piątek, 30 grudnia 2011

Z końcem roku

Bez znaczenia

A to ciekawy dyskurs rozgorzał pod poprzednią notką pod moją nieobecność całodzienną. Pierwsza myśl: wcale nie chce mi się odpisywać. Druga: a może jednak.

Rok 2011 wydaje się być dla mnie przełomowy, tak życiowo. Zaczęło mnie gonić codzienne przekonanie, że wszystko już było. Do tego brak mi życiowego napędu i mimo wrodzonego optymizmu niespecjalnie udaje mi się popłynąć na fali ogólnoludzkiej pseudoszczęśliwości.

W 2011 odbyło się ostatnie, a i tak okrojone gejowskie jajeczko. Nie zamierzam kontynuować tej “tradycji”, bo formuła się wyczerpała.

Ważne miejsce w moim życiu zajął Jakiś i stał się drzewem poznania dobra i zła. Jednocześnie rzeczywiście odsunął mnie, albo wywołał moje odsunięcie od tych, z którymi wcześniej byłem związany. Ale o nim później.

Tajemnicą poliszynela jest, że prowadzę próżniacze życie, jak to nazywa Metka Boska, już od dłuższego czasu. W efekcie świat zamknął mi się w czterech ścianach TVN24 i miałkiej codzienności śniadaniowo-obiadowo-nie jeść wieczorem plus rozrywki kulturalne zapewniane przez Jakisia.

Nie widzę atrakcji w spotkaniu w klubie, gdzie by wymienić najprostszą myśl trzeba ją zawyć, co ogranicza nieco intelektualny jej przekaz i sprowadza całą rzecz do czasów neandertalskich.

Nie widzę też przyjemności w domowych spotkaniach stadionowo tłumnych, gdzie każdy chce błysnąć czym się da w celach różnych, a niezaspokojony zalewa siebie i podłogę trunkami mocniejszymi od własnej głowy.

Dostrzegam wiele zalet Gejowskiego. Jakby je zebrać, to jest tego sporo. Okazało się jednak, że woli on pozostać atrakcyjny dla dwudziestolatków. Powiedziałbym, że to świadomy wybór, a skoro tak chce, to akceptuję to, acz ze wszystkimi konsekwencjami. Niestety, to co działa na dwudziestolatków, na mnie już nie.

Obarczyłem więc swoją osobą Metkę Boską. I wszystko szło świetnie, aż się poróżniliśmy i chyba obaj poczuliśmy się nawzajem upokorzeni. Z tego upadku podnosimy się może, ale ugodzone ego leczy się długo.

A na to wszystko Jakiś. Obaj z mroków średniowiecza weszliśmy wspólnie w renesans, zaliczyliśmy barok, przeszliśmy przez uniesienia romantyzmu, zanudziliśmy się (a raczej Jakiś mnie) pozytywizmem i z kompletnym brakiem pomysłu weszliśmy w Młodą Polskę zmieszaną z rozpustnym międzywojniem. On mi teraz wypisuje, że ja nie rozumiem, czego on chce ode mnie! Otóż nie o konkurs życzeń chyba tu chodzi. Tak, oddaję się sam…

A czego ja chcę? I tu kurwa jest problem. Czy jest jeszcze coś czego nie miałem?! A nawet dodam, czy jest jeszcze ktoś, kto nie miał mnie?

A wszystko to, bez znaczenia.

środa, 28 grudnia 2011

Gej nie znaczy mądry

Meta-kultura

Jakiś nie będzie pewno zachwycony tą notką. Piszę ostatnio o kulturze, i to przez duże “K”, więc uważa, że nie powinno tu być miejsca na frywolność. Jednak to jest blog, do tego mój i prowadzony anonimowo, więc czemu sobie żałować?

Trafiają tu znajomi, o ile chce im się zajrzeć, trafiają bywalcy wydarzeń kulturalnych i trafiają zupełnie przypadkowi internauci. Widownia jest wąska, okazjonalna i niestała w uczuciach. Nie czuję się więc w obowiązku, by blog był jednotematyczny.

Dawno już nikt nie zaglądał na gejowskie anonse z cyklu “Widziałem cię”, to dziś zrobiłem to sam. Materiału do obśmiania mnóstwo, jak zwykle. Wybrałem jedno ogłoszenie:


DZISIAJ JECHAŁEŚ AUTOBUSEM […] JA SIEDZIAŁEM NA SIEDZENIU OBOK CIEBIE MIAŁEŚ NA LEWEJ RĘCE ZEGAREK I OBRĄCZKĘ CZY JESTEŚ GEJEM […] NAPISZ JAK TO TY

Rozumiem, że ta obrączka na palcu lewej dłoni mogła wzbudzić wątpliwości… ale zegarek?! Dobrze, że ogłoszeniodawca wyraża swoją niepewność, bo zakochiwałby się w każdym napotkanym mężczyźnie z zegarkiem i obrączką “na lewej ręce”.

wtorek, 27 grudnia 2011

Wielka Gala Operowa, Express Ilustrowany

Ciągoty

Ciekawym, czy Pac-drap była ponownie na gali, jak zapowiadała. Jej nie widziałem (nie znamy się przecież), za to liczba ciotek na widowni była taka, że jakby zgasło światło, to zrobiłby się gęsty dark room. Miło mi było dojrzeć Fioletowego w licznym towarzystwie. Ciekawe, kto jeszcze ze znajomych był, ale nie widziałem.

Zadziwiająca jest ta magnetyczna siła opery przyciągająca osoby orientacji odmiennej. Ja uważam, że po prostu wrażliwy jestem i stąd pewna łatwość przyswajania różnych dziedzin sztuki.

Bezcenne jest, że miałem szczęście być wprowadzanym w tajniki sztuk przez ZPP kiedyś, a przez Jakisia obecnie. Zasadniczo dzięki tym dwóm osobom sztuki plastyczne, kino, teatr, opera stały się dla mnie swojskie i mam do nich naturalną ciekawość, a i odwagę osądu.

Sztuka stała się też sposobem na spędzanie wolnego czasu. Sprawdzam, co można obejrzeć i wybieram się. Zachęcenie znajomych bywa niestety trudne. Próbowałem tu i przez Facebook, ale z marnym rezultatem. Żałuję, że tak jest, bo jest to rodzaj wspólnego przeżywania i jest o czym później pogadać. Jestem już w tym wieku, że bardziej rajcująca jest dla mnie wymiana poglądów, a nie plotki o tym “kto z kim”.

czwartek, 22 grudnia 2011

Kuchenne rewolucje, Magda Gessler

Uwaga! Wtacza się nowe


Fot. http://forum.cdaction.pl/Kuchenne-Rewolucje-t154316.html
Zaczynam od złośliwości, ale “Kuchenne rewolucje” z lokowaniem produktów w roli głównej i Magdą Gessler jako restauracyjnym Jerrym Springerem oglądamy z Jakisiem regularnie i z zaangażowaniem.
Stan polskich restauracji przedstawia się dramatycznie i módlmy się, żeby ten program oglądali ich właściciele i wyciągali wnioski. Nie wiem jak jest na restauracyjnym rynku obecnie, bo Jakiś gotuje tak świetnie, że nie ma potrzeby byśmy chodzili konsumować czyjeś nieudane specjały.

Irytująca w programie jest pretensjonalna do bólu wstawka o Gessler jako kreatorce smaku. Jeszcze nie byliśmy w jej łódzkich lokalach, ale niech się przygotują na smakową krytykę. Salonowiec był i się zachwycał. Ale on ma w kuchni szklany stół i nigdy nie zanieczyścił swojego piekarnika jakąkolwiek potrawą.

Nawet naturalne jest, że Gesslerowa sprawnie się posługuje kuchenną łaciną i piki lecą gęsto. Wreszcie trochę normalnego języka w TV. Szkoda, że “kreatorka smaku” jest często na bakier z polszczyzną (“podeszew”, “upiec steka”!), ale nie można oczekiwać zbyt wiele od lady “midjum rer”. Bo słowa “mocno”, “średnio” i “słabo” wysmażony są widocznie passé, bo polskie.

Każdy program jest robiony na jedno kopyto, ale Gessler zgarnia pewno taką gażę, że na redaktora brakuje.

Czy nie ma tam wpadek? Mnóstwo. Z tego jednego odcinka, dzisiejszego, kardynalny, sypanie mielonego pieprzu z torebki! Żaden dobry kucharz by sobie na to nie pozwolił.

Gessler niestety nie proponuje w programie niczego lekkiego. Dominują jakieś ciężkie potrawy o wiejskiej, bądź mainstreamowej proweniencji.

Program ma blisko czteromilionową widownię. Choćbym się skichał, to gdybym pisał o kulturze i własnych podbojach seksualnych naraz, Metkowe niepowodzenia uwzględniając, to takiej widowni nie zbiorę. To może zacznę te programy recenzować? Gessler ma to w dupie, mnie się jakieś fajniejsze reklamy pojawią, w które może klikniecie, a ja na ćwiartkę wódy rocznie zbiorę.

wtorek, 20 grudnia 2011

Facebook zabija

Czy mogę liczyć na zmartwychwstanie?

Wejście na Facebook kończy się dla mnie informacją, że “Konto tymczasowo niedostępne”. Wygląda to tak:
image
Zaś przy próbie wejścia na mój profil jest informacja, że profil jest niedostępny.

Czy ja jeszcze żyję?

Wielka Gala Operowa, Teatr Wielki w Lodzi

Wielki Artystyczny Popis

Fot. Teatr Wielki w Łodzi
Na gali siedzieliśmy z Jakisiem na miejscach po prostu wymarzonych jak na tego typu spektakl. Ludzi tłum, choć czemu kilkanaście osób wyszło po pierwszej części pojąć nie mogę. Może dostali obstrukcji i nie chcieli zanieczyścić siedzeń. Innych powodów, by stracić szansę na obejrzenie całości nie znajduję.

Owszem, nie pasowały mi światła. Jakieś kolorystyczne landrynki rzucane bez ładu i składu, a z dramaturgią śpiewanych arii mające tyle wspólnego, co kameleon ze śniegiem. Prowadzący galę byli sztywni i sprawiali wrażenie czytających bez zrozumienia treści, ale ujmowali młodością. Nie chcę się naśmiewać, ale publiczności niewiele brakowało, by wpaść w doskonały nastrój, gdy się przedstawili: Michalina Sosna i Karol Puciaty.

Dobór repertuaru trzeba przyznać niebanalny, a zakończenie arią z “Anny Boleyn” (Joanna Woś), która na scenie Teatru Wielkiego nigdy nie zagościła, niosące nadzieję.

Pierwsza część miała trochę charakter prezentacyjny. Można było poznać nieco dłużące się fragmenty z CV łódzkich solistów oraz ich kondycję wokalną. Niestety “popisy” Krzysztofa Marciniaka, który zastąpił wymienianego na afiszach Krzysztofa Bednarka i nowych nabytków opery sopranów Aleksandry Novina-Chacińskiej i Anny Wiśniewskiej-Schoppa nie wzbudziły entuzjazmu publiczności. Marciniak śpiewał rozkołysanym głosem, Novina-Chacińska histerycznym i ordynarnym, a Wiśniewska-Schoppa za nisko.  Do tego Ruben Silva popisał się tempem żółwia z Galapagos, a nie południowo-amerykańskiej Boliwii.

Szczęście, że wciąż w świetnej kondycji są Bernadetta Grabias, Joanna Woś, Monika Cichocka, Agnieszka Makówka i Dorota Wójcik. Ta ostatnia wciąż kojarzy mi się ze śpiewem peronowym niestety – jak można było sobie tak wizerunek zszargać!  Makówka szokowała fryzurą na pankówę. Zastanawiające, że wyglądała na 10 lat młodszą od Grabias, której głowę zdobił fryz na babcię, choć jako żywo proporcje wiekowe między solistkami są odwrotne. Aktorsko najwyraźniej zaprezentowała się Cichocka. Aż przyjemnie było popatrzeć. A największe owacje jak zwykle zebrała doskonała Woś.

Z panów ujął mnie w pasie i nie tylko Patryk Rymanowski. Ileż aktorskiej swady w partii Leporella z Don Giovanniego! Grzegorz Szostak wyciskał swym śpiewem łzy, a Zenon Kowalski ujmował talentem.

Panowie ubrani bez szału, ale panie wspaniale. Jedność stylu, dopasowanie do osobowości postaci, a jednocześnie uwzględnienie, że to “tylko” koncert. Cichocka (na niebiesko) i Makówka (w dziwnym spodnium) świetnie wykorzystały kostiumy w swoich ariach.  Chapeau bas za kostiumy dla Marii Balcerek. 

Dodam jeszcze, że wprowadzona do formuły koncertu lekka reżyseria występów (lekka, ale na tyle wyraźna, że nie siedzi się jak na castingu śpiewaków) oraz ciekawa, jakby nawiązująca do zbliżających się przeobrażeń teatru scenografia (nity; też dzieło Balcerek) dopełniały całości.

Kto nie był i być nie może niech żałuje.

Gay Santa

Od ptaka do Witkowskiego

Ja już zarzuciłem masowe spędy jajeczkowe na rzecz spotkań bardziej kameralnych. Jednak Gejowski, jak co roku, sprosił gości bez umiaru, było ze 30 osób, w tym płci i orientacji odmiennej.
Spóźniłem się mocno z racji innych zobowiązań i zjawiłem w stroju całkowicie nieprzystającym do okoliczności. A i tak nie byłem najbardziej spóźniony! 

Byłem raptem 2 godziny, całkiem zresztą na trzeżwo i właściwie byłem uczestnikiem tylko jednego wydarzenia – rozdawania prezentów. Sam nie miałem niestety żadnego prezentu dla nikogo, tak się w tym roku złożyło. A dostałem prezenty tyleż cenne, co intrygujące.

