poniedziałek, 31 maja 2010

Nabucco - Verdi - Teatr wciąż nie-Wielki

Wieczór miałem spędzić na czymś innym, ale Jakiś naciągnął mnie na "Nabucco". Właściwie to Krowa Morska miała z nim iść, ale pewno gdzieś zapiła. Ok, głosy były super, ale reszta była straszna. A na scenie koszmarna scenografia, albo całkowity jej brak, ruch sceniczny sprowadzony do bezruchu scenicznego, jedynie Monika Cichocka wykazywała ożywienie. Inscenizacja, którą chyba dosyć trafnie określiłem jako "śpiewające słupy". Muzyka Verdiego też mnie nie ujęła, mimo doskonałego wykonania. Ludzi tłum dziki. I wszyscy z hospicjum dla gruźlików się urwali.
Jakiś twierdzi, że powstała inna inscenizacja, ale nie przyjęła się. Znowu wychodzi, że narzekam.

A przy okazji, ładnie mi się wyrwało:
"Cieszmy się kochankami, tak szybko zdradzają"

niedziela, 30 maja 2010

Kotka na rozpalonym, blaszanym dachu - Tennessee Williams

Oczywiście Jaracz. Świetna rola Andrzeja Wichrowskiego jako ojca Bricka, granego przez Kamila Maćkowiaka. Sam Maćkowiak jakoś między oczy mnie nie walnął. Najgorzej wypadła Iwona Karlicka w roli Margaret. Można się było spodziewać, że będzie ociekać seksem (dla mnie może nieuchwytnym), a ociekała potem najwyżej, a była taka dobra w "Ceremoniach" Wiśniewskiego. Zagrała nieprzekonująco i poniżej oczekiwań. Moim zdaniem reżyserka postawiła na zbyt wiele wątków naraz. Mnie najbardziej podniecałoby skupienie się na utulaniu w alkoholu smutku po śmierci przyjaciela przez Bricka.

Scooter, przyjaciel Bricka, ewidentnie był zakochanym w Bricku gejem. Wyznał mu miłość. Z rozpaczy po ślubie Bricka i Margaret zapił się na śmierć. Pozostawił nie rozumiejącego nic przyjaciela. To na tym skupiłbym uwagę widza. Ja wprawdzie nie zakochałem się nigdy w żadnym heteryku, ale wiem, że wiele cooleżanek miało tego typu przeżycia.

W sztuce dramat jest po obu stronach tej przyjacielsko-miłosnej epopei. Scooter, gej zakochany w heteryku-Bricku, szanujący go i jednocześnie na pewno targany erotycznymi namiętnościami. Brick-heteryk, pełen podziwu dla swojego przyjaciela i zupełnie nieświadom drugiego dna przywiązania Scootera. Między nimi zakochana i rozbuchana seksualnie kobieta, śmierć, toksyczna rodzina i alkohol. Dałoby się z tego wyciągnąć wiele. Może kiedyś...

sobota, 29 maja 2010

Brzydal - Grzegorz Wiśniewski

Sezon teatralny się kończy i cieszę się, że udało mi się załapać na tę sztukę. Grana jest już od 2007 roku i słusznie z niesłabnącym powodzeniem.
Renata Sas, recenzentka Expressu Ilustrowanego napisała o tej sztuce "Teatr im. Jaracza ma taki zespół, że gdyby zdecydował się wystawić książkę telefoniczną, to też miałby szansę zaciekawić widownię.". Nie wiem do czego tym pije, bo o reżyserze nie wspomniała. Fakt, najlepszy łódzki teatr to Jaracz. Aktorzy są wspaniali, a Barbara Marszałek perfekcyjna. W tym spektaklu wszyscy aktorzy pokazują, co to jest sztuka aktorska na najwyższym poziomie.

Uśmiałem się jak norka. Tekst jest kapitalny, a pomysły Wiśniewskiego wyśmienite. Jeśli nie byliście, to już dziś zapiszcie sobie w kalendarzykach, żeby pójść jesienią (chyba, że jeszcze w tym sezonie się wam uda). Chętnie wybiorę się ponownie, żeby zapamiętać jeszcze więcej powiedzonek z tej sztuki. A marzeniem by było, żeby Wiśniewski zrobił z tego teatr telewizji - przebój murowany.

Pozwolę sobie na refleksję związaną z tą sztuką. Naszym zwierciadłem często nie jest lustro, czy to, co sami o sobie sądzimy, lecz to co inni w nas widzą. Ja, na ten przykład, od roku słyszę, że jestem "dobrym człowiekiem". Nikt mi nie podał wprawdzie definicji tego określenia i jak patrzę w lustro, to jako żywo żadnego "dobrego człowieka" nie widzę. Jestem po prostu sobą, taki jakim mnie Darwin stworzył. I wcale nie dostrzegam w sobie jakiejś dobroci. Ale słysząc te oceny staram się do nich dopasować, zasłużyć sobie na nie. Nie bardzo wiem, czy w ten sposób okłamuję siebie, czy innych. Może jakieś świństwo powinienem zrobić?

piątek, 28 maja 2010

A Single Man - Colin Firth

Byłem, a jakże. Niestety daleki jestem od zachwytów. Owszem film nadaje się do obejrzenia, ale o ile Brokeback Mountain obejrzałem już chyba z 10 razy i nadal mi się nie nudzi, to tego filmu raczej drugi raz nie obejrzę.
Podobała mi się dramatyczna scena rozmowy z krewnym kochanka, gdy dowiadując się o śmierci ukochanego człowieka Colin Firth udaje, że jest spokojny. Scena rozpaczy w ramionach przyjaciółki wycisnęła mi łzy z oczu, choć trick z wycięciem dźwięku jest jeszcze z Claude'a Lelouch'a (rocznik 1937, NB, nie wiedziałem tego, ale od czego są fachowcy). Potem właściwie nie dzieje się wiele.

