czwartek, 26 września 2013

W imię... Szumowska

"W imię..." rodzinnych koneksji

Synopsis:
W zapadłej wsi, gdzie dupy szczekają psami, ksiądz w średnim wieku (Andrzej Chyra)  proboszczuje i prowadzi ognisko dla trudnej młodzieży. Ksiądz dużo biega zagłuszając tkwiące w nim demony, co proponuje również jako terapię dla innych chcących zagłuszyć swoje homoseksualne ciągoty. Gdy zderza się z homoseksualnymi zachowaniami podopiecznych oraz atakiem na siebie powraca do pijaństwa. Wioskowy niemota (Mateusz Kościukiewicz) durzy się w księdzu od dawna. Po donosie przełożeni przenoszą księdza do innej parafii, niemota go nawiedza, spółkują, po czym niemota wstępuje do seminarium. Koniec.

Powinienem się cieszyć, że na gdyńskim festiwalu pojawiły się aż dwa filmy z homoseksualizmem w treści. Na "Płynące wieżowce" trzeba jeszcze poczekać, ale "W imię..." już jest w kinach.

Małgośka Szumowska (40l.) napisała scenariusz wspólnie z byłym meżem Michałem Englertem (38l.) (synem Marty Lipińskiej i Macieja Englerta). Do produkcji zaprosili Maję Ostaszewską (Michał Englert ma z nią dwoje dzieci), Mateusza Kościukiewicza (27l.) obecnego męża (i ojca jednego jej dziecka) Małgośki Szumowskiej oraz Andrzeja Chyrę - chwilowo niezwiązanego rodzinnie z pozostałymi.

To, że film dostał Srebrne Lwy w Gdyni, a Szumowska główną nagrodę reżyserską można tłumaczyć chęcią ochrony scenarzystki-reżyserki przed atakiem środowisk bliskich wybuchom smoleńskim. Żadnego innego powodu nie ma. Nagroda dla Andrzeja Chyry zasłużona, bo to aktor przez duże "A".

Film nudzi. Istotne sceny są za krótkie (rozmowa z siostrą), nieistotne ciągną się w nieskończoność (odkrywanie własnej natury na polu kukurydzy, smażenie kiełbasek przy ognisku, bójka podopiecznych z tubylcami) . Tak to jest, gdy scenarzystka reżyseruje swój własny scenariusz. W efekcie można podziwiać zerową dramaturgię (niewykorzystany wątek rywalizacji dwóch chłopaków o księdza) i wiele "opisów przyrody" (las, las, pole, las). Szumowska nie ma pojęcia o homoseksualizmie, o uwiedzeniu, o emocjach z tym związanych, o problemach ludzi żyjących w nieakceptującym otoczeniu i ich wewnętrznych zmaganiach przed akceptacją. Zaskakuje płytkość potraktowania tematu. Szumowska może rozmawiała z warszawskimi gay-celebrytami o ich samoakceptacji i drodze do niej, ale ludzkich dramatów z tym związanych siłą rzeczy zgłebić w ten sposób nie mogła.

Reklamę filmowi zapewniła opcja faszystowsko-klerykalna. Ci kretyni doszukali się treści, które ledwo są widoczne, a w ich chorych umysłach zamieniły się w antyklerykalno-homoseksualną propagandę. No bo ksiądz obmywa rany pobitego niczym Samaytanin, uczy go pływać, co przypomina chrzest w Jordanie, żona współpracownika (Ewa) uwodzi księdza (Adama) - zresztą bez skutku, a do tego jest scena symulowanego stosunku analnego dwóch młodzieńców.

Niewykorzystane wątki (współpracownik donoszący do biskupa, a jednocześnie zdradzany mąż) aż proszą się o remake.

Kolejne zakończenia filmu (trzy) nie zasługują na uwagę, poza pierwszym. Procesja z monstrancją przez pola z muzyką Band of Horses "The Funeral" ("Pogrzeb") wielce udana. Szkoda, że nie wieńcząca "dzieła". Drugie zakończenie to widok księdza w pozie z piety, choć bez Metki Boskiej. Ostatnie zakończenie pokazuje zakochanego w księdzu wioskowego niemotę, jako kleryka spoglądającego na widza wzrokiem niewinnego Damiena z "Omen".

Nie na temperament tygrysków.

4 komentarze:

  1. Film jest nijaki i o żadnym dotykaniu tabu, na tle wydarzeń z" reala ", mowy być nie może. Pewnie to wpływ klimatu tej popegeerowskiej wsi tak na ks. zadziałał ;)
    cybermat

    OdpowiedzUsuń
  2. To film finansowany przez świętojebliwą Panią Odorowicz, przez zapomnienie będącą szefową PISF. Osoba ta mniema, że finansowanie polskiego kina z łupienia amatorów dobrego (czyli nie polskiego) kina jest jej osobistą zasługą, a także utrzymuje, że polskie kino przeżywa rozkwit. Powiedziałbym, że jest to rozkwit taki, jak polskiej gospodarki - czyli jak na garbatego, całkiem prosto.

    Polskie filmy są nudne, sztampowe, polsko-centryczne i rozczarowujące artystycznie. Polskie filmy nie są oglądane poza Polską, chyba że w kategorii "egzotyka". Trudno się temu dziwić, skoro nie są kręcone w Łodzi. Kiedy były - miały polot. Teraz to raczej polon, który zabija - nudą.

    Onanizowanie się "rozkwitem polskiego kina" rozśmiesza, kiedy sobie uświadomimy, że od lat polskie filmy nie zebrały bukietu nagród na żadnym festiwalu (poza festiwalami typu "przegląd filmów z motywem taboretu w Ciemnej Dupie"). Warto też sobie uświadomić, że kiedy poprosi się jakiegokolwiek cudzoziemca o to, żeby wymienił 3 polskie filmy z ostatnich 10 lat, zapadnie cisza. Tymczasem ten sam cudzoziemiec bez trudu wymieni po 3 filmy włoskie, francuskie, hiszpańskie, rosyjskie czy nawet izraelskie.

    Programowo gardzę polskim kinem. To banda podnieconych sobą beztalenci, kierowanych przez Panią Odorowicz sądzącą, że jej osobistym wielkim sukcesem jest to, że z łupienia kinomanów znalazły się pieniądze na zrobienie serii nudnych do bólu, zawstydzających swoim poziomem produkcji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgaduję, że nie widziałeś "Róży" Smarzowskiego. Sprawdziłem filmy z ostatnich trzech lat, wielu nie widziałem, ale obawiam się, że nie było warto. Ale może dla tego jednego filmu na trzy lata jednak warto czasem iść do kina na polski film?

      Usuń
  3. A ilu Niemców, Francuzów czy Hiszpanów zna ten film? To nie jest tylko kwestia promocji, to także kwestia jakości filmów. One są po prostu nudne i źle zrobione. Da się to porównać do Wszystko o mojej matce, Amelie, Mine Vaganti, Oczy szeroko otwarte?

    OdpowiedzUsuń

W polu "Komentarz jako" wybierz "Nazwa/adres URL" i podaj swój pseudonim w polu "Nazwa".

Nie wybieraj "Anonimowy", żeby nie być anonimowym właśnie ;)