Pierwszy w moje ręce wpadł ptak… ale niestety porcelitowy, więc mało użyteczny. Pojęcia nie mam, komu zawdzięczam to niebywałej urody cacko.

Kolejny był flakon z oliwą, która po bliższej inspekcji okazała się być octem. Nie wiem jak zaprawiony ziołami ocet będzie smakował, ale flakon wykorzystam. Darczyńca nieznany.

Podobnie jak wyżej wymieniona oliwa vel ocet przemyślanym prezentem kogoś, kto czyta mój blog, bądź mnie zna był zestaw nasion ziół: bazylii, oregano i szczypiorku (po angielsku "chives", na co w życiu bym nie wpadł), w zgrabnych metalowych opakowaniach wprost do postawienia na parapecie. Może to ktoś, kto dzieli moją ziołową pasję, ale kto to, nie wiem.

Häxa zaskoczyła mnie książką o Teatrze Nowym. Nie ma wyjścia, przeczytam i stanę się znanym w mieście specem od historii tego teatru.

Salonowiec uraczył mnie książką, którą jak przyznał sam powinien przeczytać, ale gdy zobaczył ją w księgarni, to chwilowo tylko ja mu przyszedłem na myśl. Taki mój los w tym młodocianym gronie. Inna sprawa, że wszyscy mnie komplementowali, że “jak na swój wiek” świetnie wyglądam.

Ostatnią książkę przygotował dla mnie Gejowski. I mnie zaskoczył. Często podkreślał, że najwartościowsze prezenty, to te według własnego pomysłu i przemysłu (NB. to ja wymyśliłem ten koncept). Kupno książki nie jest z tej kategorii, ale już zaopatrzenie jej we własnoręczną dedykację autora dla mnie, to pomysł przedni. Tylko, co będzie myślała o tym wpisie rodzina, gdy książkę po mnie odziedziczy?


Gdy wychodziłem podłoga już była pokryta kleistą mazią z porozlewanych napojów. Rano przypominała pewno zaniedbane klepisko. Kolejnego dnia Gejowski wciąż zbierał siły do wzięcia się za sprzątanie.

Mam rok na szukanie pomysłów na przyszłoroczne  Gay Santa.

środa, 14 grudnia 2011

Prostytucja nieletnich

Dupa rocznik 96

Na jednym z portali randkowych nawiedził mnie chłoptaś o wyglądzie dziecka. Chyba nikt nie podejrzewa, że jestem amatorem kwaśnych jabłek, więc zignorowałem to. Jednak przypadek zrządził, że na innym portalu kilka minut później zaczepił mnie proponując seks za pieniądze. Porównałem zdjęcia i nie miałem wątpliwości. Zajrzałem na trzeci i bez trudu znalazłem go i tam.

Na każdym z portali zgłosiłem, że dany użytkownik prawdopodobnie nie ma jeszcze 15 lat. 15 lat ma wprawdzie skończone, ale regulaminy mówią o 16 latach i o  gołych zdjęciach od 18 roku życia. Czekam na reakcję administratorów portali. Co powinienem zrobić jeśli reakcji nie będzie?

Jestem w szoku. To dziecko! Bardzo uświadomione i wiedzące czego chce, ale dziecko. Do tego radośnie wykorzystuje anonimowość portali i chuć bywalców. Nie mogę pojąć, że nikt tego jeszcze nie zgłosił, bo z profili wynika, że jest na tych portalach obecny już dłuższy czas. Domyślenie się, że to dziecko, to też nie problem. Chłopiec sam nie zostawia wątpliwości co do swojego wieku.

A portale? A portale nawet nie mają opcji do zgłoszenia, że nieletni pogwałcił ich regulamin. Pewno mają to w dupie. Wszystkie zgłoszenia przesłałem jako techniczne… bo innej opcji nie ma.

P.S. Młokos zaczepia mnie na kolejnym portalu, reakcji administratorów wciąż nie ma.

Wyścig z czasem, Justin Timberlake

System

Obejrzałem ten gniot. Z trudem. Justina z łóżka bym nie wygonił, ale talentu aktorskiego nie ma za grosz. Koncept filmu: starzenie zatrzymuje się w wieku 25 lat (dzięki czemu nawet teściowa wygląda jak koleżanka), walutą jest czas na dalsze życie. Gdyby nie banalny scenariusz może i dałoby się z tego zrobić coś ciekawego.

Bohater rozpoczyna walkę z systemem. Jest on niezrozumiały dla widza, a bohaterowie raczej udają, że coś z tego łapią: system kryje się w coraz większych budynkach.

Dziś właśnie posłuchałem chwilę wypowiedzi na forum Parlamentu Europejskiego. Wrażenie mam takie, że instytucje demokratyczne, narodowe i ponadnarodowe też już się gubią w matriksie w jakim żyjemy. Wychodzi, że światem rządzą instytucje finansowe. Nie wiadomo jednak, kto się za nimi kryje i jaki jest ich cel. Z jednej strony mówi się o ich sile, a z drugiej ciągle trzeba je ratować. Nierówności rosną – szokiem była dla mnie informacja, że 1% mieszkańców USA posiada więcej niż pozostałe 99% razem wzięte! Czy w Europie jest podobnie?

Ciekaw jestem na ile instytucje demokratyczne są dziś rzeczywiście demokratyczne, a na ile sterowane przez siły, których nie rozumiemy. Czy może, jak w Matriksie, żyjemy ułudą danego nam sztafażu, wiedząc , że coś jest nie tak, ale w strachu, że zmiana status quo zaprowadzi nas w nieznane? Bunt pojawia się w filmach, bunt sięgnął też już ulic. Walka toczy się z wielogłowym smokiem, którego nikt nie widział, a do tego z oczami zasłoniętymi szczelną opaską. Quo vadis cywilizacjo?

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Maurycy, TVP Kultura

Tam, wtedy, dziś

Włączyłem telewizor, by jeszcze raz, któryż to już, obejrzeć “Maurycego”.

Tam, wtedy było to przełamywanie konwenansu, balansowanie na granicy przyzwoitości. Dziś ta miłość jest na wyciągnięcie ręki… i to dosłownie, wystarczy sięgnąć klawiatury komputera.

Tam, wtedy, żyli w konspiracji. Sami uciekali przed dotknięciem i uczuciem. Nietrafiony gest, czy słowo spowodowałby konsekwencje życiowe o jakich nam się nawet dziś nie śni. Ich wyobrażenia o przyszłości swojego uczucia były dużo mroczniejsze, ba, w ogóle o nich nie ośmielali się myśleć. Dziś, paradoksalnie podobnie; postępuje się bardziej zgodnie z zasadą “masz pracę, szukaj następnej”, masz miłość, cóż szkodzi kolejna. Tyle tylko, że ta jedna, już nie ma i mieć nie będzie tej samej wartości. 

Tam, wtedy, odszukanie się można było traktować jako coś wyjątkowego. Ryzyko dalszego szukania było na tyle nierozsądne, że zwiększało przywiązanie do wybranka już odnalezionego. Dziś wręcz przeciwnie, ryzyka szukania nie ma, każde niepowodzenie można okupić (dosłownie) wieloma nowymi sukcesami.

Tam, wtedy, za publiczny pocałunek z mężczyzną można było po uznaniu za niemoralne prowadzenie się zostać skazanym starając się zachować godność. Dziś, możemy wspólnie popychać wózek w hipermarkecie podszczypując się tu i tam, a otoczenie nawet uwagi nie zwróci. Ba, będzie życzliwa lub ją uda.

Tam, wtedy rodzina potrafiła nie dostrzegać i wiele wybaczyć. Nawet służba potrafiła utrzymać wymagany poziom. Dziś, zasadniczo rodzinę można mieć w dupie i robić swoje.

Tam, wtedy mężczyzna był przez kobiety otoczony nimbem niemal boskim. Dziś ma wpatrzone w siebie psiapsiółki, chodzi  o mężczyznę-geja oczywiście, a nie ordynarnego heteryka.

Tam, wtedy znalezienie bratniej duszy, kogoś do wypłakania się, kogoś, kto chciałby zrozumieć było jak kolejne nadejście gwiazdy betlejemskiej. Dziś można z tym iść do telewizji i we łzawej wypowiedzi obnażyć się przed milionami.

Tam, wtedy pragnienie bycia razem było równie silne, co dziś, jednak bez trudu można było łączyć “funkcje”. Dziś raczej nie inaczej. O dziwo!

Tam, wtedy, człowiek sam musiał się upominać, hamować swoje pragnienia. Dziś jest do nich wręcz zachęcany.

Tam, wtedy, jak ktoś miał kasę, to w swojej ignorancji mógł szukać pomocy fachowej celem uleczenia u ludzi o niepewnej medycznej proweniencji. Dziś, ha, ha, podobnie.

Tam, wtedy zbliżenie fizyczne… i tu użyję sceny z “Maurycego”… wchodziło przez okno, nocą, po drabinie. Dziś można je spotkać na umówionym rendez-vous w kawiarni, albo podjedzie taksówką.

Tam, wtedy mezalians, a do tego homoseksualny zrujnowałby ludziom życie. Dziś szukają w klimacie “kombinezony robocze”.

Ale wciąż i nadal szukamy tego samego.

Tydzień monodramu w Lodzi

Czyżby przypadek?

W sobotę w Teatrze Małym znajdującym się na terenie Manufaktury zakończył się II Łódzki Festiwal Monodramu “Mono w Manu”. W niedzielę był kontynuowany w Teatrze Jaracza. Kontynuowany?

Spektakl “Podróż do Buenos Aires” z podtytułem “work in regress” stał się świetnym podsumowaniem werdyktu dla festiwalu w Teatrze Małym.  Ten powrót Gabrieli Muskały po 10 latach od premiery, ale i poziom tekstu, reżyserii, świateł i mistrzowskiego wykonania skromna publiczność Małej Sceny nagrodziła owacją na stojąco. Muskała wraz z siostrą napisały tekst sztuki czarującej swą autentycznością. Ten monodram, to i śmiech, i łzy. To spojrzenie w naszą przyszłość i przeszłość. Bohaterką może być babcia wielu z nas (w zależności od pokolenia wydarzenia mogą się zmieniać). Sztuka jest wiwisekcją postrzegania rzeczywistości w mózgu “in regress”. Jest to równie zabawne, co przerażające. Coś, co czeka wielu z nas. 10 lat temu, jako dwudziestosześciolatka bodajże, Muskała stanęła przed nie lada wyzwaniem. I dała radę. Z wiekiem, także jej wiekiem, publiczność jeszcze bardziej musi się mierzyć ze starością. Taki spektakl, to przeżycie.

Na tym tle festiwal “Mono w Manu” zakończył się wynikiem zaskakującym. Jury składało się ze studentów teatrologii.

Spośród sześciu spektakli laur jury dostał Dariusz Sosiński za “Tancerza mecenasa Kraykowskiego” – opowieść o masochistycznym prześladowcy-naśladowcy. Aktor wystąpił, napisał scenariusz, spektakl wyreżyserował i opracował scenograficznie i muzycznie. Obawiam się, że nagroda jest za wszechstronność, a nie za osiągnięcie. Aktor etc. zaprezentował się sztampowo.

Nagrodę publiczności dostała Elżbieta Czerwińska za podwójną rolę w “Smażonych zielonych pomidorach”. To przedstawienie górowało nad zwycięzcą jury i mimo jego nierówności i niedostatków trudno publiczności nie odmówić racji.

Pozafestiwalowy monodram w Teatrze Jaracza dla równie nielicznej publiczności przebija każdy z festiwalowych spektakli. Teatr może się nazywać Mały, szkoda, jeśli jest mały.

Nie chcę zniechęcać do odwiedzania Teatru Małego. Dam mu szansę. Jego kierownictwo musi jednak wziąć się do roboty, żeby małość nie stałą się synonimem dla tego teatru.

Dziękuję niewymienionym tu za pomoc w pisaniu tej notki.

sobota, 10 grudnia 2011

Teatr Maly, Mono w Manu

Mała notka

Wraz z Jakisiem nawiedziliśmy Teatr Mały w Manufakturze, by obejrzeć jeden ze spektakli w ramach II Łódzkiego Festiwalu Monodramu “Mono w Manu”. Scena jest równie mała jak pierwsza linijka tego tekstu, miejsc jest raptem 135, bilety po 15zł. Widzów mniej niż w całym tekście słów. Czy to ma sens, że zapytam jak w reklamie Credit Agricole?  Wielką sztukę zdecydowanie w tej maleńkości trudno zmieścić, ale jest to jakiś pomysł na teatr. Problemem jest tylko kto i dla kogo? Może na zamówienie? Kto był, KIEDYKOLWIEK, proszę się odhaczyć.

wtorek, 6 grudnia 2011

Don Giovanni raz jeszcze

Leporello pisze...


Za Mikołaja Reja najwięcej w Polsce było lekarzy, współcześnie, jak widzę, znawców opery. To chwalebne, że cooleżanki się tak operowo rozochociły, więc nie będę zniechęcał nakłaniając do bacznego wsłuchiwania się nie tylko w dźwięki, ale i historię filozofii.

O Don Juanie dość obficie wypowiedział się niejaki Kirkegaard, zatem powtarzał się nie będę. Chętni trafią i poczytają. O Don Giovannim też sporo już napisano. Ale… przejdźmy do spektaklu Mariusza Trelińskiego i muzyki.