Wszyscy, jak jeden mąż, zwrócili uwagę na fragment o "prawdziwej miłości". To daje do myślenia, ale takie odkrywcze znowu nie jest. Irytowało mnie nawiązywanie do dwóch psów, z których jeden zginął. Pewno jest w tym jakaś głębsza metafora, ale ciężka do zgłębienia i na pewno dyskusyjna.

A koniec, to raczej taki banalny. Wystrzeliły te wszystkie tabletki i informacje o przebytym zawale. I film się skończył.

Uważni oglądacze zauważyli, że na początku filmu coś się popierdoliło i mimo upływu czasu na budziku wskazówka nie drgnęła.

środa, 26 maja 2010

Policja gay friendly

Policjanci ze Zgierza od tygodnia mają szkolenia na temat homoseksualizmu - informuje "Polska The Times". 
Zajęcia noszą tytuł "Homofobia i hetero-norma". Pierwsza 20-osobowa grupa mundurowych już miała pierwsze warsztaty. Policjanci uczą się m.in. podstawowych pojęć, rozprawiają się z mitami o rozwiązłym życiu seksualnym gejów i poznają statystyki dotyczące agresji z powodu orientacji seksualnej. Są też ćwiczenia, podczas których policjanci wcielają się w osoby dyskryminowane.
W warsztatach weźmie udział 80 z ponad 300 zgierskich policjantów. Ze statystyk wynika, że ponad połowa osób homoseksualnych zetknęła się z agresją słowną, 11-17 proc. doświadczyło przemocy fizycznej. Tymczasem na policję zgłasza się tylko 15 proc. ofiar. Głównie dlatego, że boją się... reakcji policjantów.

Ciekawe, czy mieli też zajęcia praktyczne, by lepiej zrozumieć ten fenomen męsko-męskiego przyciągania. Rozpala mnie myśl o tym, jakież to podstawowe pojęcia są omawiane. I ten mit rozwiązłego życia seksualnego! Żeby ono chociaż półrozwiązłe było! A serio, to myślę, że wcale nie chodzi o strach przed reakcją policjantów, tylko o to, że rozgadają po okolicy. No i może policjanci otworzą się na nas także pod innymi, bardziej prozaicznymi względami ;)

piątek, 21 maja 2010

W kinach

"The Cove" - "Zatoka delfinów" dokument dla ludzi o mocnych nerwach.



A dla rozrywki "Prince of Persia: the Sands of Time" - "Książę Persji: Piaski czasu" z boskim Jakiem Gyllenhaalem i jego uśmiechem.

Celebmanmeat blog

czwartek, 20 maja 2010

Czarna Madonna w Łodzi

Przypadkiem zajrzałem na witrynę Dziennika Łódzkiego, gdzie w ramach przygotowań do uzyskania tytułu Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku już wymienia się czekające nas atrakcje.


Trochę jestem wprawdzie zdziwiony, czemu akurat TO wydarzenie kulturalne (jak się okazuje) nie jest w kategorii "Kina, Teatry, wystawy", bo to przecież jednoobrazowa wystawa, tyle tylko, że oglądający klęczą z sobie tylko znanych powodów.

Niektórzy łodzianie swoje kulturalne zaangażowanie związane z tą wystawą obwieszczają całej okolicy.

środa, 19 maja 2010

"Contact" wariacje baletowe, Teatr nie-wielki

Był ciężkawy "Dybuk", to tym razem miało być coś lżejszego. To już trzecie przedstawienie "Contactu", są recenzje, wykorzystam je.

Niejaka Agata Jędrzejewska  pisze:
Pierwszy fragment zatytułowany jest „Swinging” i wyraźnie zainspirowana została rokokowym obrazem „Huśtawka”, namalowanym przez Jean-Honoré Fragonarda. Aktorzy-tancerze wyglądają jakby wystąpili z ram malowidła wprost z XVIII-wiecznej Francji, żeby zainscenizować publiczności igraszki na huśtawce.
A dokładnie, to przez 15 minut pani huśtała się rozkładając nogi, a dwóch panów na zmianę na nią wchodziło. Nie działo się nic. Na koniec ktoś z sali krzyknął "Skandal!".
Druga część przedstawienia nazwana została „Did you move?”. Tym razem przenosimy się w lata 50’ do restauracji, gdzie obserwujemy „romantyczną” kolację niezbyt szczęśliwego małżeństwa: gburowatego męża-tyrana i pogrążonej w fantazjach żony.
Pan chciał "pieprzone bułki" i wychodził, a pani w tym czasie pląsała, by na koniec męża zastrzelić. Nie działo się nic. Część skonsternowanych widzów nie wiedziała, co się dzieje. Pozostali, czyli wygarniturowani chłopcy z zawodówek, dziewczęta bezrozumne i osoby, które do teatru trafiły całkiem przypadkowo klaskali z powodów trudnych do zrozumienia dla przeciętnie inteligentnego człowieka, jak ja.

