpływu na gradację umiejętności werbalizacji tego, co posłom pod czaszką piszczy. Najbardziej w pamięci utkwił mi poseł niezrzeszony, który nie miał wprawdzie nic sensownego do powiedzenia, ale wyrecytował samodzielnie sklecony na modłę częstochowską wierszyk.

Sala sejmowa była praktycznie pusta. Pan Premier opowiadał sobie z ministrami dowcipy zaśmiewając się do łez. Posłowie wysilali się na próżno i na próżno czekali na jakąś odpowiedź ze strony premiera. Zbyli się nawzajem. Teatralność tej sytuacji była równie oczywista, jak jej groteskowość. Cel, absolutnie abstrakcyjny.

Wróćmy jednak do prowadzącego Polaków w nigeryjskie mroki posła Godsona. W cudowny sposób Pan Poseł zmienił ostatnio zdanie. Już nie chce zaostrzania ustawy antyaborcyjnej. Czy powtórnie spojrzał "na lustro"? Wątpię. A może Pan Poseł ruszył głową, uaktywnił swoje zwoje mózgowe? Nie podejrzewam. Najprawdopodobniej doznał objawienia. Pod postacią Donalda Tuska przemówił do niego sam stwórca. Mogło to brzmieć na przykład tak: "Nie po to wyprowadziłem cię z Nigerii do Polski, żebyś pouczał mój wybrany naród. A jak ci się nie podoba, to możesz spadać do Nigerii i tam się dalej realizować. Dostaniesz  nowe lustro."

Co poseł zrobił ze swoim starym lustrem? Oczywiście je wyrzucił. Obietnica nowego zwierciadła, z którego będzie mógł czerpać swój światopogląd w kolejnej kadencji i szansa na dalsze życie na koszt wybranego narodu była dla Posła Godsona oczyszczająca, aż nawet trochę zdladł.