Inkryminowane przedstawienie ma już 9 lat i nieco się zestarzało (zwłaszcza kostiumy wspomnianego Arkadiusa, które dziś rażą pretensjonalnością i wydumaniem). Nie zestarzała się natomiast muzyka Mozarta, co wbrew logice jakiejkolwiek, usiłował przekazać dyrygent. Zaproponowane przez kapelmistrza tempa były zdecydowanie za wolne, o dynamice starszy pan jakoś zapomniał. Skutkiem tego muzycznie Don Giovanni pozbawiony został siły i blasku.

Jeśli zaś skupić się na stronie wokalnej to: oczywiście Kwiecień był znakomity. Oglądałem premierę i od tamtej pory artysta przebył imponującą drogę: głos wciąż wspaniały, nośny, technika prawie niewidoczna, stylowość nienaganna.
Pretensje do Woś proszę sobie włożyć w buty: będziecie wyżsi. Donnę Annę zaśpiewała nienagannie: było to wykonanie stylowe, doskonałe intonacyjnie. A, że nie popisywała się długością frazy i belcantowym prowadzeniem głosu, za który ją tak publiczność uwielbia? Chwała jej za to właśnie. Za to, że umiała odrzucić efektowny, romantyczny styl wykonawczy na rzecz klasycznego, Mozartowskiego. To bardzo szlachetna kreacja, przemyślana, zachowująca jednorodność wokalną i aktorską.

Annę Bernacką (Donna Elwira) cenię bardzo wysoko, bo to znakomita śpiewaczka i wielki głos. Ale podczas piątkowego spektaklu dała się ponieść manierze heroiny, przez co jej śpiew utracił absolutnie niezbędną u Mozarta stylowość. Bernacka chwilami wykorzystywała styl śpiewu Verdiowskiego, co mogło imponować siłą wydobytego dźwięku, ale nie urodą owego dźwięku, jaki narzuca – znów się powtórzę – styl Mozartowski. Być może skutkiem tego przytrafiły się artystce niedoskonałości intonacyjne.

Co do reszty – zgadzam się z Teresą.

PS. Za wszystkie literówki serdecznie żałuję, obiecuję poprawę… Nie, tego obiecać nie mogę, w końcu blog Teresy to nie Opera Narodowa, gdzie nie ma miejsca na błędy. :)

poniedziałek, 5 grudnia 2011

TVN24, Adam Hanuszkiewicz

Cenzura wieśniaków

4 grudnia 2011 roku stacja informacyjna TVN24 pośród sieczki informacyjnej z jakiej wyłuskuje najbardziej nośne dla swoich widzów treści wyszukała wiadomość o śmierci Adama Hanuszkiewicza.

Redaktor wydania został zwolniony w trybie natychmiastowym. Jego zastępca natychmiast przywrócił właściwy stacji poziom i informację o śmierci jakiegoś tam H. zastąpiono newsem o odnalezieniu na Tahiti szczątków goryla obwinianego o gwałt na czarnoskórej Niemce w latach czterdziestych XIX wieku, czego dowodzą badania DNA mumii noworodka ukrywanego w skrytce szwajcarskiego banku jednego ze znanych polityków PiS.

Słuchaczka Szkła Kontaktowego Grażyna z Pcimia  zaczęła swą wypowiedź od straty jaką poniosła polska kultura, co prowadzący zgrabnie spuentowali jako oszczędności  niezbędne w dobie kryzysu.

Uczestnicy Loży Prasowej zostali przed programem uprzedzeni, że nie należy używać nazwisk na H, bo nie zostaną już nigdy więcej zaproszeni, a w przypadku wyłamania się honorarium zostanie obniżone o 90%.

Redaktorka “Sukcesu pisanego szminką” chciała puścić program “Chanuka a teatr”, ale żeby nie było skojarzeń puściła program o  opryszczce waginalnej i jej skutkach dla sytuacji kobiet biznesu.

niedziela, 4 grudnia 2011

Don Giovanni, Mozart, Kwiecień, Woś

Lowelas z XL

Pamiętam jak lata temu, zgłębiałem na pianinie u stryja tajniki Eine Kleine Nachtmusik. Okazałem się absolutnym beztalenciem. Wolfgang Amadeusz Mozart (1756-1791) miał i talent i absolutną swobodę tworzenia. Swoje 35 lat życia wykorzystał po prostu koncertowo. “Don Giovanni” to jedna z najsłynniejszych oper Mozarta, a że w Warszawie śpiewa i Mariusz Kwiecień i Joanna Woś, to Jakiś nie pozostawił mi wyboru. Towarzyszyli nam Papageno i Papagena.

Pierwsza część mnie wynudziła. Don Giovanni (Mariusz Kwiecień, baryton) w sklerotycznym tempie nadawanym przez dyrygującego Fridricha Haidera podrywał kolejne panny i mężatki, a jak sugeruje reżyser Mariusz Treliński, młodzieńcami też nie gardził.

Głos Kwiecień ma, co szczególnie było słyszalne na tle Krzysztofa Szumańskiego w roli Leporella, sługi Don Giovanniego. Tego ostatniego słabo było słychać nawet gdy stał przy orkiestronie.
Druga część była bardziej pobudzająca. Na plus był Kwiecień, Joanna Woś (w roli Donny Anny) i Anna Bernacka (Donna Elvira). Na minus nieciekawy Dariusz Machej (Masetto), Micaëla Oeste (Zerlina, młoda żona Masetta), o której Jakiś powiedział, że siłę głosu zostawiła w garderobie, mało porywający Don Ottavio (Pavlo Tolstoy) i Komandor (Remigiusz Łukomski).

Co ciekawe kostiumy zaprojektował fetowany niegdyś Arkadius, o którym już dawno nie słychać.
Świetlne dekoracje Borisa Kudlički robią wrażenie, ale już reżyseria światła Felice Ross woła o pomstę do nieba, śpiewacy ciągle byli niedoświetleni, słychać było głos, ale postać ledwo widać.

Jakiś był ogólnie zachwycony i dziwił się, że też się nie zachwycam. Bo nie zachwyciłem się. Muzyka Mozarta jakoś do mnie nie przemówiła. Drażniły mnie dźwięki klawesynu, choć lubię ten instrument. Libretto jest podobno świetne. Jakiś z wyrzutem sugerował, że nie rozumiem treści. Aż mnie wkurwił. Co tu takiego do zrozumienia? Libretto oparte jest na “Don Juanie” Moliera. Opowieści o cynicznym podrywaczu, który w końcu ponosi zasłużoną karę. Banalne moralizatorstwo. I niczego głębszego w tej inscenizacji nie ma. A sceny są chwilami ordynarne.

Mnie do głowy przyszła inna inscenizacja. Oparta o gejowskie portale randkowe. Don Giovanni byłby niewybrednym lowelasem o gładkiej powierzchowności, zarośniętym torsie i z przyrodzeniem w rozmiarze XL. Jego ofiary widzą w nim spełnienie swoich marzeń i nadzieję na związek. Zostają bezwzględnie wykorzystane. Don Giovanni igra nawet ze śmiercią (AIDS?), i to wreszcie przynosi mu zgubę. Zapewne byłoby to równie banalne i szybko by się zestarzało, cóż Puszczam oczko

wtorek, 29 listopada 2011

Sekrety odŚwiętnej Teresy akt V

Zazdrość i rozstanie

Rozmowa z Ukrytym toczyła się smsami. I całe szczęście! Między jednym esem, a drugim miałem czas na konsultacje z Jakisiem. Było to potrzebne. Jakiś nie wyobrażał sobie, że ot tak puści mnie na spotkanie z Ukrytym. W końcu ustaliliśmy czas i miejsce, gdzie po Ukrytego podjadę. Przy czym Ukryty nie wiedział, że na miejscu zjawię się z Jakisiem u boku.

Nie wiedział, ale zaskoczył mnie swoim zachowaniem. Gdy podjechaliśmy i wysiadłem z samochodu stanął z rozłożonymi ramionami, w których, na oczach Jakisia,serdecznie mnie powitał. Sądząc po minie Jakisia, nazbyt serdecznie. Następnie dokonałem prezentacji wzajemnej panów Jakisia i Ukrytego. Zamiary były dwa: albo idziemy gdzieś na Piotrkowską, albo jedziemy do nas. Wybór pozostawiliśmy Ukrytemu. Za najlepsze rozwiązanie uznał spędzenie wieczoru u nas w domu. Zdziwiło mnie to, i w tym zdziwieniu , tudzież zaskoczeniu, pozostałem przez cały wieczór.

Była to krępująca sytuacja. Z jednej strony fantastyczny kochanek, z drugiej partner. Ukryty zwracał się tylko do mnie. Jakiś usiłował angażować nas obu. Ja nie wiedziałem, gdzie oczy podziać. Aż w końcu zrobiło się późno i Ukryty, poganiany telefonami swoich znajomych, zdecydował się jechać od nas do swojego hotelu.

Z racji wypitego alkoholu nie mogłem go odwieźć, ale miałem nadzieję na spotkanie w niedzielę, przed jego wyjazdem z Łodzi. Nadzieja była płonna. Za to seks tego wieczoru był z Jakisiem płomienny.

W niedzielę Jakiś obwieścił mi tonem nieznoszącym sprzeciwu, że idziemy do teatru. Nie jesteśmy dziećmi, wiedziałem o co chodzi: mam się nie spotkać z Ukrytym przed jego wyjazdem. Byłem grzeczny i do teatru poszedłem. Przykro mi było, że nie spotkałem się z Ukrytym na choćby krótką rozmowę w cztery oczy, ale cóż robić. Ukryty już pewno nigdy się do mnie nie odezwie.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Sekrety odŚwiętnej Teresy akt IV

Zdrada i konsekwencje

Spotykając się wtedy z Ukrytym, zdradziłem Jakisia. To, że Jakisiowi o tym opowiedziałem, jest tylko częściowym usprawiedliwieniem. Wiem, że nie powinienem: zdradzać go, a nie mówić mu o tym (jedni potępią mnie za jedno, drudzy za drugie, a trzeci za jedno i drugie). Wspomnienia, a szczególnie wspomnienia seksualne były silniejsze.

Mam do seksu z różnymi partnerami podejście egoistyczne. Szukam seksualnego spełnienia i chcę z tego czerpać przyjemność. Jednocześnie, wydaje mi się, potrafię to samo dać partnerowi. Na czym to polega? Cóż, to wyższa szkoła jazdy. Nie potrafię tego opisać. To podejście do ciała drugiego człowieka, dotyk dłoni, muśnięcie ustami, liźnięcie językiem, chuchanie na wilgotną skórę, pieszczota ud, nacisk na ramiona, namiętny pocałunek i wiele więcej. Nie da się tego opisać, bo brzmiałoby to równie sztucznie jak instrukcja jazdy na rowerze. Nie kryję, większość moich kochanków opanowała sztukę pierdolenia, bądź dawania dupy. Takich, którzy potrafili więcej poznałem w swoim życiu tylko trzech.

Minęło kilka miesięcy. Ukryty dał mi smsem znać, że będzie w Łodzi. Było na tyle dużo czasu do zastanawiania się, że nie myślałem, co z tym zrobię w kontekście Jakisia. Postanowiłem czekać. Aż nadszedł ten dzień...

niedziela, 27 listopada 2011

Olejnik, Grodzka, Biedroń

Dno i cioto-dno

Na sobotni wieczór Ego sprosił znajomych. Całkiem znienacka, ale cóż to szkodzi. Nie dopisał tylko Jakiś, zajęty sprawami literackimi, chłopak Egusia, zajęty sprawami zawodowymi i chłopak Gejowskiego, gdyż albowiem wciąż go nie ma. Ponadto zjawili się Metka z Gwiazdą oraz Salonowiec z Wodorostem.

Imprezie patronowała z oddali jedna z radiostacji – dziękujemy za pozdrowienia.

Po wymienieniu wstępnych ploteczek (o strojach obecnych i nieobecnych, o tym, kto z kim i jak było) przeszliśmy do spraw ważnych.

Metka nie widział wtorkowej“Kropki nad i”, w której Monika Olejnik wystąpiła w roli Jerryego Springera. Nie będę się nad Olejnik pastwił, bo samo porównanie chyba już wystarczy. Dziwię się, że Anna Grodzka zaakceptowała choć cień pytań, jakie Olejnik zadała. Olejnik może uważać, że jej publiczność jest spragniona takich informacji, ale Grodzkiej na takiej publiczności zależeć nie powinno. “Czy sprawiał Pani przyjemność seks z kobietą, kiedy była jeszcze Pani mężczyzną?” Dno powiadam, dno.

Potem Salonowiec i Gejowski wsiedli na Biedronia. Że wszystko nie tak, że powinien najpierw zapytać nim się odezwie. Okropne. Już na paru portalach gejowskich widziałem, jakie cięgi Biedroń zbiera. Za co? Za to, że nie spełnia wymagań ogółu cooleżeństwa. Zupełnie jakby reszta p-osłów spełniała! Zamiast cieszyć się z tego, że jest w Sejmie ktoś, kto otwarcie mówi, że jest gejem (niech mi te, co też o tym mówią się nie wtrącają, bo ich w Sejmie jakoś nie ma) i jaki to ma walor edukacyjny, to leją pomyje. Nie macie cioty innych zmartwień?

Co rzekłszy oddaliłem się znienacka.

Sekrety odŚwiętnej Teresy akt III

Oddalenie

Idealny kochanek; seksualny wzorzec z Sevres - jednak, zerwałem z Ukrytym kontakty na około pół roku. Chciałem, żeby mu przeszło. Nie chciałem z nim związku. Seksualnie mnie zniewalał, jednak doba ma 24 godziny i nie wyobrażałem sobie byśmy dali radę być równie sobą usatysfakcjonowani, jak przez te kilka godzin seksu.