Części trzeciej nie widziałem, bo wyszedłem tuż po rozpoczęciu, kiedy okazało się, że nic się nie zmieniło. Nogi mi się trzęsły z wrażenia. Takiego gówna w życiu nie widziałem. Gdybym zapłacił za bilet, to zwróciłbym go i żądał zwrotu pieniędzy, w razie odmowy zwróciłbym spektakl.

Agata Jędrzejewska kontynuuje:
W show na pierwszy plan wysuwa się taniec, gry aktorskiej nie można jednak deprecjonować. Aktorzy wcielają się w nowe role – tańczą, zawodowi tancerze natomiast otrzymali tekst, który muszą zagrać. Jedni i drudzy spisali się świetnie.
Tancerze jakoś właśnie nie tańczyli, a ich gra aktorska wywoływała ból zębów. Pani Jędrzejewska chyba wcześniej recenzowała spektakle w remizach.
[Przedstawienie] Jest niezwykle pogodne, dobrze nastrajające, zabawne i przyjemne. Po wyjściu z teatru aż chce się tańczyć.
Mnie w trakcie zrobiło się słabo, a po wyjściu chciało mi się rzygać. Nie, że mi coś zaszkodziło żołądkowo. Ten spektakl obraża inteligencję i choćby najbardziej prymitywny zmysł estetyczny.

L.Bonar - ŁWD
Wydaje się, że charakter przedstawienia najbardziej może przypaść do gustu młodej publiczności i w tym właśnie dyrekcja teatru upatruje szansę na zdobycie nowych widzów.
W ten sposób można jedynie młodych, inteligentnych ludzi zniechęcić do zaglądania do tego przybytku.

PAP
Dyrektor łódzkiej opery Marek Szyjko uważa, że jest to jeden z najlepszych i najbardziej znanych spektakli Broadwayu ostatnich lat.
Ten człowiek chyba na głowę upadł.

Łódź Europejską Stolicą Kultury? Szmiry! W Łodzi za pieniądze podatników można kulturalnie konsumować gówno. Za ten chłam powinny polecieć głowy.

"Dybuk" Mariusz Grzegorzek, Teatr Jaracza

Szymon An-ski (a właściwie Salomon Zainwel Rapoport; 1863-1920) popełnił to dzieło w 1914 roku po rosyjsku, ale ta wersja zaginęła. Przyjaciołom pokazał ostatnią wersję w jidisz w 1920 roku. Przyjaciele dramaturga tak bardzo nie docenili jego dzieła, że aż ze zgryzoty zmarł.

Po śmierci autora dzieło stało się słynne i wystawiane było w kraju i na świecie, niejednokrotnie w Łodzi. 8 maja 2010 roku reżyser Mariusz Grzegorzek zaprezentował swoje widzenie "Dybuka" na deskach Teatru Jaracza. Mam poważne obawy, że Szymon An-ski umarł ze zgryzoty po raz drugi.

Podobała mi się tylko pierwsza scena. Nawet tak jakoś wczułem się w wytworzony mistyczny klimat. Potem było coraz gorzej. Interesująco i przyciągając uwagę zagrała swoją rolę Barbara Marszałek jako Reb Azriel - cadyk z Miropolu. Pozostałym 22 aktorom (!!!) można tylko współczuć, że musieli to jakoś zagrać.

Scenografia interesująca, tylko że nie wiedzieć czemu posłużyła do ciągłych, a niczemu nie służących baletów. Wnoszenie i znoszenie różnych sprzętów wydłużało spektakl dramatycznie. A trwa on 140 minut bez przerwy! Część widzów wychodziła w trakcie, niektórzy już nie wracali. Jakiś, któremu towarzyszyłem, przy jednej z rozciągniętych do granic możliwości scen, w czasie której nie działo się nic, teatralnym szeptem rzucił "Nudzi mi się!". Chanan - główny bohater grany przez młodego aktora Marka Nędzę zachowywał się jak zombi jeszcze za życia granej przez siebie postaci. Scena egzorcyzmów jako żywo przypominała horrory klasy C i budziła raczej śmiech. W końcówce chyba wzorem hitów bollywood było śpiewanie, co Jakiś ostentacyjnie skomentował "O, a teraz musical zrobił". Poza odciskami na dupie nie wyniosłem niczego.

Zaintrygowały mnie dwa słowa z tekstu dramatu, nie pasujące jak mi się wydawało do tradycji żydowskiej: amen i Wielkanoc (zwana w niektórych kręgach Wielkomoczem). Sprawdziłem, amen jak najbardziej wywodzi się z języka hebrajskiego, gdzie oznacza "niech tak będzie". Natomiast z Wielkanocą, to musiała być jakaś wpadka tłumacza, bo Żydzi Wielkanocy nie obchodzą. Mają w tym czasie Paschę i obchodzona jest ona dla innych okoliczności niż Wielkanoc.

Jeśli jakiś wewnętrzny imperatyw gna was na to przedstawienie poczytajcie inne recenzje
pozytywne Renata Sas, Express Ilustrowany; Olga Ptak, Dziennik Teatralny Łódź;
ambiwalentne Łukasz Kaczyński, Dziennik Łódzki; Agata Jędrzejewska

poniedziałek, 17 maja 2010

Boski facet

Hyakinthos wynalazł zdjęcia faceta Ricky Martina... umarłam ;)

Nie patrz w lustro po obejrzeniu

A to zamieścił Pluto... piosenkę uwielbiam, ale ten flash mob dołożył wiele. A może by tak zamiast Marszów Milczenia itp. zorganizować podobne gejowskie eventy?

piątek, 14 maja 2010

Międzynarodowa Wystawa Kotów Rasowych

Korzystając z zaproszenia (mam szczęście do bycia zapraszanym ostatnio) w minioną niedzielę wybrałem się samotnie na Międzynarodową Wystawę Kotów Rasowych. Nigdy na takiej nie byłem, a że ciekawy wszystkiego ze mnie człowiek, to i tego chciałem skosztować.

