wtorek, 13 listopada 2012

Fu klub–Lódź

Skucha na starcie

Skucha zakończona tragedią - patrz notka z 25 listopada 2012.

Na Facebooku kampania nowego łódzkiego klubu branżowego – choć chyba bardziej dla pań, niż dla panów – była imponująca. Ludzie się zwoływali jakby chodziło o wyprzedaż brylantów za pół ceny.

Z Metką Boską i Gwiazdą dotarliśmy do klubu przed 11 wieczorem. Przy wejściu kolejka do szatni. Po paru minutach stania  darowaliśmy sobie i weszliśmy w okryciach. W piwnicznej izbie – nazwijmy to po imieniu – tłok, ścisk, kolejki do baru, kolejki do toalet. Od miłej barmanki udało mi się kupić piwo i przycupnąć przy znajomych. Nie na długo, bo ruszyliśmy na zewnętrzny taras, gdzie wolno było palić. W środku jak w saunie, na zewnątrz krioterapia.

Kolejka do szatni niezmienna niczym jakaś stała matematyczna. W sumie zadowolony byłem, że kurtki nie oddałem, bo raz, że nie po to idzie się do klubu, żeby spędzić czas w kolejce do szatni, dwa: chyba za każdym razem przy wyjściu na zewnątrz musiałbym płacić dwa złote za skorzystanie z niej – szatnia to do cholery nie kasyno, żeby w niej całą gotówkę przepuścić.

Fu klub zajął miejsce po “Deja Vu”, który się najwyraźniej klienteli przejadł. Właściciele nie mieli pomysłu, a nowa menadżerka postawiła na mniejszości seksualne. “Fu” nawiązuje pewno do “La Foufoune” – zwanego popularnie “fufu” - miejsca kultowego dla Łodzi-LGBT, które całkowicie zeszło na psy, by wreszcie paść.

W sumie klimat podobny: piwnica, raczej zużyte wyposażenie, ograniczony wybór alkoholi zarówno co do asortymentu, jak i ilości. Muza? Powiedzmy, że mi nie przeszkadzała. Atmosfera? Powiedzmy, że dekadencka, ale w stylu “mieszkam w squacie i w takich klimatach najlepiej się czuję”.

Pamiętam pierwszą odsłonę Art Cafe. Było i ładnie, i elegancko, i przyjemnie, i pachnąco - jeśli już mam ruszać na miasto, to jednak wolę miejsca zadbane, a nie w stanie rozkładu. Art Cafe wprawdzie padło, czy squaterski Fu klub przetrwa?

Możliwe, że przetrwa… ale nie za moje pieniądze. Nie po to idę na miasto ładnie ubrany, żeby się ubrudzić. Nie po to idę do lokalu gay-les friendly, czy nawet aż branżowego, żeby oglądać nieokrzesanych heteryków.

A SZCZYTEM BYŁO…

Gwoździem do trumny było dla mnie zdarzenie z zewnętrznego tarasu – jedynego miejsca, gdzie można palić i jedynego, gdzie temperatura WYMAGAŁA ciepłych okryć. Właśnie tam podszedł do mnie, Metki i Gwiazdy pan w brązowej marynarce ze skaju. Zażądał byśmy oddali okrycia do szatni. Spojrzałem na indywiduum i spytałem: “Czy pan zdaje sobie sprawę jaka TU jest temperatura?”. Od słowa do słowa pan “brązowa marynarka ze skaju” zażądał byśmy opuścili lokal, skoro nie reflektujemy na szybką ścieżkę do zapalenia płuc. Co też  uczyniliśmy.

Parę osób wyszło za nami i mieliśmy okazję wymienić poglądy oraz omówić szokujące zdarzenie.

Pan “brązowa marynarka ze skaju” okazał się capo di tutti szatniarzy. Szatnia należy do niego i jemu podobnych i z niej pozyskują środki na zakup marynarek ze skaju, tudzież strojów podobnej proweniencji. Prawdopodobnie są swoistą “ochroną” lokalu. Choć najważniejsza jest dla nich ochrona źródła swojego dochodu, choćby kosztem zdrowia “ochranianych”.

Nie mam ochoty zbliżać się do pitawalu spod znaku brązowych marynarek ze skaju.

Z innej perspektywy u Gejowskiego.

Skucha zakończona tragedią - patrz notka z 25 listopada 2012.

3 komentarze:

  1. Trzeba było przed wyjściem poprosić menagierkę tudzież kierowniczkę sali, przedstawić jej problem i uprzedzić, że "moje pantofelki tu więcej nie postaną" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat menadżerce vel kierowniczce na moich pantofelkach na pewno nie zależy.

      Za miesiąc Gejowski sprawdzi sytuację i jak się poprawi, to może moje pantofelki tam postaną.

      A chwilowo niech menadżerka kombinuje, co zrobić, żeby klienci byli zadowoleni, bo to chyba o to chodzi w jej pracy.

      Usuń
  2. Tak Anonimowy, trzeba się było wpisać do książki skarg i zażaleń: "tłusty knur przebrany za Miss Tuszyna był wobec mnie nieuprzejmy".

    To problem lokalu, żeby klienci byli zadowoleni, a nie klientów. Jak klient jest rozczarowany żenadą, to zmienia lokal. Co też uczyniliśmy.

    OdpowiedzUsuń

W polu "Komentarz jako" wybierz "Nazwa/adres URL" i podaj swój pseudonim w polu "Nazwa".

Nie wybieraj "Anonimowy", żeby nie być anonimowym właśnie ;)