Zrozumiał. Po pół roku powrócił. Nie mniej zachłanny, ale już wiedział, że między nami nic więcej poza seksem nie będzie. Cieszyłem się z tej odmiany. I korzystałem z niej. Pojawiło się też zbliżenie. On opowiadał mi o swoich poznawanych facetach, a ja o moich. Nie szło mu. Kolejni faceci okazywali się jedynie seksualnymi lalkami, niezdolnymi do związku i kiepscy w łóżku. Ja z nim być nie mogłem, ale kibicowałem mu. Fakt, że nadal się z nim pieprząc.

Okoliczności sprawiły, że odległość wzrosła zbyt znacznie, byśmy mogli regularnie się spotykać. Mimo to, gdy byłem w jego okolicach zawsze dawałem znać. Tak też zrobiłem w maju tego roku. Po dłuższej przerwie było z Ukrytym może trochę mniej ekspresyjnie, ale jak zawsze blisko ideału. Tylko, że moja sytuacja się zmieniła... znowu.

sobota, 26 listopada 2011

Sekrety odŚwiętnej Teresy akt II

Mistrz i Ukryty

"Spotykałem się", w sensie pierdoliłem, wiele razy z moim Ukrytym, i przez kilka lat. Poznałem jego historię. Miał 19 lat, gdy został zbałamucony przez znacznie starszego od siebie faceta. Potem pod presją rodziny i otoczenia ożenił się, dorobił dwójki dzieci. Jednak pierwotna natura powróciła. Rozwiódł się z żoną, ale pozostał przy rodzinie.

Gdy rozpoczął poszukiwania trafił akurat na mnie. Szukał kogoś normalnego. No to chyba dobrze trafił. Zadziwiała mnie zagadka jego seksualnej sprawności w zadowalaniu kochanka. To był ten jego pierwszy facet. Ukryty trafił na mistrza, który wszystkiego go nauczył, a z drugiej strony, przekazywane doświadczenia trafiały na podatny grunt. Byłem przy nim totalnym naturszczykiem, choć jednak już z wiedzą, jak uprzyjemnić sobie łóżkowe doznania, jak być dobrym kochankiem.

Nie uczą nas tego w szkole, czy na studiach. Wiedza o tym jak wychowywać dzieci, czy jak kochać się z partnerem jest przez nas wynoszona z doświadczenia osobniczego. Gejsze może mają inaczej. W naszej cywilizacji przenoszenie tego typu doświadczeń i umiejętności, to temat tabu. W społeczności homoseksualnej wygląda to czasem trochę inaczej, gdy właśnie starszy facet uczy młodszego. Taki powrót do greckiego rodowodu. Ja nie miałem swojego mistrza. Ukryty stał się dla mnie i mistrzem, i kochankiem jednocześnie. W miarę rozwoju naszego romansu starałem się naśladować jego seksualne zachowania. Trwało to dłuższy czas. Aż pewnego razu wyszeptał, że mnie kocha.

czwartek, 24 listopada 2011

Sekrety odŚwiętnej Teresy

Żel-opera w 5 aktach

Proszę jak "Niemoralne ściery" się spodobały. To pójdę tym tropem. Zapraszam na żel-operę w 5 aktach. Każdego dnia nowy akt.

Kilka lat temu, w obcym mieście, w chwili samotności, która zdarzyć się może każdemu, wszedłem na pewien portal w celach niecnych. Częściowo dla zabicia nudy, ale nie czarujmy się, z konkretną nadzieją na uprzyjemnienie sobie upływającego czasu w sensie, jak najbardziej cielesnym. Odsiewanie ziaren od plew trwało długo, aż w końcu kandydat się znalazł. Niestety, niedostępny od ręki. Nadzieją zapłonęło jednak moje łono i gotów byłem czekać do następnego dnia. Układ był bardzo konspiracyjny. Spotkanie miało nastąpić na parkingu hipermarketu. Pod latarnią najciemniej. W tłumie najłatwiej się zgubić, ale też łatwo ukryć. Inkryminowany samochód odnalazłem, a w nim wysokiego, szczupłego, miło się uśmiechającego przystojniaka. Ubrany był okropnie. Ale co tam. Zakonspirowany do tego, jak nie przymierzając Hans Kloss. Dał się jednak namówić na wspólną wizytę w moim hotelowym pokoju.

Alkohol zmniejszał skrępowanie, aż przeszliśmy do rzeczy. "Do rzeczy", to trywialne określenie. W jego wydaniu była to poezja. Można ruchać się, można pierdolić, można mieć seks. Z nim miałem podróż na koniec tęczy. Jasne było, że jest wyposzczony. Dziwiłem się, bo jak taki wyposzczony, to powinien być  gwałtowny, szybki i nastawiony na egoistyczne spełnienie się. Nie on. Doprowadził mnie do spazmów rozkoszy, do prężenia się w rytm jego pieszczot. Był tak dobry w ars amandi, że kiedy to ja go dominowałem, miałem wrażenie jakbym był klocem walącym się na potok ekscytacji. Musiał jechać. Ja już myślałem, jak go przygruchać sobie z powrotem. Nazwijmy go Ukryty.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Ilu mialaś facetów?, Chris Evans

Niemoralne ściery



Nie wiem, czy chwalić się, że na ten film poszedłem, ale alternatywą był “Wyjazd integracyjny”, na który Gejowski za nic nie chciał iść. No to padło na “Ilu miałaś facetów?”.

Przy okazji, przed seansem doszło do spotkania z Häxą i Egusiem, choć oni na film ze mną i Gejowskim nie poszli. Zjawili się za to Xell z Żółtodziobem.

Film nie rzuca na kolana. Ona miała 20 chłopaków i chce sprawdzić, z którym mogłaby się związać ponownie (jeden okazuje się być gejem). Pomaga jej sąsiad Colin Shea, grany przez Chrisa Evansa, który staje się najlepsza partią mimo, że przyznaje się aż do 300 partnerek. Jednak ta liczba nic nie znaczy dla głównej bohaterki i bohaterowie zakochują się w sobie.

Najlepszy jest oczywiście Chris Evans, który pręży się na ekranie drażniąc zmysły.

Temat liczby facetów podzielił nas. Z jednej strony fajnie jest się pochwalić dużą liczbą partnerów, bo to świadczy o wysokim libido i dowodzi atrakcyjności dla potencjalnych partnerów. Z drugiej jednak, drobnomieszczańskie myślenie określa taki wyluzowany styl bycia, jako ekstremalnie naganny.

Aspekty są dwa. Po pierwsze uważam, że nie ma niczego złego w wiązaniu się z wieloma partnerami w celu znalezienia najodpowiedniejszego. Po drugie jedni wyżywają się na bieżni poprawiając swoje wyniki, a drudzy szukają nowych doznań z kolejnymi kochankami. Czy coś w tym niemoralnego? Chyba lepsze to niż alkoholizm, depresja, czy habit zakonny.

Te mniej zaradne, czy mniej atrakcyjne cooleżanki uważają jednak tych wielokochankowych za ostatnie ściery. I tych poglądów się nie zmieni.

Po kinie z Gejowskim mile posiedzieliśmy w Łodzi Kaliskiej, jednej z ostatnich przystani dla palaczy.

niedziela, 20 listopada 2011

Slużące, Tate Taylor, Viola Davis

Czarno na białym

Na Facebooku organizuję wydarzenia nawet tak banalne, jak wyjście do kina. I nawet się udaje. Na tym filmie wylądowaliśmy z Jakisiem nieco spóźnieni i nie zauważylismy, że są już Xell, Raand i Panienka. Miło, że dotarli, choć szkoda, że po seansie nie poszliśmy nigdzie poobcować towarzysko.

Film o segregacji rasowej w USA lat sześćdziesiątych. Jakżeż to niedawno ten wzór demokracji roszczący dziś sobie prawo do pouczania innych tkwił w okowach ciemnoty. Kobiety są na pierwszym planie; kobiety służące i kobiety pracodawczynie. Niby po przeciwnych stronach barykady, ale jednocześnie służące są wprowadzone w najintymniejsze sprawy swoich pracodawczyń. Służącą można pomiatać, jednak liczba haków, jakie służba może zebrać potrafi być druzgocąca. No i trzeba uważać, czym może nakarmić.

Film bardzo przyjemny, świetnie zagrany. Wart obejrzenia, jeśli pojawi się w telewizji.

czwartek, 17 listopada 2011

Rewizor, Gogol, Teatr Jaracza, Marek Fiedor

Mateczka z cycem


Premiera “Rewizora” Mikołaja Gogola według scenariusza i w reżyserii Marka Fiedora odbyła się w minioną sobotę. Nie byłem wtedy, ale Teatr Jaracza nawiedziłem z Jakisiem w środę. Widzowie o średniej 25 lat, a gdyby nie my, to pewno 24. Trochę się dziwiliśmy, że zamiast siedzieć na normalnej widowni krzesła rozstawione są na podestach i scenę ogląda się, jak ze stadionowych trybun. Wyjaśniło się w trakcie. Liczba planów na scenie sięgnęła nawet trzech i najbardziej oddalony nie byłby widocznej ze zwykłej widowni. W sumie opłaca się usiąść dalej, w sensie wyżej.

Scenografia nawiązuje do siermiężnych lat PRLu i czasów nam współczesnych. Starocie wędrują w kąt, zastąpione przez nowe sprzęty, ale ludzkie przywary, głupoty i odwieczne reguły gry pozostają. Scenografia nie powala, ale doceniam jej głębię, dosłownie i w przenośni. Po spojrzeniu na plakat spodziewałem się kostiumowego odjazdu, ale… zawiodłem się.

Fiedor pociął tekst i wykorzystał fragmenty innych utworów Gogola: Ożenku, Martwych dusz i Newskiego prospektu (coś tam wyczuwałem, ale doczytałem w programie) . Wyszedł chwilami niespójny misz-masz. Początek nudzi, potem sztuka się rozkręca, jest nierówna, ale są dobre sceny.

Mocna stroną Jaracza są aktorzy… jak zawsze. Milena Lisiecka w roli Anny powala i pokazuje do czego może przytulić młodego kochasia (patrz tytuł). Mariusz Jakus w roli Antoniego – horodniczego jak wyżej, ale bez cyca. Zabawny jest Marcin Łuczak w roli urzędnika z Petersburga, uwodzicielski (jak zwykle) Hubert Jarczak w epizodycznej roli służącego owego urzędnika. Wrażenie robi też Przemysław Kozłowski w roli zarządcy placówki leczniczej. Najsłabszym ogniwem jest Iwona Dróżdż-Lipińska w roli córki Anny i horodniczego. Aktor powinien mówić do widza, a nie do siebie… tak jakoś chodzi o to, żeby aktora było słychać i można było zrozumieć, co mówi.

Publiczność zgotowała owację na stojąco. Było to przesadą, ale OK, niech zachwyca, nawet jeśli nie do końca zachwyca.

Czy warto? Hm, dla talentu aktorów… warto!

wtorek, 15 listopada 2011

Listy do M., Stuhr, Karolak, Malaszyński, Adamczyk, Wagner, Bujakiewicz

Ckliwie, ale z mocnym akcentem na “G”

W kinie tłum. Odkąd Multikino obniżyło ceny na bilety trudno się tam dopchać. Bilety trzeba rezerwować przynajmniej dzień wcześniej, żeby zająć dobre miejsca. Dlaczego Jakiś mnie zaciągnął na ten film? Nie wiem. Może potrzebuje trochę romantyzmu ode mnie i liczył, że film dostarczy mi inwencji.

Kto nie chce poznać fabuły, niech dalej nie czyta.

W filmie cała gama postaci. Radiowiec samotnie wychowujący syna i nie znajdujący nikogo, kto zastąpi zmarłą żonę. Casanova używający życia i niezainteresowany założeniem rodziny. Szefowa suchym życiem zagłuszająca ból po stracie dziecka. Hostessa, która straciła nadzieję na poznanie faceta życia, policyjny negocjator na skraju załamania, z rodziną w stanie rozpadu i wreszcie szef agencji naciskany przez rodziców, by wreszcie przedstawił im swoją dziewczynę. Do tego troje dzieci, jeden noworodek i postaci epizodyczne.

Film jest przede wszystkim ckliwy. Mocno bazuje na wigilijnym sentymencie plus wzruszające dzieci. Jest trochę humorystycznych gagów (radiowiec rzuca śnieżkę i jakby strzałą Amora trafia w nieprzewidującą niczego hostessę) i tekstów (“kurwa mać” w wersji dla dzieci brzmi “urwał nać”).

Tytuł z czapy, bo tytułowe listy jakoś się nie pojawiły.

Jakiś otarł łzy, ja też, trochę się pośmialiśmy. Za rok pewno będzie można zobaczyć ten film na TVN.

Radiowiec skuma się z hostessą, Casanova odwiedzi dziewczynę której spłodził dzieciaka, szefowa wzruszy się sierotą, a negocjator spędzi święta w okolicznościach niezwykłych, ale spajających rodzinę. Wątek jednego dziecka pozostanie bez zakończenia, ale kto powiedział, że dzieci z rodzin patologicznych są nieszczęśliwe.

Ale jeszcze szef agencji! Otóż szef agencji wreszcie przedstawi rodzicom i rodzinie swojego chłopaka. Politycznie poprawne, ale bomba. Wyszło bardzo naturalnie, bez żadnego przegięcia, rzec można: wzorcowo. Do tego ten szept matki do syna “Ale przystojniak”. O dziwo Jakiś nie wyczuł, co się wydarzy, ja trafiłem. Publiczność scenę przyjęła życzliwie.

I tak to nachalna gejowska propaganda coraz bardziej wciska się w mainstream. Ku chwale ojczyzny!

poniedziałek, 14 listopada 2011

Ustawa o związkach partnerskich

Protokół niezgodności

Ostatnio siedzieliśmy w trzy pary i padło pytanie, czego byśmy chcieli w ustawie o związkach partnerskich jako pary jednopłciowe. Przyznam, kompletnie nie wiedziałem, co odpowiedzieć.