Dotarłem do hali sportowej w Zgierzu. Tam zupełnie inny widok niż na wystawie psów. Wszędzie porozstawiane klatki, a w nich sierściuchy. Niestety koty rasowe w przeciwieństwie do psów są takie trochę niemrawe. Praktycznie wszystkie spały, a że w klatkach, to ich nawet pogłaskać nie można.


Wybory najpiękniejszych kotów też wyglądają zupełnie inaczej. Właściciele oddają swoje koty do klatek przy sędziach. W każdej kategorii umyślne osoby wyciągają koty i przekładają na stoliki, gdzie oglądają je sędziowie. Najkomiczniej z tego oglądania wygląda machanie przed nosem kota piórkiem na patyku. Nie chodzi jednak o to, żeby się z kotem pobawić. Pozwala to na dostrzeżenie jego ukrytych wad genetycznych.


Organizacja zawodów mających wyłonić kocie piękności wzbudziła mój podziw. "Zawodników" było chyba kilkuset, a mimo to wszystko przebiegało sprawnie. Ciekawostką było to, że wszyscy sędziowie, oraz podający koty po dotknięciu każdego kota dezynfekowali dłonie. Stoliki również były myte. Jak się dowiedziałem chodzi o to, by z jednej strony nie doszło do przeniesienia jakichś chorób, a z drugiej, żeby koty nie podniecały się niezdrowo zapachem innego kota.



Największe wrażenie robią oczywiście pełne życia kociaki.



A kociaków było więcej. Co powiecie o tym sędzi z Włoch?


Zauważyłem, że nie tylko kotom bacznie się przyglądał.



Tak przy okazji, to wyszło, że największą organizacją homiczą w Polsce nie jest jakaś Lambda, czy KPH, ale właśnie środowisko kociarzy. Nie tylko koty pięknie się tam prezentowały. Właściciele też niezłą rewię mody odwalili, nie mówiąc już o typowych dla cioteczek gestach, jak dzbanuszek, konewka, czy dzięcioł.

środa, 12 maja 2010

Nuno Gama for Men

I wreszcie nadszedł ostatni dzień pokazów. Mimo zmęczenia wybrałem się na końcówkę z siostrą, niech dziewczyna się nacieszy.

Niespodziewanie Nuno Gama, który wcześniej projektował stroje kobiece, tym razem przedstawił kolekcję wyłącznie męską. Pokaz zaczął się nietypowo, bo modele szli z pojedyńczymi butami na poduszce - pojęcia nie mam, co to miało symbolizować. Mieli też maski na twarzy. Projektant pochodzi z Portugalii i stamtąd te maski się wywodzą. Oryginalnie maski są drewniane, ale tu dla wygody były z materiału. Jak zobaczycie kolekcja odnosi się do mundurów wojskowych, choć strojom delikatności i uroku dodają fioletowe, wzorzyste, portugalskie chusty. Bardzo mi się podobało zestawienie brązowych wysokich butów z niebieskimi skarpetkami i przykrótkimi, białymi spodniami. Świetne też były buty przypominające czapsy do jazdy konnej, choć z dodanymi z przodu dekoracyjnymi sznurówkami.

Podobnie jak przy pokazie Agathy Ruiz de la Prady i tym razem pokaz zaskoczył. Wystąpili w nim pozostali projektanci biorący udział w pokazach Fashion Week.

Miłego oglądania.

Część 1


Część 2


Muzyka: Assemblage 23: Infinite

wtorek, 11 maja 2010

Prada... bez urazy

Agatha Ruiz de la Prada to zdaje się nie "TA" Prada, ale pokaz niedzielny był wyśmienity. Na wszystkich pokazach "wieszaki", czyli modelki, były sztywne, z twarzami pozbawionymi wszelkich emocji. Na tym pokazie uśmiechały się, były radosne. Stworzyło to zupełnie inny klimat. Dobrze poczuli się nie tylko oglądający, ale i same modelki. Jedna poczuła się tak swobodnie, że aż dostała brawa. Bo to przecież ludzie, choć modelki.



Ale nie kryję, uczestniczenie w tych wszystkich pokazach zmęczyło mnie. Nie potrafię się zaangażować emocjonalnie w to, co widzę. Bo, co ja widzę?! Tempo pokazów nie jest takie, jak można sądzić po relacjach telewizyjnych. Jest sporo dłużyzn, które jakoś trzeba sobie wypełnić. Bardziej intrygowała mnie atmosfera, w której największe nawet dziwactwo było akceptowane. Nieważne, czy jesteś homo, hetero, metro, itp., czy nosisz spodnie, sukienkę, czy wolisz stroje kolorowe, czy mundurki wszystko staje się się częścią całości i jej cennym uzupełnieniem. Poczułem się tam na tyle dobrze, że wyjście do zuniformizowanego, zewnętrznego świata może nie było torturą, ale dysharmonia była odczuwalna.
Utrwaliło się we mnie przekonanie, że mój może nazbyt kolorowy styl ubierania się (bardzo piętnowany przez Starą Gropę) jest jak najbardziej na miejscu. Jest wyrazem mojego indywidualizmu, czegoś czego nie powinno się wstydzić ani przed sobą, ani przed innymi.

