poniedziałek, 29 listopada 2010

Kolejność odśnieżania

Zima mnie pokonała

W czwartek zima przyszła, a dziś pierdolnęła. W Łodzi sypie i wieje od szóstej rano. Samochód nadal ma letnie opony, drogi zupełnie nieodśnieżone, ale podrzuciłem kawałek Jakisia i zamierzałem jechać dalej przez miasto celem wymiany opon. Widziałem samochody odwalające piruety i szaleńców popierdalających 50 km/h. Jechałem max 20 km/h. Pod Kaliskim utknąłem w gigantycznym korku. Po pół godzinie bujania się z dwumetrowymi przesunięciami odpuściłem i wróciłem. Wykończył mnie stres. Raz, że bałem się, że samochód zacznie mi tańczyć, a dwa zacząłem się bać, że ktoś we mnie zwyczajnie pierdolnie.

Poczekam, aż Pan Sadzyński uruchomi akcję odśnieżania, żeby Pani Zdanowska mogła się pochwalić swoją troską o dobro łodzian. W TV mówią, że odśnieżanie rozpoczyna się 4 godziny po zakończeniu opadów... to wychodzi, że gdzieś tak w środę gdzieś się ruszę.

niedziela, 28 listopada 2010

Opera Narodowa Warszawa „Kopciuszek” Siergiej Prokofiew, Frederick Ashton

Balet odświętny



Georgio Madia
Fot. inode.at

Tysiąc lat temu byłem na „Królewnie Śnieżce” Bogdana Pawłowskiego w Teatrze Wielkim w Łodzi (tak, wtedy jeszcze Wielkim). Poszedłem tam w charakterze obstawy dla siostry. Panie w paczkach (czyli tych takich białych sukieneczkach), panowie w białych rajtuzach. Muzyka jakaś tam, treść znana. Siostra zwinęła się w fotelu i usnęła. Mnie powieka opadała nieustannie, ale musiałem trzymać fason. Choreografia była tak nudna, że chyba nawet tancerze przysypiali między kolejnymi pas. To doświadczenie bardzo mnie zniechęciło do baletu.


Mój stosunek do tego gatunku sztuki zmienił się po obejrzeniu „Jeziora łabędziego” Piotra Czajkowskiego w choreografii Matthew Bourne’a. Śmiesznie, że video z tym spektaklem pokazał mi kochanek mojego kochanka, chyba się trochę do mnie mizdrząc. Potem rozpropagowałem ten spektakl wśród znajomych. Niektórzy byli nawet na nim w Londynie. Później obejrzałem nie mniej oszałamiającego „The Car Man” (czyt. Karmen) na podstawie Georgesa Bizeta.


Po paru latach, bo w tym przecież roku, w teatrze już nie tak wielkim, byłem z Jakisiem na „Kopciuszku” z muzyką Gioacchino Rossiniego w inscenizacji i choreografii Georgia Madii, NB. perfidnie przystojnego, zdjęcie powyżej. Pisałem o tym w notce „Perwersyjny kopciuszek” w marcu 2010. Och, wspominam to przedstawienie do dziś. Z czytelników bloga nikt się nie wybrał niestety, sądząc po braku komentarzy, i żałujcie.


Warszawa też chce mieć „Kopciuszka” u siebie, ale Siergieja Prokofiewa według baśni Charlesa Perraulta i z wiekową choreografią Sir Fredericka Ashtona. Korzystając z chodów Jakisia dostaliśmy miejsca na premierę w sobotę 27 listopada. Miejsce niezłe, bo blisko loży VIP-ów. W tej loży m.in. p(ierdolone)osły. Niestety w naszej loży nogi musiałem umiejętnie owinąć sobie wokół talii. Do tego za nami siedziały warszawskie purchawy z głowami ledwo wystającymi nad kupry, które narzekały, że im scenę zasłaniamy oraz mamusia z czteroletnią dziewczynką, którąż to dziecinę non-stop trzeba było uspokajać. Obok angielscy korporacyjni rednecks chyba pierwszy raz w takim przybytku.


Prokofiew jest ładny i udatnie przez dyrygenta Tadeusza Kozłowskiego poprowadzony. Na scenie nudnawo. Jedynie postaci sióstr przyrodnich Kopciuszka, tańczone przez dwóch tancerzy, ożywiały scenę. Scenografia monumentalna i robiąca wrażenie, chociaż cukierkowa. Przedstawienie zdecydowanie dla tradycjonalistów.