Mam już za sobą jeden związek, jestem w drugim. Gdy byłem młody naiwnie, jak się okazało, myślałem, że ten mój pierwszy związek będzie trwać wiecznie. W sumie trwał wieczność całą; 13 lat, to z punktu widzenia Młodego Geja coś bliskiego wieczności. Po tamtym związku i okresie perturbacji jaki po nim nastąpił jestem w nowym, jeszcze świeżym związku.

Czego nauczyły mnie dotychczasowe doświadczenia? Na pewno pesymizmu. Niestety przestałem wierzyć w miłość od pierwszego wejrzenia aż po grób, szczególnie w to “aż po grób”. Jest we mnie przekonanie o nieuchronności wygasania uczucia. Może w poprzednim związku nie dość dbałem o utrwalanie związkowych relacji? Postaram się o to teraz.

A gdybym był w związku? Czy to by coś zmieniło? To nie związek trzyma ludzi razem. Ludzie hetero już dawno to odkryli i ich dążenia do formalizowania związku są mam wrażenie dużo dziś słabsze niż par homo. My chcemy związków, bo chcemy tego owocu posmakować i odbywa się to w proteście przeciwko tym, którzy chcą nam owej ambrozji zabronić. Po jakimś czasie okaże się, że nam też to na nic, ale nie da się tego powiedzieć bez degustacji.

Wobec nieuchronności rozpadu związku chcę, by ustawa zabezpieczała obu partnerów. Nawet przez kilka lat para może sie dorobić różnych dóbr materialnych. Jeśli mieszkanie jest tylko jednego, to nie może to powodować, że drugi ląduje na bruku.

Nie ma idealnej sytuacji, że obaj partnerzy wnoszą do wspólnego gospodarstwa tyle samo. Jeden może lepiej zarabiać, ale drugi potrafi zadbać o dom, codziennie gotować obiady. Jak to zmierzyć, jak to zważyć. Może powinna być obowiązkowa intercyza i niezależnie od dochodów partnerów dorobek powstały w czasie wspólnego gospodarowania zostaje podzielony po równo między byłych partnerów. Podobnie w przypadku śmierci jednego z partnerów, ale co wtedy z mieszkaniem?

Nie sądzę, by związek można było zawrzeć od ręki. Proponowałbym karencję. Partnerzy zgłaszają do urzędu chęć zawarcia związku, który zawiązany zostanie nie mniej niż 365 dni później. Jak się nie zgłoszą, to wniosek automatycznie wygasa. Świadkowie też by się przydali – dodałoby to ceremonii splendoru.

O prawach partnerów powiedziano chyba już dość. Prawo do informacji o stanie zdrowia partnera, prawo odmowy składania zeznań mogących obciążyć partnera… coś jeszcze?

Są też obowiązki.  Zupełnie nie dające się wyegzekwować, choćby najpiękniej były napisane.

Ma ktoś jeszcze jakieś przemyślenia i chciałby sie podzielić?

Maria Stuarda, Donizetti, Grabias, Woś, Teatr Wielki

Trzecie płuco w pudełku od zapałek i faux pas


fot. archiwum Teatru Wielkiego

Jakoś nie było kiedy napisać o premierze “Marii Stuardy” 15 października 2011. I źle, bo wygląda jakbym to przedstawienie negował. Owszem, inscenizacji nie uważam za olśniewającą. Szczerze, to najlepiej na spektaklu usiąść, zamknąć oczy, a następnie słuchać muzyki i śpiewu.

To najpierw, co mi się nie podobało.

Scenografia!!! Koszmar. Inscenizacja jest wspólną produkcją Teatru Wielkiego w Łodzi, Teatru Wielkiego w Poznaniu i Opery Śląskiej w Bytomiu. I tu tkwi pies pogrzebany. Opera Śląska ma małą scenę, by nie powiedzieć scenkę. I scenografia (Bruno Schwengl) jest do wielkości tej sceny dopasowana. Efekt na łódzkiej scenie nie jest korzystny. Chór i soliści wyglądają na wciśniętych w tytułowe pudełko od zapałek. Do tego jeszcze schodki tu i tam; aż dziw, że nikt sie nie wywrócił. Czemu scenografia nie jest bardziej rozwinięta i dopasowana do wielkości sceny zupełnie nie rozumiem. Względy finansowe na pewno miały tu znaczenie, ale miej proporcjum mocium panie.

Kostiumy (Bruno Schwengl, jak wyżej) też nie rzuciły mnie na kolana, no może poza kostiumem Elżbiety (Bernadetta Grabias). Dopasowanie świetne (nieco tandetna okrutnica z upodobaniem do kosztowności), wystarczy spojrzeć na zdjęcie u góry zestawiające z Marią (Joanna Woś). Nie podobały mi się też zestawienia kolorystyczne scenografii i kostiumów. Czerwone na czerwonym, czarne na czarnym. Jakby o jakąś mimikrę chodziło.

Szokujące, że rolę Leicestera musiał zaśpiewać tenor z odległej Korei (zapewne południowej) Sang-Jun Lee. Cóż, z polskimi tenorami jest problem. Są, ale najwyżej na poziomie kamieni półszlachetnych, bo o diament (nieoszlifowany brylant) to raczej u nas trudno. Pan Lee, jako Leicester, nie byłby dla mnie podnietą do rywalizacji i mordowania konkurentki, no ludzie! z tym wzrostem!

Reżyseria nie jest najmocniejsza stroną spektaklu. Jest taka… niedostrzegalna, wycofana i nieistotna. W sumie może reżyser (Dieter Kaegi z Niemiec) uznał, ze nie jest w ogóle potrzebna.

A co robi wrażenie?

Spektakl broni się muzyką Donizettiego (dyryguje Ruben Silva) oraz bajecznymi głosami i rolami Bernadetty Grabias i Joanny Woś. Przy czym Bernadetta Grabias poza świetnym śpiewem wspaniale gra, a Joanna Woś daje wokalny popis w trzecim akcie. Jakiś puścił mi parę nagrań z tego aktu nim poszliśmy na spektakl. W modlitwie Marii śpiewanej wspólnie z chórem soprany wykonują frazę przez kilkanaście taktów dzieląc ją na pół. Woś robi to na jednym oddechu. Fraza jest piano, ale kończy sie forte. Woś albo ma trzecie płuco, albo, wulgarnie to ujmę, zasysa powietrze innym otworem.

Na bankiecie doszło do faux pas. Widzowie weszli do teatralnej kawiarni bez ładu i składu i, jak to na źle zorganizowanych bankietach bywa, zaczęli wyjadać wszystko, co było na stołach. Także wypijać, choć wina były dziwne i z winem niewiele miały wspólnego (coś na bazie aronii). Bernadetta Grabias już była. Weszła cicho i niepostrzeżenie. Gdy weszła Joanna Woś jakiś pan wstąpił na krzesło i zwrócił uwagę wszystkich na pojawienie sie artystki. No to wszyscy się rozklaskali. Joanna Woś wystąpiła z krótką przemową. Niestety nie zauważyła obecności swojej koleżanki, ani jej roli w operze. Jakaś małość wyszła. Szkoda.

środa, 9 listopada 2011

Biedroń zjada Piterę u Olejnik

Jak niewiele brakuje do śmieszności

Ależ się dzieje w Polszcze. Kutz wyzywa Senat od mechanicznej zabawki, posłowie nie chcą Wandy Nowickiej jako wicemarszałka za wypowiedzi jej syna, a Robert Biedroń spotyka się u Olejnik z niejaką Julią Piterą.

I to ostatnie było najbardziej odjazdowe. Raz, ze Biedroń wypadł rewelacyjnie, ku mojemu zaskoczeniu. Dwa, Olejnik chyba Biedronia będzie często zapraszać, bo dzieje się i ma z tego frajdę. Trzy, z Pitery wyszło drobnomieszczaństwo i tak żałosny pseudo-intelektualizm, że aż żal było jej słuchać. Kobita się skompromitowała totalnie. Tusk wyśle ją chyba do Senatu w przyszłych wyborach, bo już tylko tam się nadaje. Nie wiem, czy oglądaliście to żałosne widowisko tej emanacji PO i nie dacie się już nigdy zastraszyć hasłem “głosujcie na PO, bo inaczej PiSda dojdzie do władzy”. To nie wybór, to szantaż. Wybór leży gdzie indziej.

piątek, 28 października 2011

Wniosek do Marszałka o usunięcie krzyża

Wniosek do poprawy

Z ciekawości wielkiej wyszukałem tekst petycji  posłów-elektów z Ruchu Palikota do Marszałka Sejmu o usunięcie krzyża.

Wniosek do Marszałka Sejmu w sprawie usunięcia krzyża łacińskiego, znajdującego sie w sali posiedzeń Sejmu RP

Tekst jest czytelny, choć pełen prawniczego języka i ciut prawniczo egzaltowany: “Krzyż został zawieszony i znajduje się na Sali posiedzeń metodą faits accomplis.” – jakby nie można było po ludzku “metodą faktów dokonanych”.

Autor wniosku pozwolili sobie na subtelne akcenty humorystyczne: “Obecność krzyża łacińskiego zwisającego ponad głowami posłów stanowi permanentne naruszenie gwarancji bezstronności władzy publicznej w sprawach religii…”. Ten krzyż jako żywo nad głowami im nie zwisa… ale odniesienie do “wiszącego fatum” celne.

I dalej:
“Patrząc z tej perspektywy, nie można mieć wątpliwości, że w formule „otwartej neutralności” (bezstronności wyznaniowej i światopoglądowej) państwa, którą przyjęto jako konstytucyjny kompromis, nie mieści się dekorowanie gmachów konstytucyjnych organów państwa symboliką religijną”

I jeszcze:
“Nie sposób doszukać się jakiegokolwiek elementu, który nakazywałby wyróżnić religie chrześcijańskie poprzez uczynienie ich symbolu decorum Izby wyższej polskiego parlamentu.”

Urocze jest, że autor dopieszcza swe ego odwołując się do samego siebie – powiedzmy, że to rekompensata za włożony trud… i oby nie poszedł na marne.

Niestety tekstowi zabrakło korektora i mamy tam taki kwiatek:
“…jak i standardów międzynarodowych, których najpełniejszy wyraz stanowi obecnie Konwencja.
3. Standart konstytucyjny”

oraz brak konsekwencji w stosowaniu dużej litery:
“…w sprawie obecności krzyża w sali posiedzeń Sejmu. Krzyż został zawieszony i znajduje się na Sali posiedzeń metodą…”

Teatr Muzyczny, Wonderful Town, Leonard Bernstein, Zbigniew Macias

Gdyby kózka nie śpiewała

Premiera musicalu “Wonderful Town” w Teatrze Muzycznym 1 października 2011 roku była podwójna. Widzowie mogli obejrzeć nowy tytuł w nowych, ledwo co oddanych do użytku, wnętrzach teatru.
Jest OK. Wszystko świeże i pachnące. Gdyby nie to, że zostawiono trącące myszką płaskorzeźby, to nawet napisałbym, że jest nowocześnie. Choć sprzęt nagłaśniający robi wrażenie. W foyer jest nowy żyrandol i nawet mi sie podoba. Fajnie, że nad wejściem – powiększonym – zrobiono taras i palacze mają gdzie skoczyć na dymka. Niestety taras nie ma zadaszenia, choćby częściowego.

Widownia zmniejszyła się. Jest podzielona na kilka stref. Doradzam przyduszenie węża w kieszeni i jeśli już ktoś się wybiera do Teatru Muzycznego w Łodzi, to lepiej wybrać miejsca w I i II strefie. I na pewno nie na balkonie. Nie wiem, czy to kwestia niewłączenia wentylacji, czy jej niskiej efektywności, bo na balkonie i w tylnych rzędach na parterze było gorąco i duszno.

Nim rozpoczął się spektakl trzeba było przesiedzieć część oficjalną. Na sali byli sami święci i przyznawali nagrody, wyróżnienia, dyplomy. Ciągnęło się to strasznie. Najlepsze wrażenie zrobiła na mnie pani z ministerstwa. Jedna jedyna nie czytała swojego krótkiego przemówienia z kartki, mówiła płynnie, a do tego łodzianka. Najśmieszniejsze były oczywiście panie z ZASPu. Jak zawsze w strojach wyglądających jak kostiumy z jakiegoś kabaretowego przedstawienia.

Musical “Wonderful Town” opowiada banalną historyjkę o dwóch dziewczątkach, które z prowincji przeniosły się w poszukiwaniu spełnienia zawodowego do Nowego Jorku i zamieszkały w dzielnicy pełnej dziwaków. Oczywiście ich wszystkie perypetie dobrze sie kończą.

Scenografia Ilony Binarsch dziwna. Wszystko dzieje się w pierwszym planie, scena w ogóle nie ma głębi. Dopiero w ostatniej scenie to się zmienia. Kostiumy pani jak wyżej banalne, a słyszałem też głosy, ze do gruntu złe.

Większe wrażenie niż scenografia i kostiumy robi choreografia i ruch sceniczny Artura Żymełki. Dokładnie to, z czego naśmiewały się Dawn French i Jennifer Saunders w klipie o Mamma Mia: piorę, piorę, wieszam, wieszam, pajacyk… i od nowa. Żenada.

Zginęła mi obsadówka niestety, więc nie wiem, która z pań grała Eileen. To ważne, bo dzięki tej pani poznałem nowe pojęcie śpiewacze “mieć kozę w głosie”. Pani dawała wspaniałe popisy koziego śpiewu i czyniła to najwyraźniej w pełni świadoma swojego talentu. Pozostali śpiewacy śpiewali ze swoją nieznośną operetkową manierycznością.