A propos stylu. Tak dyskusyjnie podsumuję innych.

Stara Gropa - trendy, ale bez szaleństw; raczej zgodnie z oczekiwaniami i nastawieniem na epatowanie, niż z nutą indywidualizmu,
Metka Boska - budowanie wizerunku przez markę noszonych ciuchów, a nie własną koncepcję na swój wygląd,
Jakiś - totalna ekspresja odzieżowa,
Xell - dobra jakość, ale trochę bez wyrazu,
Radix - powinien pójść do wojska, "za mundurem ciotki sznurem",
Krowa Morska - liczy się tylko fryzura?
Ego, Raand, Lucy, Marcysia, Sylwia, Gwiazda, Hiszpan i wielu innych - sorki, ale równie dobrze moglibyście chodzić nago i może zrobiłoby to większe wrażenie.

Bez urazy ;)

niedziela, 9 maja 2010

Kenzo i inni

Nie było jak dotrzeć na pokazy OFF o 12, bo przecież nijak nie mogłem się z domu wygrzebać po nocce. Dziś zresztą też nie zdążyłem. W pędzie piszę tę notkę, żeby zdążyć na kolejne.
Wczoraj dojechałem dopiero na pokaz Łukasza Jemioły (albo Jemioła, nie wiem jak mu odmieniać nazwisko). Ale że kolejny pokaz miał być dopiero 2 godziny później, to się urwałem i pojechałem do domu coś zjeść, nauczony doświadczeniem, że jak nie zjem, to umrę z głodu, a jego samego nawet nie poczuję.
Na pokaz Paprockiego&Brzozowskiego umówiłem się ze Starą Gropą, która zadeklarowała się, że będzie mnie wozić, a ja będę mógł pić. Udało nam się zająć strategiczną pozycję przy wejściu na salę pokazów i weszliśmy w pierwszej dziesiątce. Stroje były niezłe, ale ja się nie znam, obejrzyjcie sobie ten naprędce zmontowany filmik.



Pokaz zaszczycił Kenzo wraz z oszałamiająco przystojnym facetem. Nie mogłem od niego ócz oderwać mych chabrowych. Wyglądał na czterdzieści parę lat, Stara Gropa dawała mu nawet pięćdziesiąt kilka, ale nieważne i tak wyglądał świetnie. I jak się uśmiechał!

 Od razu mówię, że nie chodzi mi o tę zołzę w goglach, tylko tego pośrodku.

I jeszcze szybka adoracja ;)



Po pokazie polecieliśmy do VIP roomu na wódkę. Stanąłem w kolejce, postałem i mało mnie szlag nie trafił, kiedy dla osoby tuż przede mną zabrakło szklanek i bar się zawiesił. Wódka była, soki były, a nie było z czego pić!

Z pokazu Eymeric'a Francois mógłbym też zrobić filmik, ale to tylko jeśli będzie takie życzenie PT publiczności.

Natychmiast po wyjściu z Expo popędziliśmy do Kokoo, gdzie zorganizowano after party. Szalonego tłumu nie było, ale był Kenzo ze swoim przystojniakiem. Lampiłem się na niego, ale chyba nie zwróciło to jego uwagi. Stara Gropa chciała mnie nawet wepchnąć za nim do kibla, ale nie zwykłem w ten sposób zawierać znajomości. Poza tym przystojniak ślinił się raczej do modeli, których paru przyszło, więc ze zgaszoną miną poszliśmy na kolejną zamkniętą imprezę tym razem w Art Caffe.

Tam aftera mieli plastikowi z pokazów OFF. Na miejscu upadła Krowa Morska, rozanielony Hiszpan i o dziwo trzeźwa Kaczka. Reszta cooleżanek nie miała siły przebicia i do arta ich nie wpuszczono, to rozsiadły się z fochem w Fufu. A arcie nie zabawiliśmy długo i dołączyliśmy do cooleżanek. Ale one zamiast ucieszyć się na nasz widok, to siedziały jakieś zgnębione i szybko poszły sobie. Stara Gropa przytuliła jednego młodego, który o dziwo mnie znał. Pogadaliśmy, ja popiłem i grzecznie do domciu.

sobota, 8 maja 2010

Showroom -> herbata

I jak tu kurwa, relacjonować coś na bieżąco jak się do domu wraca o drugiej w nocy! Wszystko przez Starą Gropę, który naciągnął mnie na niby krótki wypad do Narraganset. Gdzie grzecznie piłem wodę z tonikiem, nie tańczyłem i nawet nie zaczepiałem obcych mężczyzn delektując się nimi tylko z daleka. W takich okolicznościach notka będzie krótka.

Wybrałem się z Ciastkiem, bo się na modzie zna i mógł mi coś podpowiedzieć. Zaczęliśmy od pokazów OFF. Odbyły się we wnętrzach Uniontexu przy Tymienieckiego 3. Terenu o niesamowitej urodzie, który pierwszy raz zobaczyłem na własne oczy.