Ciekawe, że w Teatrze Wielkim Operze Narodowej w Warszawie połowa tancerzy (naszych narodowych!) przyjechała zza wschodniej granicy.


Fikuśnie było wyskoczyć przed teatr na papierosa z Adamem Michnikiem.

piątek, 26 listopada 2010

Początek zimy

Większość misiów mocno śpi

W czwartek 25 listopada zaczęła się zima w Łodzi. Rankiem zszedłem do samochodu, a on biały jak bałwanek. W ruch poszła szczotka i plastikowa osłona od akumulatora (tego akumulatora!), która świetnie nadaje się do zdzierania lodu. Zdarłem wszystko, co dawało się zedrzeć, a potem ruszyłem... ostrożnie, bo opon jeszcze na zimowe nie zmieniłem. Dalej było OK, bo temperatura skoczyła do 2 stopni powyżej zera. Wieczorem jechałem dużo ostrożniej, bo termometr w samochodzie pokazał minus jeden stopien!


I tak oto wkraczamy w kolejna porę roku. Porę zimną, ciemną i skłaniającą do hibernacji.

Powyższa notka powstała ze środków Unii Europejskiej w ramach programu "Analiza zmian klimatycznych w kontekście rozwoju ludzkiej seksualności".

środa, 24 listopada 2010

Nowa Klasyka Europy Lódź Teatr Jaracza „Panny z Wilka”

Prawie światowo

Jakiś, bo któżby inny, zabrał mnie w minioną sobotę na otwarcie festiwalu „Nowa Klasyka Europy” („New Classics of Europe”, pełna nazwa „I Międzynarodowy Festiwal Teatralny Klasyki Światowej”). Na Sali pani posłanka Iwona Śledzińska-Katarasińska, marszałek Włodzimierz Fisiak, były marszałek Mieczysław Teodorczyk, dyrektor Teatru Nowego Zdzisław Jaskuła, były premier Marek Belka, śmietanka miasta i… Kaczka! Zobaczył mnie, gdy wchodził na salę, stanął jak wryty, przeżegnał się, a potem bystro, jak na Kaczkę przystało, zapytał: „A co ty tu robisz?”. Odpowiedziałem pytaniem: „A po co się przychodzi do teatru twoim zdaniem?”.

Wojciech Nowicki - dyrektor festiwalu – powitał zgromadzonych, pan tłumacz tłumaczył półsymultanicznie na angielski, Włodzimierz Fisiak festiwal po angielsku otworzył.

Po wejściu każdy widz otrzymał słuchawki z odbiornikiem. Na sali odbył się test, czy wszyscy słyszą tłumaczkę, kto nie słyszał miał wymienione słuchawki, w tym oczywiście ja. Spektakl był po włosku, czyli w języku, którego w ogóle nie znam. Wolałbym napisy, szczególnie, że tłumaczkę czasami ponosiło i wczuwała się w odczytywanie. No i praktycznie nie można było usłyszeć głosu aktorów.

Nie bardzo rozumiem jak „Panny z Wilka” (a po włosku „Le Signorine Di Wilko”) napisane przez Jarosława Iwaszkiewicza, pisarza XX wieku, mają być uznane za klasykę, ale OK. Zresztą pozostałe spektakle też daleko w przeszłość nie wybiegają. Spektakl był ciekawy i interesujące było zobaczyć adaptację polskiego opowiadania, wyreżyserowanego przez Łotysza, a granego przez włoskich aktorów.

Ale nie o spektaklu chcę napisać. Bardziej interesuje mnie przyszłość festiwalu. Z tego, co usłyszałem wynikało, że miała to być klasyka, a de facto nie jest. Że miało być jury, a nie ma. Dwie nazwy festiwalu „Nowa Klasyka Europy” i „I Międzynarodowy Festiwal Teatralny Klasyki Światowej” są wzajemnie sprzeczne. Międzynarodowy, czy europejski? Klasyka Europy, czy światowa? Na stronie festiwalu można przeczytać, że: „to dyskusja nad współczesnymi odczytaniami klasycznej literatury światowej. To przegląd propozycji najważniej-szych scen teatralnych w poszukiwaniu spektakli, które są częścią nowego kanonu inscenizacyjnego Europy.” Przyznam, nic nie rozumiem. Jest odnośnik do listu intencyjnego, ale list chyba jeszcze nie powstał, bo link prowadzi na manowce.

Oprawa festiwalu jest imponująca (finansuje urząd marszałkowski i Unia Europejska). Budynek pięknie oświetlony, program ładnie wydany. Tylko, o co w tym chodzi?