Reżyseria? To ktoś to reżyserował?!

Z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów klapę przedstawienia widownia amfiteatru (bo balkonu już nie)nagrodziła oklaskami na stojąco, choć podnosili się z ociąganiem. Ja i Jakiś czuliśmy się jak w kościele, z tym, że gdy my siedzimy wszyscy tam klęczą.

wtorek, 25 października 2011

Święta Joanna szlachtuzów, Bertolt Brecht, Jarosław Tumidajski

Reżyserze! Szanuj widza!

Dawno już była premiera tego przedstawienia, bo 1 października, ale jakoś nie było kiedy napisać, bo zresztą za bardzo nie ma o czym.

Posłużę się recenzją Renaty Sas, a właściwie jej częścią, całość jest na e-teatrze.
Gdyby to był film, byłby to horror klasy C. Zsyp gadżetów i perwersji odsłonięty w inscenizacji "Świętej Joanny szlachtuzów" Bertolta Brechta, którą na Małej Scenie Teatru Nowego zrealizował Jarosław Tumidajski, można by przypisać pracy koncepcyjnej całego przedszkola po obejrzeniu japońskich kreskówek. (…)
Może reżyser dobrze się bawił? Podczas piątkowej premiery publiczność raz dała znać, że jest śmiesznie, kiedy ze sceny pada pytanie: czy to ma sens. Żal Brechta topionego w sedesie.

Czego tam nie było! Seks z kościotrupem, korona cierniowa w sedesie, sranie na scenie z podglądem tegoż z wnętrza sedesu, no i wszechobecna mielonka.

Wobec nagromadzenia środków i rekwizytów treść uciekła… daleko. Reżyser chyba świadomie trzymał widzów przez godzinę czterdzieści bez przerwy świadom, że większość po przerwie nie wróci.

Koszmar i strata czasu. A Tumidajski niech przemyśli, czy nie lepiej zająć się czymś łatwiejszym.

Szyderstwo z Teatru Telewizji

Bank Millenium – schlebiamy niskim gustom

“Powrót do tradycji”, “powrót do korzeni” – tak komentowany jest wczorajszy spektakl teatru telewizji. Piszą to ci, którzy raczej nie mieli szansy oglądać dawnych spektakli tego teatru. Ten spektakl można nazwać najwyżej relacją na żywo z przedstawienia, a nie teatrem telewizji. Dlaczego? Bo w teatrze telewizji aktorzy nie grali w stronę publiczności, scena miała cztery ściany, a kamery nie operowały od strony publiczności, tylko były wszędzie. To czyniło teatr telewizji zjawiskiem niezwykłym i telewizyjnym właśnie.

Sztuka jest kiepska, ale reżyser i aktorzy (poza Maciejem Stuhrem) przerysowali postaci do poziomu teatru kukiełek. To była szopka, amatorski teatrzyk podwórkowy, a nie teatr. Krystyna Janda zapatrzona w siebie, gra dla siebie, nie wchodzi w interakcje. Niszczy swoją postać tak skutecznie, że staje się to autoparodią. Często nie można zrozumieć, co bełkocze. Brak dykcji wychodził u wszystkich czyniąc z Cole’a Portera – kolportera. Wszyscy też popadli w aktorską egzaltację.

Reżyser Andrzej Domalik całkowicie się poddał Jandzie i konsekwentnie nie reżyserował. Zwróciliście uwagę na epizod z pieskiem? Konia z rzędem temu, kto wie, co to wniosło do treści sztuki poza jej wydłużeniem.

Poddała się też Krystyna Tkacz w roli Dorothy. Robiła z siebie idiotkę na równi ze swoją imienniczką. Smutne, ale czego się nie robi dla pieniędzy. Podobnie Wiktor Zborowski (Saint Clair), który grał jakby chciał, a nie mógł. Za jedyną sensowną postać uważam Cosmę McMoona, granego przez Macieja Stuhra.

Zespół jest na takim poziomie profesjonalizmu, że kierownik literacki nie wyłapał “ilości miejsc”.

Publiczność? Cóż, publiczność tego spektaklu spełniała dokładnie te same warunki, co publiczność Florence Foster Jenkins – warszawskie towarzystwo wzajemnej adoracji.

Mam wśród znajomych wielu jandofanów. Mogę ich tylko zachęcać, by na swą idolkę spróbowali spojrzeć z dystansem.

poniedziałek, 24 października 2011

Boska, Florence Foster Jenkins, Krystyna Janda, Teatr Telewizji

Szmira do potęgi

Już dziś o 20:30 telewizja powraca do dawnej tradycji bezpośredniej transmisji spektakli teatralnych.

Sztuka opowiada o Florence Foster Jenkins, znanej jako najgorsza śpiewaczka operowa świata. Talentu nie miała, ale miała pieniądze. Odziedziczoną fortunę wydawała na wynajmowanie sal koncertowych, gdzie dawała swoje popisy wokalne, nierzadko przy pełnej, choć zszokowanej widowni.

Sztuka jest szmirą o szmirowatej “artystce”, szmirowata jest reżyseria Andrzeja Domalika i gra aktorska Krystyny Jandy. Co z tej szmirowatości wyjdzie aż strach pomyśleć, ale z ciekawości wielkiej zobaczę.

Możecie posłuchać Pani Jenkins z jednego z nagrań.

sobota, 22 października 2011

Schnabel i Sasnal w Atlasie Sztuki

Kolekcja Marxa

Zaliczyliśmy z Jakisiem cmentarz, a potem ruszyliśmy na pustawą Piotrkowską. Jakiś trochę mi się ociągał, ale i tak zaciągnąłem go do Atlasu Sztuki (Piotrkowska 116, z powodu remontu nawierzchni wejście z podwórka Piotrkowskiej 114).

Do Łodzi zawitała kolekcja niezwykła. 89-letni obecnie doktor Erich Marx stworzył kolekcję współczesnego malarstwa europejskiego i amerykańskiego. Całość można oglądać w Berlinie w zaadaptowanym specjalnie dla niej Hamburger Bahnhof. W kolekcji znajdują się prace m.in. Andy'ego Warhola, Josepha Beuysa, Roberta Rauschenberga i Cy Twombly'ego. W Łodzi nie można obejrzeć prac akurat tych malarzy, ale i tak trochę jest.

Prace Juliana Schnabla i Wilhelma Sasnala wcale mnie nie rzuciły na kolana. Bardziej podobała mi się praca Tima Eitela “Boot” (para dwupłciowa na łódce zmierzającej ku szarej ścianie). Bardzo fajna jest też praca Zbigniewa Rogalskiego “Nietzsche” (na wilgotnej szybie palcem napisane nazwisko myśliciela, a całość to olej na płótnie). Druga jego praca: “Kant”, to niepotrzebny krok w tę samą stronę.

Wystawa potrwa do 30 grudnia. Zapamiętaj i zabierz ze sobą potencjalnego. Jak się wcześniej przygotujesz, to błyśniesz wiedzą o sztuce współczesnej.

piątek, 21 października 2011

Lasota, Strumillo i Le Corbusier

Tartinki w andel’sie

Namówiłem Jakisia, żebyśmy ruszyli na miasto śladem designu. Obejrzenie pierwszych dwóch wystaw, czyli Agnieszki Lasoty “A ten pokój będzie pusty” i Macieja Strumiłło “Qi i roztańczona tkanina” zajęło nam 15 minut wliczając przemieszczenie się samochodem z Tymienieckiego 3 na Zachodnią 54/56 do Akademickiego Ośrodka Inicjatyw Artystycznych.

Ja rozumiem rozrzucenie wystaw po mieście – w czasie biennale w Wenecji jest to świetny powód do połażenia po mieście i zajrzenia w mniej turystyczne zakątki – ale bez przesady! Na Tymienieckiego pusto jak w tytule wystawy. Pięć ekranów z bliżej niesprecyzowanymi i całkiem nieangażującymi filmikami. W AOIA projekty szarych tkanin zadrukowanych obrysami tańczących postaci – trochę mroczno-groteskowe, bo wygląda jak obrys roztańczonego trupa. Okazuje się, ze można ten wzór wykorzystać do obciągnięcia poduszki, kołdry i fotela, tudzież wykonać stolik – w życiu bym na to nie wpadł.

To zupełnie niepoważne, żeby zapraszać do miejsc, gdzie prezentuje sie dosłownie kilka przedmiotów! Szkoda czasu i zachodu.

Zakończyliśmy w andel’s Hotel, gdzie pokazano kilka foteli, szezlong i stoliczki marki Le Corbusier. Jakiś niestety bardziej docenił wnętrze hotelu, a nie wystawione przedmioty. Za to jaki andel’s ma catering!!! Całkiem dobre wino, świetne i rozmaite tartinki, niezwykle uprzejmi kelnerzy, a do tego wszystkiego więcej niż obecni byliby w stanie przepić i przejeść. Trzeba przyznać zrobili wrażenie.

Mam karnet, ale jakoś dotąd nie był mi potrzebny, żeby wejść na którąkolwiek z wystaw.

Lódź Design Festival 2011, Change

Pierwsze wrażenie? Za mało!

Wczoraj o 18:30 rozpoczęła się piąta edycja Międzynarodowego Festiwalu Designu „Łódź Design Festival 2011”. Na parterze urządzanego właśnie biurowca przy Targowej 35 zrobiło się bardzo tłoczno; ja, Jakiś i Młoda w epicentrum. Organizatorzy i mecenasi dłuższy czas robili sobie nawzajem loda przy zerowym zainteresowaniu zgromadzonych – nie było nic słychać. 

W końcu tłum ruszył zwiedzać piętra. Robi wrażenie, że jeszcze dwa dni temu sale były puste, nie było niczego i organizatorzy dokonali cudu pracując pewno do ostatniej chwili.

Niestety wystawione przedmioty dupy nie urywają. Pionowe ogrody są może nowością w Polsce, ale ja je w tym roku widziałem w Paryżu, gdzie istnieją w przestrzeni publicznej już od paru lat. Wazon z porcelitu idealnie przypominający pogniecioną torebkę papierową jest przykładem konceptu znanego od lat.

Sporo jest nawiązań do stylistyki lat sześćdziesiątych, co w sumie podoba mi się, bo mam sentyment. Największe wrażenie zrobiła na mnie sofa z obiciem udającym surowe drewno. Widać było, że materac jest gruby i na pewno miękki, jednak wzór drewna działał tak silnie na wyobraźnię, że wrażenia twardości siedziska nie można się było oprzeć.

Ta wystawa pozostawia niedosyt zarówno jeśli chodzi o przedmioty, jak i ich liczbę. Zobaczymy, co będzie dalej.

Karnety: 80zł bez rejestracji, 40zł po rejestracji. Bilety jednorazowe: 30/20zł bez rejestracji, 15/10zł po rejestracji.
Festiwal potrwa do 30 października.

wtorek, 18 października 2011

Baby są jakieś inne, Marek Koterski

Kobiety dowalają facetom

Ubawiłem się, jak usłyszałem tego fajansiarza Leszka Millera z poważną miną zaznaczającego, ze lewica już dawno protestowała przeciwko obecności dwóch skrzyżowanych belek w sali posiedzeń Sejmu. Ach joj, jaka ta lewica waleczna, a ludzie tak nie doceniają tych podstarzałych brzuchaczy.

A my z Jakisiem w Multikinie na Twarzowym Ftorku. Śmiesznie, bo studenciaki za ulgowy bilet płacili 14 zeta, a my emeryci za 13 zeta.

Film tani aż do bólu. Cała rzecz dzieje się w samochodzie jadącym na lawecie, co niestety widać. Dialog dwóch dojrzałych, acz prostych facetów o kobietach śmieszny i celny, ale jednak trochę monotonny. Perfekcyjny jest Robert Więckiewicz, Adam Woronowicz trochę mniej. Panowie omawiają damskie torebki, kobiety-kierowców, kobiety w toalecie (mało estetyzujące), kobiety żądające równouprawnienia, kobiety odsuwające męża i zakochane w dziecku i siebie w tym płciowym sosie, w którego przepisie są coraz bardziej marginalizowani.

Co robić, żeby kobieta krzyczała jeszcze długo po orgazmie?
Wytrzeć chuja w firankę!

Nie spróbuję, ale tyle z filmu zapamiętam. Do obejrzenia w kinie lub przy okazji.

poniedziałek, 17 października 2011

Hanna Zdanowska z Pieprzę Obywateli

Ja pierdolę

Panią PreRzyGdent wszyscy znają. Że sobie ze stanowiskiem nie radzi wszyscy wiedzą. Że mimo wszystko nie ma nic innego do roboty, więc wytnie wszystkich stojących na jej drodze… norma.

Naiwni głosowali na PO w ostatnich wyborach, jeszcze bardziej naiwni głosowali na SLD. Podkreślam, z każdym dniem coraz bardziej cieszę się, że głosowałem na listę Palikota. Dzisiaj oglądałem program Lisa. Boskie było, gdy Magdalena Środa pytała europosła Cymańskiego, czemu nie powiesi krzyża w europarlamencie, skoro tak mu go brakuje. Najlepsze, że Cymański wkurwił się, gdy uznała to za jego dwulicowość. Przygrzała mocno i celnie. Cymański nie mógł się pozbierać. Niesiłowski obnażał tylko swą profesorską indolencję równą kompetencji owadów, jakie badał. Godson prawił kaznodziejsko, jak to Godson. Jakiś kleryk, Gużyński (?), czy jakoś tak, zaczął nawet intelektualnie, a skończył ad personam i żałośnie. Żałuję, że po jego wywodzie o niereproduktywności Biedronia, ten nie zrewanżował się adekwatnie.