Kogoś może razić pewien nieład wnętrz, gdzie odbywały się pokazy OFF, ale właśnie w tym cały urok. Powiem więcej, Wenecja ze swoim Arsenałem wykorzystywanym podczas Biennale może się schować.
Niestety z trzech pokazów tylko jeden był wartościowy. Pierwszy sprowadzał się do wykorzystywania różnych ekologicznych ścinków. W drugim raziły kiepsko zszyte materiały i byle jakie zestawienia. Dopiero trzeci, w elektrowni, robił wrażenie. Panowie, już niedługo zaopatrzyć się będziemy musieli w jakieś odjazdowe "pączochy".


Po pokazach zażyliśmy z Ciastkiem atrakcji eventowej o nazwie Dinner In The Sky na rynku Manufaktury. Polega to na tym, że biesiadników wciąga się wraz ze stołem na kilkadziesiąt metrów w górę i tam biesiadują. Przyznaję, że dosyć emocjonujące, choć obiadu nie dostałem, a tylko drinka.



Ja-Kub strzelił focha, więc Ciastko porzucił mnie i na Złotą Nitkę pojechałem sam. Dobrze, że Xell tam dotarł, bo nie miałem do kogo gęby otworzyć. Do woli mogłem konsumować "fashion weekowe" drinki korzystając z przywilejów jakie miałem - to trochę pomogło. Ponieważ na modzie, szczególnie damskiej, nie znam się nic, a nic więc tylko tępo patrzyłem na kolejne kroczące wieszaki. Wokół mnie byli jacyś ludzie o VIPowym statusie, ale jakoś nieszczególnie przejęci tym, co się dzieje na wybiegu. Pojawił się Michał Piróg, który galę prowadził, na wyciągnięcie ręki minął mnie Kenzo (dobrze, że Xell powiedział mi, że on, to on). Tomasz Jacyków tokował do wszystkich wyciągniętych mikrofonów tak długo, dopóki już nikt o nic nie chciał go pytać. Aż wreszcie przyznano z tuzin nagród i wyróżnień i mogłem pójść coś zjeść. A w Art Caffe piłem to, o czym marzyłem cały dzień - herbatę.

piątek, 7 maja 2010

Zlota Nitka

Bez poświęceń z mojej strony, ale dzięki wielkiej uprzejmości, za którą jestem dozgonnie wdzięczny będę na całości FASHION WEEK, choć nie jako celebryta (jeszcze nie ;).

Wielkie buziaki dla wszystkich, którzy o mnie pamiętali i załatwili mi dodatkowe zaproszenia. Przekazałem osobom, które na modzie się wyznają.

Postaram się relacjonować wydarzenia na bieżąco.

Metka Homofobiczna

Metka Boska rozwija talent i będę musiał w końcu jakoś go przekonać do stałej współpracy. Poniżej jego komentarz do notki "Widziałem cię".


Ja znalazłem kilka ogłoszeń:

1. Z cyklu "z życia zakładów karnych":

"Oddziałowy Waldku z oddziału IV może tu zaglądasz??? Odezwij się ;) "

Niestety, oddziałowy Waldek nie zechciał się odezwać. Ciekawe w ogóle, skąd skazania mają dostęp do internetu? A może to jakaś ciotka w todze poszukuje tą drogą znajomości?

2. Z cyklu "Białystok Paryżem północy":

"widzieliśmy Ciebie w Alfie w sklepie Salamandra bardzo nam się spodobałeś- odezwij się .Ty metroseksualny blondyn ubrany na jasno"

Metroseksualny blondyn? Czyżby Kononowicz?

3. Z cyklu "chcę zostać dupą wykładowcy":

"wczoraj, tj.środa, prowadziłeś wykład w zastępstwie profesora,, jeżeli to czytasz , to się odezwij,,:)"

4. Z cyklu "uśmiech zawsze oznacza, że jesteś gejem i na pewno o mnie, skarbie, marzysz":

"Widziadłem Cię w środę kolo Elektryczniaka na skrzyżowaniu ze strażą. Jechałeś samochodem w garniturze, Staliśmy na środku skrzyżowania i patrzyliśmy się na siebie cały czas..lekki uśmiech zachęcił mnie by tu napisać... może zajrzysz.. odezwij się... miło by było.."

No ale nie będzie miło - ogłoszenie pozostało bez odpowiedzi.

5. Z cyklu "dziwy anatomii":

"hej, spotkaliśmy się pod sklepem w Kluczborku , stałem z gazetą, potem poszliśmy do Ciebie, gdzie ogoliłeś mi dupcię i wylizałeś, w trakcie wyszedłem po piwko, ale nie wróciłem.... odezwij się :)"

Po pierwsze - jaką trzeba mieć dupcię, żeby móc wyjść po piwko i cały czas mieć ją lizaną? Po drugie - Kluczbork okazuje się zaskakiwać. Wystarczy stanąć pod sklepem z gazetą i od razu ktoś wyliże nam dupę. Jeśli oczywiście ktoś to lubi...

A teraz mały hardcore - fetysze:

"Nawiążę znajomość z facetem, który nosi protezy stomatol.,
strasznie mnie to podnieca.
Kręci kogoś podobny fetysz?

Może odezwie się jakiś protetyk?"

Jezu, co można robić z protezą stomatologiczną?

"Będę w ostatnim tygodniu maja w trójmieście. Poszukuję starszego Pana na klasyczny spanking (szczegóły do ustalenia w mailu)."

Co to jest spanking klasyczny i nieklasyczny? Czy można jakoś fikuśnie lać komuś dupę, tj. robić to nieklasycznie?