Ale wracając do Zdanowskiej. Jak się jest nędzą intelektualną i organizacyjną, to jedyne, co zostaje, to ciąć widzących to.

Niestety, Łódź ma kolejnego idiotę za prezydenta, z partyjnego nadania (PO) i na intelektualnym poziomie, jaki ta partia prezentuje.

Vivat wyborcy!!!!

czwartek, 13 października 2011

Palikot i krzyż

Tak, dla świeckiego państwa

Raptem parę dni od głosowania, a ja już jestem bardzo zadowolony z mojego wyboru. Jakby ktoś nie zauważył, to głosowałem na listę Palikota, Więcej, przewidziałem dwucyfrowy wynik jego partii (Jakiś świadkiem). Przeuroczo jest patrzeć na tych wszystkich zasiadających od lat posłów i widzieć strach w ich oczach przed nowymi w Sejmie. I ta czysta nienawiść - bezcenne.

Dziennikarze też dokładają wątpiąc, czy nowi wiedzą jak “żmudna” (!) czeka ich praca w Sejmie. “Żmudna”! No kurwa! Nie ma chyba bardziej próżniaczego zawodu nad posła i posłankę, co potwierdzają nieliczne wyjątki. Wyszło teraz, że jakiś tapicer nawiskiem Tusk był w Sejmie wśród posłów PO. Udało mu się 4 lata temu, teraz już nie i tylko dlatego można było o nim usłyszeć. O nim, bo od niego przez 4 lata nic się nie słyszało. Teraz dopiero powiedział, że po takich(!) doświadczeniach do tapicerstwa już nie wróci. Jasne, fotel już mu się nie kojarzy z nitami, tylko z zasiadaniem.

Ilu innych nowych, niedojrzałych, nieprzygotowanych, czy po prostu głupich weszło do Sejmu z ramienia PO, PiSdy, PSLu i SLD?

Cieszy mnie upadek tego mydłka Napieralskiego. Martwi trochę, że zwiększenie wpływów Millera i jemu podobnych doprowadzi tę partię do całkowitej marginalizacji. Ostatnie wydarzenia dowodzą, że kompletnie nie są zdolni do analizy przyczyn swojej przegranej i wygranej Palikota. Ten ostatni idzie za ciosem i na fali wcześniejszych haseł od razu domaga się wyniesienia krzyża z sali plenarnej Sejmu. A oni co? Nadal nic! Rozmodleni jebani kretyni.

Co robi PO? Ano toczy wewnętrzne walki o wpływy… z dużą troską o Polskę i Polaków oczywiście. Mydlenie ludziom oczu mają już perfekcyjnie opanowane.

Okazuje się, że Bogdan Zdrojewski – Minister Kultury (NB. doceniany na tym stanowisku) – marzy o MONie. To tak jakby tancerz z baletu uznał, że jego umiejętności, doświadczenie i wizja działania były równie dobre na stanowisku sierżanta. Albo innymi słowami Bogdan Zdrojewski ma kwalifikacje tak do wszystkich stanowisk, jak i do żadnego.

Podobnie Pani Minister Kopacz. Okazuje się, że nasza niby ostoja naprawy służby zdrowia lepiej się spełni na stanowisku marszałka Sejmu. A co ze Służbą Zdrowia? A chuj z nią!

Irytują mnie media. Zapraszają “ekspertów”, którzy klepią bzdety, a sami niby sugerują, że tzw. establishment zajęty jest głównie sobą, ale wprost, że ma nas głęboko w dupie, to już się boją powiedzieć.

Czy Palikot i jego ludzie będą chcieli to obnażyć? Mam nadzieję, że im rura nie zmięknie i nie wtopią się w pseudo-salony.

niedziela, 9 października 2011

Ostatnie minuty ciszy wyborczej

Wielkie czekanie

Gejowski zadzwonił, żeby iść do Łodzi Kaliskiej i tam poobracać się wśród łódzkich kandydatów na posłów jednej z partii.
To zupełna pomyłka. Tydzień temu byłem na imprezie, na której byli także eks posłowie, ministrowie, kandydaci na posłów… i jakoś żaden i żadna z nich nie podszedł, czy podeszła do mnie, żeby zapewnić o swoim zaangażowaniu w uszczęśliwianie mojej osoby. Więc teraz mam ich centralnie w dupie. Wyniki obejrzę z wygodnego fotela w domu.

sobota, 8 października 2011

Stefan Krygier w Atlasie Sztuki

Malarstwo 3D



Wyciągnęliśmy się dziś nawzajem z domu na wystawę w Atlasie Sztuki. Stefan Krygier nie jest Jakisiowi obcy, ale szerszego spektrum jego prac nie znał. Mieliśmy niesamowitą frajdę z oglądania przeglądu prac Krygiera: od lat młodzieńczych inspirowanych Egiptem, Strzemińskim i Picassem, przez wiek średni z odniesieniami do Stażewskiego, aż po prace namalowane pod koniec życia, kiedy inspirację znajdował między innymi u Dalego, ale też szedł już własną drogą.

Obrazy mają niesamowitą głębię. Malarz potrafi w dwóch wymiarach stworzyć niesamowite wrażenia przestrzeni. Na początku lat dziewięćdziesiątych w Berlinie widziałem wystawę hologramów, co było wówczas synonimem nowoczesności. Obrazy Krygiera to takie hologramy dające pełne złudzenie obrazu 3D na płótnie.

Artysta zachwyca też dopieszczeniem szczegółu i pracowitością. Zwróćcie uwagę na obraz “Przekształcenie II” z 1972 roku – namalowanie tego niepozornego, szarego obrazu to po prostu mrówcza robota. Na pewno powali was obraz “Uczta u Lukrecji Borgii”, gdzie widać obraz z punktu widzenia widza i z wnętrza obrazu. Do tego co za poczucie humoru!

Wystawa potrwa już tylko do 16 października.

piątek, 7 października 2011

Wybory do Sejmu i Senatu 2011

Moi kandydaci

Już za chwilę cisz wyborcza, a więc ostatni moment, żeby coś o wyborach napisać.
W moim okręgu łaska wyborców na pstrym koniu jeździ. W 2001 wygrało SLD (52%, PO 12%, PISda 10%), w 2005 PISda (25%, PO 24%, SLD 14%), a w 2007 PO (46%, PISda 28%, SLD 18%). Widać stały wzrost poparcia dla PO, utrzymujące sie poparcie dla PISdy i utrzymujące się po gwałtownym spadku poparcie dla SLD.

W moim okręgu wybieranych jest 10 posłów. Głosować mogę tylko na jednego kandydata, czyli właściwie dysponuję jedynie 1/10 głosu. To tak mało, że chcę tę część głosu dobrze wykorzystać.
Wśród znajomych zauważyłem trend, by bardziej zwrócić uwagę na kogo się chce zagłosować, a nie na którą partię. Po odrzuceniu list PISdy, PSLu, PJNu i pomniejszych wystarczy sprawdzić tylko listy PO, SLD i Ruchu Palikota. Ja szukałem dla Łodzi, ale nie ma trudności w wyszukaniu list kandydatów w dowolnym regionie.

Lista PO liczy 20 nazwisk. Zaczyna się od Grabarczyka, Śledzińskiej-Katarasińskiej i Kwiatkowskiego. Żaden z tych polityków nie cieszy się moją sympatią. Obstawiam Witolda Rosseta z miejsca 10. Jest na liście PO, ale nie jest członkiem Platformy, tylko Partii Demokratycznej, co bardzo mi się podoba.  Przy tym z tego, co o nim słyszałem, jest on otwarty światopoglądowo.

Lista SLD zawiera również 20 kandydatów na parlamentarzystów. Mowy nie ma bym oddał swoją 1/10 głosu na otwierających listę Jońskiego, czy Pawłowskiego. Może się złamię przy Zdzisławie Janowskiej z miejsca 4 (nie jest członkiem SLD, lecz Socjaldemokracji Polskiej) lub Alicji Murynowicz z miejsca 6.

Lista Ruchu Palikota to też 20 osób, całkowicie nieznanych i nowych w polityce. Zauważyłem tam też ostrych pojebów. Żaden z tych kandydatów nie budzi mojego zaufania.

Chcę dokopać PO, żeby się za dobrze nie czuli. Chcę dokopać SLD, bo mam dość Napieralskiego. Ponieważ większość ludzi głosuje na znane sobie nazwiska na ogół znajdujące sie na pierwszych miejscach, więc oddając głos na dowolną osobę z niższych pozycji automatycznie wspomagam czy to Grabarczyka, czy to Jońskiego.

To może jednak Ruch Palikota, żeby trochę zamieszać? Jedyną osobą, która wydaje mi się w miarę wiarygodna z tej listy, jest Katarzyna Bartosz, z Łodzi, urodzona w 1980 roku, deklaruje się jako przedsiębiorca i startuje z miejsca 2 na liście, ma więc spore szanse.

Z kandydatami do Senatu pojawił się problem. Łódź jest częściowo podzielona na dwa okręgi nr 23 i nr 24. Ten ostatni obejmuje wschodnią i południowo wschodnią część miasta i chciałbym mieszkać w tym okręgu, bo mógłbym głosować na Ryszarda Bonisławskiego lub Krzysztofa Makowskiego.

W moim okręgu odpada Sankowski, bo z PISdy, odpadają Fisiak, bo jako marszałek województwa pokazał już jakim jest dyletantem, Grubski i Hibner odpadają, bo z PO, zostaje Biliński – bezpartyjny, z grupy Obywatel w Senacie, ale kto to jest? Był architektem miasta. To on zamienił Piotrkowską w deptak, założył kiepskie w wielu miejscach latarnie. Przedyskutuję z Jakisiem, może on coś mi poradzi. Jak zdążę, to zapisze wybór tu na blogu.

Wybory do Senatu są z okręgów jednomandatowych, po raz pierwszy! Mogę oddać cały, a nie częściowy jak w wyborach do Sejmu, głos. A tu taki zgryz! ;(

Jesli ktoś ma chęć, to komentować można do 24:00, potem komentowanie wyłączę.

środa, 21 września 2011

Pedro Almodovar, Skóra, w której żyję

Jeszcze nie byliście? Koniecznie… nie idźcie!

Nuda, banał i uczucie dobrze, choć niekoniecznie efektywnie wysiedzianej dupy. A dupę można dużo lepiej zagospodarować ;)
Nie będę się pastwił nad tą nieudaną produkcją, może Pedro się wypalił, a wszyscy nadal mu wmawiają, że jest boski i on sam w to uwierzył.

piątek, 2 września 2011

Splyw Krutynią i nadwaga mężczyzn

Wśród dzikich i opasłych

Byłem w życiu na paru spływach kajakowych i bardzo polubiłem tę formę rekreacji. Jednak traf chciał, że pływałem po trasach mało znanych i mój zachwyt związany był z ciszą i spokojem. Spływ Krutynią chwilami wyglądał, jak przeciskanie sie między przechodniami na Marszałkowskiej. Nie zdawałem sobie sprawy, jak egalitarną rozrywką stały sie spływy.

Szokujące było dla mnie, że wypuszczane są w trasę osoby o raczej mglistym pojęciu o kierowaniu kajakiem, o kulturze zachowania się na wodzie już nawet nie wspominając. Bardzo się dziwiłem, że nie było doniesień o utonięciach.

Poza obserwacją zachowań dzikich homo sapiens na wodzie podjąłem również obserwacje antropologiczne… i przeżyłem szok.

Od lat z poświęceniem walczę o to, by być, a przynajmniej wyglądać szczupło. Tymczasem nad Krutynią 95% facetów dumnie obnosiło większe lub mniejsze nawisy. Widać po tym społeczny dobrobyt (czytaj: dużo żrą) i to dobrze, jednak innym aspektem powinna być troska o dobrą figurę… chyba. A rzecz dotyczy wszystkich facetów, niezależnie od wieku.

Z moich obserwacji wynika, ze figura mężczyzny może się zmieniać wraz z (tu teoretyzuję) zmianami hormonalnymi. Pierwsza taka zmiana następuje w okolicach 18-19 roku życia. Grubaski potrafią się wtedy zamienić w przystojnych rosłych facetów, a szczupli pozostają bez zmian. Ta faza specjalnie długo nie trwa.

Zbliżając się do 27-28 roku życia szczupli zaczynają tyć. To jeszcze nie dramat, bo daje się zrzucić nadmiar masy, o ile się chce. Heteroseksualni faceci mają z tym większy problem, bo są już na ogół żonaci, są dokarmiani, mają przekonanie o własnej wartości i podobają się sobie niezależnie od tego, jak obleśnie wyglądają. Geje są jeszcze w tym wieku na etapie poszukiwań i starają się podobać potencjalnym partnerom (nie dotyczy to oczywiście gejów typu bear i chubby), więc podejmują wysiłki, by figurę poprawić, a przynajmniej utrzymać. Ta faza trwa jeszcze krócej niż poprzednia.

Kolejny zakręt to wiek 35-36 lat. Ciało z nieznośnym uporem powiększa się, nawet mimo wysiłków, by to zatrzymać. Wtedy trzeba już dużo więcej samozaparcia, żeby zachować poprzedni rozmiar w pasie.

Jak to dalej wygląda jeszcze nie wiem (chwilowo się trzymam), a jak się dowiem, to do tematu powrócę.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Nad Krutynią ciotek wiele

Koniec wakacji, nie lata

Dziś wróciłem z wakacji.
Jeszcze wczoraj wieszczyłem znajomym koniec lata, ale się myliłem, bo pogoda zmienną jest i powróciła. To miło, choć niestety powróciłem przeziębiony i tym stanem znękany, a światem zewnętrznym mało zainteresowany, bo widzianym tylko zza pokrytych śluzem chusteczek higienicznych, traktowanych niehigienicznie.