"Przystojny i elegancki men po 30-tce (średnia kadra kierownicza), sprzeda swoją używaną i noszoną bieliznę: bokserki, slipy, skarpety, podkoszulki oraz spodnie!
1-dniowe, 2-dniowe, 3-dniowe lub inne do wyboru. Także mogą być po seksie i/lub po waleniu. Ty decydujesz, po czym jeszcze...
Wyłącznie dla profesjonalistów, chcących mieć extra fetysz. Niezdecydowanym i malkontentom dziękuję."

No, kto chętny na skarpety średniej kadry kierowniczej? Ale tylko dla profesjonalistów, bo koleżanka dziękuje malkontentom! Ciekawe, co to jest średnia kadra kierownicza - starszy referent (miewający pod sobą młodszego referenta)?

"Umowie sie z kims w srode 12 maja na piss. Lubie jak koles sika mi do piwa"

No ja jednak nie lubię. I co ona z tym potem robi, jak jej ktoś nasika - pije czy jak?

a teraz moje ogłoszenie:

"Przystojny, zadbany, po 30., chętnie pozna Terminatora, który zajebie wszystkie debilowate ciotki dające ogłoszenia typu "widziałem Cię w autobusie przez okno przez 3 sek., popatrzyłeś na mnie, na pewno mnie kochasz - ja bez jednej nogi, stałem z kapeluszem na rogu ulicy i prosiłem o wsparcie jako ofiara Smoleńska". Chętni proszeni o szybki kontakt. Maila nie podaję (dyskrecja!), ale pisz."

wtorek, 4 maja 2010

Fashion Week



Potrzebuję zaproszenia na Fashion Week,
w zamian darczyńcy oferuję się cieleśnie.


Byłem po raz pierwszy w życiu na Międzynarodowej Wystawie Psów Rasowych, również po raz pierwszy idę na Międzynarodową Wystawę Kotów Rasowych, to chcę też po raz pierwszy iść na Fashion Week.

Ponadto potrzebuję towarzystwa: znawcę mody sztuk jedna.

Całość informacji o Fashion Week znajdziecie tutaj. A mój plan w Kalendarzu imprezowym w lewym panelu.

Spoza środowiska

Sly się podzielił linkiem. Metka Boska - stały fan rubryki "Widziałem Cię" - chyba porzuci pracę i przeczyta od deski do deski.

Ladies and Gentlemen:

SpozaŚrodowiska Blog

Uchmieleni

To już drugi dzień, kiedy w godzinach mocno porannych coś mi pod domem warczy i spać nie daje. Nie wiem, co to jest. Może sąsiedzi traktor sobie kupili i będą teraz co rano odpalać go, bynajmniej nie ku mojej uciesze.

Wieczór spędziłem miło. Wraz z Krową Morską publicznie dojechaliśmy do centrum miasta tramwajem linii 11. W "One-21" napotkaliśmy Drużynową z aktualnym oraz naszli Hiszpan i Kaczka. Ten fragment wieczoru upamiętnił się zwrotem 1 (słownie: jednej) złotówki zapłaty za Kaczkowe piwo. Bo otóż Kaczka wychłeptał małe piwo, które na rachunku kosztowało 6 zł, a w ofercie publicznie, na widoku było za 5 zł. Obsługa bardzo dyskretnie zrobiła nam zdjęcia do katalogu "Tych gości nie obsługujemy".

W Sphinxie spożyliśmy pięć półtoralitrowych dzbanów piwa marki Okocim w cenie 13 zł sztuka, czyli prawie darmo. Kaczka ponadto zajadał się zupą cebulową najprawdopodobniej marki Knorr. Obecni uznali, że z Kaczką mamy się ku sobie.

Kontynuując narzeczeństwo spróbowaliśmy wejść do Esplanady, ale tam palić nie wolno, więc udaliśmy się na z góry upatrzone pozycje w Ganimedesie. Konsumpcja kolejnych piw obnażyła nietrwałość związku z Kaczką. Przytuliliśmy do naszego grona Xell'a, który niczym nimfa z pary się objawił. Wyściskaliśmy się z Prawie Żonatym, który owąż porą był też obecny i to całkiem nie sam. Chmielnie osłabli skierowaliśmy się do legowisk.

poniedziałek, 3 maja 2010

Sobotni Narraganset

Metka Boska chciał iść do Narra już w piątek, ale nieszczególnie to komukolwiek, w tym mnie, pasowało, więc padło na sobotę. A potrzebę pogibania się miałem dużą. Wysłałem smsy do znanych imprezujących i część udało mi się zachęcić. To chyba jedyny, choć kosztowny sposób na dotarcie do wszystkich. Bloga nie każdy sprawdza, podobnie z NK i FB. Szukam możliwości przez Google Calendar. Zobaczymy, czy to zda egzamin.

Poza wspomnianym Metką Boską był Raand i Ego, Ciastko i Ja-Kub, Radix, Xell, Południowiec z D. Po raz pierwszy w życiu ten przybytek nawiedził Jakiś i nawet spotkał swoich znajomych.

Nie ma za bardzo, co się rozpisywać, bo niby, co wyjątkowego miało się wydarzyć. Ja, Metka i Radix szaleliśmy na parkiecie, czasem z Xellem i Jakisiem, reszta zaległa przy barze. Może tylko Raand jak zwykle zaszalał, bo jak wieść gminna niesie oralnie zapoznał Murzyna... z wzajemnością zresztą. O tym, co miał w ustach, musi już sam opowiedzieć.