Wracam też do pisania wsparty wieścią-niewieścią, czyli dobrym słowem od Häxy, któraż to blog mój skromny czyta i zabawy ma z tego co niemiara.

A byłem ci ja nad Krutynią, gdzie zatopiłem się w świecie muzycznych maniaków, a przy tem ciotek zawołanych. Zawołaniem tegoż forum było “Ludzie!”, ale czytane tak specyficznie, że opisać się tego nie da, tylko ciotka da radę. Z pewnością znajomi wielokrotnie usłyszą to zawołanie w najbliższych dniach.

To tyle, by jakoś zacząć.

środa, 3 sierpnia 2011

Metka - Widzialem cię...

Po długiej przerwie - wracają perełki z ogłoszeń towarzyskich. Voila!


„Jesteś kasjerem w Leclerku. Odkąd się tam pojawiłeś, od razu milej robi się zakupy i chętniej stoi w kolejkach. Wczoraj (sobota) widzieliśmy się jakoś koło 12ej. Pracowałeś przy kasie nr 14. Ja - prócz warzyw i kilka pierdół, kupowałem coś Durexa. Odezwij się, jeśli tu zaglądasz”.

„Chętniej stoi się w kolejkach”. Wyobrażam sobie tę kolejkę: stada ciotek, a każda z jedną rzodkiewką. Wszystkie chętne i mile robiące (za)kupy. Pan ogłaszający się (za)kupił warzywa (kabaczka), kilka pierdów (maści, okłady i bandaże) oraz coś Durexa (żel, ale jest raczej realistą, bo uznał, że po kabaczku potrzebne będą jednak bandaże).

„Do końca weekendu (7.sierpnia) mam wolną chatę. Zapraszam do siebie faceta w zbliżonym do mojego wieku, który ma ochotę na miłe spędzenie wieczoru, nocy i zjedzenie wspólnego śniadania. Jestem uniwersalny, otwarty na wiele propozycji (poza perwersjami), zdrowy i zadbany - również tego oczekuję po facecie. A może masz jakiegoś fajnego kolegę do trójkąta?”

Do końca weekendu mam wolną chatę, bo w poniedziałek rano przyjeżdża moja małżonka z trójką naszych dzieci z wczasów we Wdzydzach. Urzekło mnie to, że autor nie lubi perwersji (co to jest perwersja? sikanie na kolegów, które preferuje kol. Szczoszek to perwersja? chyba tak…), ale jednak proponuje „kolegę do trójkąta”, czego najwyraźniej za perwersję nie uznaje. Od czasów mojej młodości granice między perwersją i normą znacznie się przesunęły. Niedługo pewnie zobaczę ogłoszenie o treści „zapraszam znajomych na zabawę polegającą na tym, że ty, przebrany za ogrodowego krasnala albo potwora spaghetti staniesz pod wieżowcem, a ja ci zrobię z ósmego piętra kupę na głowę, jednocześnie onanizując się za pomocą obciągarki do pokarmu mojej żony – to taka współczesna wersja sceny balkonowej z SRomea i Żulii; ale uwaga – nie toleruję perwersji!”.


„Zaplace 300-500 zl mlodemu do 35 lat mezczyznie zadbanemu itd za rozdziewiczenie mojej osoby ja zadbany , opalony itd odpowiedz tylko z foto od zadbanych TROLLE PROSZE NIE PISAC moge dojechac do 100 km”

Moja osoba będzie kwiczeć z rozkoszy. Niestety, moja osoba nie przekona się o tym, bo wieczorami moja osoba lubi się przebrać za trolla, a czasem nawet i mugola.

„dzis bede na lublinku ok. 15.30 (okolice dawnej oczyszczalni). chetnie spotkam szczuplego gostka na wspolna zabawe.”

Wspólną zabawę. W ściekową panienkę? To chyba pracownica oczyszczalni, skoro ma czas, żeby wyskoczyć tam o 15.30. Niech uważa, żeby kadrowej nie spotkać. Pardon – human resources managerki.

„Zastanawiam się czy wśród kierowców, motorniczych czy miłośników KM są branżowi?”

Oj są, sweetie darling, są… R., bierz się za niego! Chyba, że koledze chodzi o działaczy związków branżowych – ZZ Kierowców i Motorniczych. Wtedy może być problem…

„Witajcie,
Mam 20 lat, zdecydowałem się na pierwszy raz facetem w roli pasywnej.
Szukam osoby która odważyłaby się przygotować mnie do współżycia z facetem.
W oralu aktywny, w analu pasywny. Teoretycznie chcę bardzo poznać ten klimat dlatego jestem gotów zgodzić się na bardzo wiele rzeczy, na które będziesz miał ochotę”.

Tak, to mój pierwszy raz, właściwie jestem hetero i tylko ciekawość powoduje, że w ogóle wszedłem na portal ogłoszeń towarzyskich LGBT. I dlatego też, na tej mojej delikatnej pierwszej randce, bardzo cię misiu proszę, wyruchaj mnie, zerżnij jak tanią dziwkę, wybolcuj, wypierdol, wsadź go po same kule, dopchnij mnie, spuść mi się na twarz, zlej się na mnie i spuść się we mnie, chłostaj mnie mokrym kutasem po twarzy, zesraj mi się na kok na głowie i wetrzyj we włosy, bij mnie jajami po uszach, zerzygaj mi się w pończochy, wyzywaj mnie, poniżaj, każ sobie lizać opony od samochodu i w ogóle zrób mi z dupy jesień średniowiecza, a na koniec wetknij paczkę sztucznych ogni i podpal.

Bo ja taki nieśmiały jestem i w trakcie nucę „Do you really want to hurt me”…

„Łukaszu z Orlenu, bardzo miło mi się z Tobą rozmawiało ostatniej nocy. Wpadłem po hot doga i piwo, a przegadaliśmy godzinę... w końcu branża telekomunikacyjna to temat rzeka :) A że pracowałeś do 7 rano to postanowiłem Ci trochę zająć czas - myślę, że koleżanka nie miała Ci tego za złe :)
Skusisz się na piwo?”

Kurwa, cioty to są bezczelne. W środku nocy pizda zawracała chłopakowi dupę przez godzinę, więc nie mógł się nawet przekimać, a nie mógł też cioty zostawić, bo by jeszcze okulary do jazdy nocnej za 19,99 ukradła albo błyszczyk. I ma jeszcze czelność proponować piwo (pewnie zadumane z jakiejś stacji). W dupę sobie wsadź to piwo i to szerszą stroną! „Nie, kolego, nie mam ochoty na piwo. Właściwie po tej nocy nienawidzę ludzi i myślę nad pracą w ZOO w insektarium”.

„Dziś, po 20, tramwaj. Ty w bananowej koszulce, dżinsach i z gipsem na prawej ręce. Raz spojrzeliśmy na siebie. Potem widziałem, że spoglądałeś na mnie kątem oka... Jesli to czytasz - odezwij się.”

Ależ proszę. Spoglądałem na ciebie kątem oka, bo, primo, mam zeza, secundo, zwrócił moją uwagę gil, który wisiał ci z nosa. To ciekawe, że można jechać pół godziny z takim gilem i nie zauważyć nawet, że upadł na panią, która usiadła obok ciebie. Miałem straszną bekę. A koszula nie była „bananowa”, tylko wybielacz mi się skończył. Comprendo?

„para chłopaków 24/185/70/18 i 28/178/85/17 lat szuka CWELA do
obrobienia naszych palek i ruchanka.interesują nas tylko pasywni ulegli
kolesie do max 30lat. dla jasności ty ciągniesz , dajesz dupy, liżesz
rowa, stopy i nie licz na odwzajemnienie się z naszej strony. jeżeli
piszesz do nas to podaj opis lub foto. jesteśmy z TOMASZOWA MAZ mamy lokum
szukamy osób które mogą dojechać do nas. nam obojętne skąd jesteś. jeżeli piszesz na tel to konkretnie bez durnych pytań tu masz opisane do czego szukamy.”

No dobra, mam tylko jedno pytanie, bo tego nie wyłuszczono w expose. „A Pan to woli żebym przyszła w ubraniu i by mnie rozebrał, czy żebym od razu na goło była..”?

„Witam. Ja 30-letni fajny, przystojny bi, z orientacją bardziej do kobiet. Lecz podnieca mnie poniżanie oralne. Chcę być cwelem do Twoich zachcianek. Moje usta są gotowe na wszystko (prócz scat). Lubię jak facet każe mi uklęknąć, rżnie w ryja, pluje na niego, zmusza do lizania jaj, rowa, połyku, olewa mi ryj i gardło moczem, przy tym wyzywając mnie i poniżając jednocześnie jak psa.”

Rzeczywiście, orientacja bardziej do kobiet. Szczególnie tych z dużymi kutasami i zaburzeniami osobowości. Poza tym, Ge, drogi Szczoszku, we wszystko uwierzę, ale „30-letni przystojny Bi z orientacją bardziej do kobiet” to już ponad moje możliwości…


„zapoznalismy sie w narra , ja bylem ubrany w bialy podkoszulek, biale pumy
czarne szorty adidas”

Dziecko, i nie przeziębiłeś się w tych szortach w sobotnią noc? Nie muszę wyjaśniać, że autor ogłoszenia zapewne był z Sieradza. Imię również na to wskazuje – Dawid mianowicie. Pewnie wpadł z Krystianem i Damianem. Très chic.

„Szukam cwela-niewolnika aktywnego w analu. Będę cię tresował i upokarzał, ty obsłużysz mnie oralnie, a kiedy ci każę wyliżesz mi dupę i wyjebiesz mnie. Uprzedzam, że lubię bić gołe ścierwo pasem i rzemieniem.”

Darling, to się kurna trzeba zdecydować. Albo ma być cwelem albo ma Ci czyścić komin. Tertium non datur.

„witam szukam partnera na sex najlepiej z bełchatowa bi zonatego który jest zdecydowany się spotkac a nie tylko popisac meile bez kąkretow”.

Kąkretnie to ómarłam.

„Pracujesz w Sterlinga Business Center, mijamy się. Zawsze się do mnie uśmiechasz, a ja do Ciebie. Odezwij się...”

I nie przyszło ci ropucho do głowy, że uśmiech w cywilizowanych społeczeństwach nie oznacza zachęty do współżycia w schowku na szczotki?

„Widzielismy sie przed chwila w centrum krwiodawstwa i krwiolecznictwa. Ty akurat wychodziles a ja wchodzilem. Minelsmy sie w drzwiach. Ty w t-shirce i krotkich spodenkach. Ja w jeansach i niebieskiej koszuli w kratkeWidzielismy sie przed chwila w centrum krwiodawstwa i krwiolecznictwa. Ty akurat wychodziles a ja wchodzilem. Minelsmy sie w drzwiach. Ty w t-shirce i krotkich spodenkach. Ja w jeansach i niebieskiej koszuli w kratke”.

Dodam jeszcze, że ja w koszuli w kratkę, ty w t-shircie. Ja wchodziłem, ty wychodziłeś. Nadto nadmienię też, że ja w koszuli w kratkę, ty w t-shircie. Ja wchodziłem, ty wychodziłeś.
Lala, przystopuj z tym oddawaniem krwi, bo Ci to szkodzi. Masz auto-echolalię.

„Cześć, Przesyłam informację jak dotrzeć do plaży dla golasów w Bronisławowie nad zalewem sulejowskim. Jezli jesteś chetny na opalanie nago to w najbliższy wtorek bede tam od 11 do 15. Chciałbym przesłać materiały dotyczące dotarcia do plaży N nad Zalewem sulejowskim.
Jadąc w kierunku Bronisławowa napotkamy przepompownie wody:
fot. 1
Następnie skręcamy w lewo i jedziemy cały czas aż napotkamy szlaban w lewej części drogi. Droga z asfaltowej zmienia się w drogę z płyt betonowych, a następnie polną drogę.
Parking. Tu można zostawić samochód:
GPS: N 51stopni26'43.53" E 19stopni54'57.69"
fot. 2
Następnie należy iść dalej tą dróżką aż miniemy mostek i dotrzemy do drzewa na którym jest przybita biała tablica informacyjna. W tym miejscu skręcamy w prawo
GPS:N 51stopni26'51.28" E 19stopni55'08.99"
fot. 3
[…]
Szczegółowe informacje na stronie: naturyzm.info.pl”.

Just one comment. Ja pierdolę. Są jeszcze bardziej szczegółowe informacje po tym, jak podałaś koleżanko współrzędne dziury w swojej dupie?

„Are here in lodz any black boys??”

I feel train to you. Fly me or let me fly you.

No i na koniec – ulubieniec publiczności, czyli nuts’ demolition man:

„Uwaga ! Szukam chłopiecego boya 2 boy s co całkowitego zniszczenia mi jąder by z czasem były całkiem nie plodne i nadawały sie tylko na kastracie , na poczatku chciałbym mieć zwalonego kilka nascie razy kutacha z róznymi torturami a nastepnie przekuwanie mi jąder grubymi igłami min 1 cala min po 10 igiał w każde jądro z ostrym czubkiem plus w strzykiwanie w moje jądra formaliny lub kwas formalinowy by jak najszybcjej były calkiem nie płodne mogły by byc też wypalane urządzeniem elektro z cienkimi iglami o gr w kładu do długopisa itp czy znajdzie sie chętny chłopiecy boy 2 boy s do 23 lat do całkowitego zniszczenie mi jader jesli tak ? to przed przyjazdem zdiecie syl ciała boya dołączam swoje ja szczupły 39 latek podaje nr tel nie odp na smsy chetny do przyjazdu dzwoni do mnie !”

Matko bosko radziszesko, módl się za nami grzesznymi! Auuuuć..!