Poniżej test kalendarza. Będę go jeszcze modyfikował.

Kraków: Wystawy

Kraków c.d.

Po operowej niedzieli i spacerowym poniedziałku chciałem nasycić oczy na wystawach. Otwarte były trzy: Lars Laumann w Bunkrze Sztuki, zaraz obok Ewa Kutermak-Madej, Ilona Herc, Małgorzata Mizia w Pałacu Sztuki i Marcin Maciejowski w Muzeum Narodowym.

Lars Laumann pokazał trzy filmy. Pierwszy, który jest raczej reportażem o oczekującym na wykonanie wyroku śmierci mordercy i towarzyszącej mu dziewczynie. Drugi opowiadający o śmierci księżnej Diany, zbudowany jako kolaż fragmentów różnych starych filmów, ale za długi by się na nim skupić. I wreszcie trzeci. Ten przykuwa uwagę. To tylko jedna powtarzana scena, ale jak on to zrobił, to nie wiem.

Book Store Scene (2007) by Lars Laumann from Why + Wherefore on Vimeo.

W Pałacu Sztuki aż trzy wystawy. Ewa Kutermak-Madej jest malarką płodną, ale niezbyt trafia w mój gust. Obrazy są przeładowane. Do tego ściany sal Pałacu Sztuki były niemal zakryte jej płótnami, przez co nie można się było skupić na żadnym z nich.
Z pomysłem na malarstwo Małgorzaty Mizia jest mi zupełnie nie po drodze. Banalne pejzaże wyglądające jak malowane przez pioniera tej sztuki.
Najciekawsza w tym gronie była Ilona Herc. Ciekawa jest kolorystyka tych prac. Robią wrażenie prostotą. Jeden z obrazów podobał mi się nawet na tyle, że zawiesiłbym go u siebie.

Nie wiem czym Marcin Maciejowski zasłużył sobie na wystawę w Muzeum Narodowym. To właściwie nie malarstwo tylko malunki komentujące, do tego zupełnie nie angażujące. Wolę popatrzeć, co zamieścił vontrompka. Fikuśnym rozwiązaniem wystawy była prezentacja niektórych prac w taki sposób, że trzeba było się pochylić i zajrzeć przez otwór, jako żywo przypominający glory hole.

Motherfucking Pope

Abiekt znalazł "Pope Song" Tim'a Minchin'a. Niestety możliwe, że aby zobaczyć klip konieczne będzie zalogowanie się na YouTube.



Jak nie uda się powyżej, to spróbujcie tu:



Fragment tekstu:

Fuck the motherfucker
Fuck the motherfucking Pope
Fuck the motherfucker
And fuck you motherfucker
If you think that motherfucker is sacred
If you cover for another motherfucker whos a kiddie fucker
Fuck you, youre no better than the motherfucking rapist
And if you dont like the swearing that this motherfucker forced from me
And reckon that it shows moral or intellectual paucity
Then fuck you motherfucker, this is language one employs
When one is fucking cross about fuckers fucking boys

Widziałem Cię

Cioteczki to mają wyobraźnię! Przez przypadek zobaczyłem ogłoszenie na gejowo.pl z serii "widziałem cię":

właśnie przed chwilą szedłem za Toba ul. Czarnochowską w Wieliczce:-) Masz zajebisty tyłeczek:-) Jesli miałbyś ochote sie poznać daj znać:-)) Na pewno bedziesz wiedział o kogo chodzi...

Oczywiście, że będzie wiedział! Całą drogę łypał przecież czekoladowym oczkiem! ;)

niedziela, 2 maja 2010

Międzynarodowa Wystawa Psów Rasowych

Mam zaległości, bo powinienem napisać o wystawach w Krakowie, imprezie u Starej Gropy i wizycie w Narraganset. Będzie o czymś innym.

Dziś wylądowałem w zupełnie abstrakcyjnym miejscu, bo na XVIII Międzynarodowej Wystawie Psów Rasowych, która rokrocznie odbywa się w Łodzi rzut beretem od mojego miejsca zamieszkania. W życiu bym tam nie trafił, gdyby nie Krowa Morska, który jak się okazało w temacie jest oblatany i nawet potrafi odróżnić jedną psią rasę od drugiej. Hiszpan zabrał swojego zupełnie nierasowego, ale przeuroczego psa i spędziliśmy tam przy piwkach całe popołudnie. Atmosfera piknikowa, pieski biegają wraz z właścicielami, my oglądamy. Psiaki urocze, ale właściciele nie mniej interesujący. W pewnym momencie jeden pan poprosił nas o aplauz dla swojego pupila, co też uczyniliśmy. Przewidział nawet, że w jego kategorii wygra mops jakiejś pani prezes od piesków. Jego zwierzak zajął trzecie miejsce. Dumny i blady odszedł od podium z pucharem i workiem karmy. Opakowanie było różowe. Przechodząc koło nas właściciel powiedział "I nawet kolor dobrali!". Krowa Morska bystro zauważył "Skąd wiedzieli?!", na co właściciel z uśmiechem odparł "No sam nie wiem". Ciotolandia była totalna. Nawet zawarłem ciekawe znajomości. Za tydzień mam zaproszenie na wystawę kotów do Zgierza. Nastrój ma być hipisowski. Tam już nie będzie ciotolandu, będzie ciotowisko. Ktoś chętny by mi towarzyszyć?